cnn
przegląd artykułów internetowych: ONET.PL GAZETA.PL DZIENNIK.PL
środa, 06 grudnia 2006
Leon Niemczyk. Życie jak film
Rozmawiała Beata Matkowska-Święs
2004-10-15, ostatnia aktualizacja 2006-11-29 19:14

- Nie oglądam swoich starych filmów, bo to przypominałoby przyglądanie się przez starszą panią zdjęciom wykonanym, gdy będąc dzieciątkiem, półnaga na kożuszku leżała. Po co wspominać czas, do którego nie ma powrotu? - mówił w 2004 roku rozmowie z "Gazetą Wyborczą" Leon Niemczyk.

Zobacz powiekszenie
Fot. Tomasz Stańczak / AG
Leon Niemczyk - świetny aktor, wielki profesjonalista

Beata Matkowska-Święs: Czy potrafi Pan policzyć wszystkie swoje filmowe role?

Leon Niemczyk: Nie pamiętam wszystkich. Musiałbym poszukać w internecie, ale niespecjalnie mnie to interesuje, bo z większości z nich nie mam już tantiem. I nie oglądam swoich starych filmów, bo to przypominałoby przyglądanie się przez starszą panią zdjęciom wykonanym, gdy będąc dzieciątkiem, półnaga na kożuszku leżała. Po co wspominać czas, do którego nie ma powrotu?

Przyjmuje Pan wszystkie role, czy niektóre propozycje odrzuca?

Aktor jest człowiekiem do wynajęcia, więc powinien brać to, co mu proponują. Wielkie role i malutkie epizody. Jestem profesjonalistą i niewielkie role traktuję tak samo jak duże. Jeżeli perfekcyjnie zagram rolę drugoplanową, to zaproponują mi następną, może główną, a jeśli zrobię to niedbale, zapomną o mnie. A ja chcę, by o mnie nie zapomniano.

Jak Pan definiuje aktorstwo?

Ten zawód na pewno nie jest misją. To po prostu profesja wykonywana lepiej lub gorzej. Oczywiście, różni się nieco od zawodu zduna czy piekarza, ale z drugiej strony dobrze wymurowany piec czy smakowity chleb da więcej zadowolenia ludziom, niż oglądanie gry marnego artysty. Jeśli aktor jest profesjonalistą i ma odrobinę talentu będzie akceptowany przez i widzów, i przez krytyków. Rzecz jasna, potrzeba dużo szczęścia, ale trafiają się role, które potrafią chwycić widzów mocno za serce. I mnie taką rolę los podarował.

Pana życie jest gotowym scenariuszem na co najmniej kilka filmów. Dlaczego nikt nie wpadł na pomysł, by sfilmować Pana biografię? Pisze Pan pamiętniki?

Nie mam takiego zamiaru. Nie żyję wspomnieniami, ale to prawda, że w życiu zdarzały mi się tak nieprawdopodobne i ekstremalne sytuacje, z których nie każdy potrafiłby wyjść cało. W czasie wojny byłem w konspiracyjnej podchorążówce i pewnej lutowej nocy 1943 roku ledwo uciekłem gestapo, wyskakując półnagi przez okno. Po pewnym czasie dostałem znakomite lewe papiery i wydostałem się z Warszawy. Miałem dużo szczęścia.

Był Pan w lesie w AK, ale wrócił do Warszawy, żeby walczyć w Powstaniu. W tym roku po raz pierwszy rocznicę powstania obchodzono tak uroczyście.

Po 60 latach te uroczystości są jak musztarda po obiedzie. Oczywiście, pamięć o Powstaniu jest potrzebna, ale te obchody przypominały mi trochę wieczornicę w szkole, gdy jako brzdące słuchaliśmy opowieści prawie stuletnich powstańców styczniowych. Obserwując to, co działo się jakiś czas temu miałem nieodparte wrażenie, że cofnąłem się w czasie.

Po klęsce Powstania znów uciekł Pan Niemcom.

Prysnąłem do lasu z transportu z Pruszkowa. Znów mnie złapali, a ja po raz kolejny im zwiałem i przedostałem się do Krakowa. Tam znajomy, który zawsze powtarzał, że najbezpieczniej jest przy ogniu, załatwił mi robotę przy budowie torów pod Wrocławiem. Kiedy ruszył front wywieziono nas w głąb Rzeszy i potem z jakiejś miejscowości pod Norymbergą udało mi się uciec przez linię frontu do Amerykanów. Kiedy mój brat Wacław, który był skrzypkiem w Londynie, potwierdził moją tożsamość, odzyskałem po kilku latach prawdziwe nazwisko i stałem się żołnierzem 356 jednostki 444 batalionu 3 armii Pattona. Walczyliśmy w Czechosłowacji. Nasze jednostki wyzwalały żeński obóz, a po latach jedna z tych pań zobaczyła mnie w filmie i napisała do mnie piękny list z nadzieją, że to ja byłem tym amerykańskim żołnierzem, który ją oswobodził. Niestety, nie udało nam się spotkać, ale zachowałem ten list do dziś.

Po wojnie znalazł się Pan we Włoszech. Wrócił Pan jednak do Polski, by wkrótce próbować uciekać z powrotem na Zachód.

Musiałem odnaleźć w Polsce matkę. Znalazłem ją we Wrocławiu. W tym czasie dwaj bracia prysnęli na Zachód i ja też chciałem się stąd wydostać, ale capnęli mnie na południowej granicy. I najpierw w lochach cieszyńskiego zamku, później więzieniach w Katowicach, Krakowie i wreszcie w Warszawie na Koszykowej w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego usiłowali ze mnie wydusić, że należałem do AK. Nie mogłem się przyznać. To groziło naprawdę poważnymi konsekwencjami, a ja nie chciałem zgnić w mamrze. Łgałem na tyle dobrze, że w końcu uwierzyli, że nigdy nie byłem w AK i mnie wypuścili. Może to były początki mojego aktorstwa? Wtedy postanowiłem uciec przez północną granicę. Zatrudniłem się w gdyńskiej stoczni, bo wymyśliłem sobie, że jeśli uda mi się dostać na remontowany statek wypływający na próbny rejs, wyskoczę na wodach eksterytorialnych. Dobrze pływałem, wierzyłem, że dopłynę do brzegu wolnego kraju.

Był Pan wyjątkowo zdeterminowany.

Bardzo. Nie podobał mi się ten kraj i nie chciałem w tym raju zostać. Do dziś nie jestem nim zachwycony. Jednak w końcu zacząłem dostrzegać niemożliwość ucieczki. Ci, którzy mogli mi pomóc, już dawno zwiali. Zostałem tu sam i jakoś musiałem ułożyć swoje życie. Dotarło do mnie, że w siermiężnej szarzyźnie życia jedynie teatr może dać mi ułudę ucieczki. W stoczni działał teatr amatorski i tam właśnie zagrałem swoją pierwszą rolę. Później przez rok uczyłem się w Studium Teatralnego Iwo Galla, potem pojechałem do Bydgoszczy, gdzie dzięki opiece Adama Grzymały-Siedleckiego udało mi się w 1952 roku zdać eksternistycznie egzamin. I tak zostałem aktorem. Wkrótce potem współpracownicy Jerzego Kawalerowicza dostrzegli mnie na scenie bydgoskiego teatru i zaproponowali udział w filmie "Pamiątka z celulozy". Moja pierwsza rola filmowa spodobała się, więc ściągnięto mnie do Łodzi i tak mieszkam w tym mieście do dziś.

Pracował Pan z Fordem, Kawalerowiczem, Polańskim. Który był Pana mistrzem?

Dużym sentymentem darzę Kawalerowicza. Polański był absolutnie apodyktycznym dyktatorem, ale to właśnie jemu zawdzięczam najwięcej. Oczywiście każdy z reżyserów dawał mi cząstkę swojej wiedzy, a ja skwapliwie ją przyjmowałem.

Po ogromnym sukcesie "Noża w wodzie" posypało się mnóstwo propozycji z zagranicy. Jednak za Gomułki nie pozwolono Panu wyjechać do Hollywood.

To prawda. Chciał mnie zaangażować mistrz amerykańskiego kina Anatole Litvak, reżyserzy francuscy. Nie miałem o tym pojęcia, bo wszystkie propozycje kierowano do mnie poprzez Film Polski, instytucję zawiadującą wówczas naszą kinematografią. A urzędnicy wyrzucali oferty do kosza. Tak dbano o interesy aktorów.

 

W końcu pozwolono Panu wyjechać do jednej z najstarszych wytwórni - DEFA (Deutsche Film Aktien Gesellschaft) w NRD.

Mnie?! Tak jak inne propozycje tak i ta znalazła się w koszu. Ale reżyser Janos Veiczi, chciał mnie koniecznie zaangażować do filmu "Zamrożone błyskawice" ("Die Gefrorenen Blitze", 1967), opowiadającego o epizodzie II wojny światowej - rakietach V2 i fabryce w Penemünde. Przyjechał do Łodzi i zapytał, dlaczego nie chcę przyjąć jego oferty. To była potężna produkcja, ponad 300 aktorów, a moje honorarium całkiem przyzwoite. Zaskoczony, od razu się zgodziłem, a Veiczi w sobie tylko wiadomy sposób załatwił mi pozwolenie na wyjazd. Wtedy zaproszenie do berlińskiej wytwórni było sukcesem, który można dzisiaj porównać do propozycji przysłanej z Hollywood. Marzyłem, że niedługo cały świat będzie u moich stóp. Chyba mi jednak zabrakło szczęścia, bo dotarłem tylko do Berlina Wschodniego. Ale i tak los szczodrze mnie obdarował, bo z DEFA byłem związany prawie 25 lat. Grałem nie tylko w filmach w NRD ale też w NRF, Czechosłowacji, Bułgarii. Przez te lata poznałem wielu wybitnych ludzi filmu.

I wiele kobiet. Miał Pan sześć żon, ale powiada Pan, że szóstka nie jest Pana szczęśliwą liczbą. Która więc jest?

Podczas wojny poznałem słynnego jasnowidza, profesora Ossowieckiego, który przepowiedział mi, że osiągnę wiele w życiu zawodowym, ale nie będę miał szczęścia do kobiet. Może miał na myśli moje nieudane małżeństwa? Podobno siódemka ma mi przynieść szczęście, ale przyznam się, że nie wierzę ani w przychylne, ani w pechowe liczby. Nie jestem przesądny. Noszę trzynastkę na łańcuszku, mam w domu dwa czarne koty. Tak naprawdę, jedyne szczęśliwe liczby to te, które facet skreśla na kuponie totolotka, a na drugi dzień trafia szóstkę.

Jednak los dał Panu wiele w życiu zawodowym.

To prawda, chociaż nie zarobiłem milionów. Pewnie wyszedłbym lepiej finansowo, gdybym był cinkciarzem. Poza tym nigdy nie korzystałem z przywilejów należnych ludziom partii. Ten biznes zawsze był mi obcy. Dlatego mogę z czystym sumieniem golić się przed lustrem, bez obawy, że będę musiał rumienić się ze wstydu.

Myślę, że jest Pan człowiekiem ekstremalnym, choćby ze względu na ilość zagranych ról, żon, ucieczek. Nie pojawia się czasem pokusa, by trochę zwolnić, na chwilę usiąść i odpocząć?

Po śmierci będę odpoczywał przez całą wieczność. Dopóki szare komórki pracują, a ręce i nogi poruszają się w miarę sprawnie, trzeba pracować. Praca uszlachetnia. Podobno. Wielu podejrzewa, że jestem pracoholikiem, ale to nieprawda. Lubię się bawić, odpoczywać nad ciepłym morzem. Pewnie, że mógłbym być już na zasłużonej emeryturze, ale dziękuję Bogu, że wciąż pojawiają się nowe propozycje. Pracuję z Okiłem Khamidowem w "Świecie według Kiepskich", zaczynam pracę w serialu "Pierwsza miłość" i zdjęcia do filmu "Po sezonie" w reżyserii Janusza Majewskiego, który napisał piękny scenariusz z rolą dla mnie. Bohater, którego zagram nazywa się Leon i jest 70-letnim, rozwiedzionym byłym artystą cyrkowym i operetkowym. Jerzy Gruza też ma dla mnie scenariusz ze znakomitą rolą. No i mam nadzieję, że w końcu uda się Jackowi Bławutowi rozpocząć zdjęcia do "Lili", filmu będącego współczesną faustowską historią starszego faceta. To bardzo piękna rola, która pewne stanie się ukoronowaniem mojej kariery. Jeśli ją zagram, będę mógł się spokojnie przenieść na łono Abrahama.

Zrezygnował Pan z pracy w teatrze w 1979 roku. Był Pan pierwszym aktorem w Polsce, który się na taki krok zdecydował.

Rzeczywiście byłem chyba pierwszym, który odszedł z teatru na własne życzenie. Miałem w DEFA propozycje filmowe na trzy lata. Uznałem, że nie będę mógł pogodzić codziennych prób w teatrze z pracą na planie filmowym, więc by się nie użerać z dyrekcją i kolegami zostawiłem scenę dla kamery. Ale też po 89 roku miałem miękkie lądowanie, ponieważ już w czasach komuny byłem w kapitalizmie. Jak nie zarobiłem, nie miałem. Ubolewam, że wielu moich kolegów nie potrafiło się odnaleźć w zmienionej rzeczywistości.

Gdyby Pan mógł, zmieniłby coś w swoim życiu?

To przeznaczenie. Ananke. Nic się nie da zrobić. Ale gdybym mógł, wiele bym zmienił. Przede wszystkim z całą pewnością, nigdy nie wróciłbym do Polski. I wtedy uniknąłbym więzień, małżeństw i jeszcze paru innych sytuacji, których nie wspominam z sentymentem. Jednak na pewno za nic w świecie nie zmieniłbym mojego zawodu na żaden inny.

Zagrał Pan ponad 400 ról. Można by powiedzieć, że jest Pan uzależniony od planu filmowego, jak narkoman od heroiny.

Nie używałem narkotyków, więc nie wiem jak silny to jest nałóg, ale rzeczywiście uzależniłem się od mojej pracy. Nie wyobrażam sobie życia, gdybym już nigdy nie miał stanąć przed kamerą i usłyszeć dyspozycji reżysera "gramy!". To byłby koszmar! Ma pani rację - aktorstwo to narkotyk. I chociaż przez te lata nie próżnowałem na planie, to często myślę, że jeszcze nie skończyłem.

niedziela, 03 grudnia 2006
Almodovar po rozdaniu nagród: Nie można dostawać wszystkiego

 

pi, PAP
2006-12-03, ostatnia aktualizacja 2006-12-03 07:53

- W życiu nie można dostawać wszystkiego - tak hiszpański reżyser Pedro Almodovar skomentował w sobotę fakt, że jego obraz "Volver" nie został uhonorowany Europejską Nagrodą Filmową za najlepszy film 2006 roku, choć był uznawany za faworyta.

Zobacz powiekszenie
Fot. Tomasz Wawer / AG
Nagrodę dla najlepszego reżysera otrzymał Pedro Almodovar za film ''Volver'', w którym główną rolę zagrała Penelope Cruz

Nagrody przyznała Europejska Akademia Filmowa (EFA) podczas gali w warszawskiej hali EXPO XXI. Za najlepszy europejski film 2006 roku Akademia uznała niemieckie "Życie na podsłuchu" w reżyserii Floriana Henckela von Donnersmarcka.

"Volver" zdobył pięć nagród, w tym dla Almodovara, jako najlepszego reżysera 2006 i dla odtwórczyni jednej z głównych ról w tym filmie - Penelope Cruz w kategorii "najlepsza europejska aktorka 2006". Twórcy "Volvera" dostali także nagrody za najlepsze zdjęcia (dla Jose Luisa Alcaine) i za najlepszą muzykę (dla Alberto Iglesiasa) oraz Nagrodę Publiczności (dla filmu "Volver").

Podczas konferencji prasowej, zorganizowanej po rozdaniu nagród, Almodovar ocenił, że nagrody EFA są dla jego filmu bardzo ważnym wyróżnieniem.

Almodovar o europejskich nagrodach: To dla mnie teraz najważniejsze

Nie chciał jednak odpowiedzieć na pytanie dziennikarzy, czy są one ważniejsze niż amerykańskie Oscary. - O lutym jeszcze nie myślę. Teraz najważniejsza jest dla mnie Warszawa i nagrody europejskie. Nic innego w tej chwili nie istnieje - tłumaczył.

Zdradził też, że pracuje nad scenariuszem kolejnego filmu, do którego zdjęcia być może zacznie w przyszłym roku.

Almodovar powiedział, że nie żałuje, iż jego "Volver" nie został uznany za najlepszy film roku. - Trzeba się nauczyć, że w życiu nie można dostawać wszystkiego - ocenił.

Jego zdaniem i tak obraz został wyjątkowo hojnie nagrodzony. - Wszyscy z nas, którzy zostali nominowani, dostali nagrody - podkreślił.

Cruz: Dziękuję Almodovarowi

Gwiazda filmu "Volver", Penelope Cruz, dziękowała reżyserowi. - Pedro dał mi szansę robienia czegoś, czego nigdy dotąd nie miałam szansy robić. Dziękuję mu za to i za zaufanie, jakim mnie obdarzył - mówiła.

"Volver" to historia trzech kobiet: dwóch sióstr i matki uznawanej przez nie za zmarłą. Akcja filmu rozgrywa się w Madrycie oraz rodzinnych stronach Almodovara, La Manchy. Jedna z sióstr, Raimunda (Cruz), jest żoną wiecznie pijanego bezrobotnego mężczyzny i matką nastoletniej córki. Druga, Sole, prowadzi salon fryzjerski. Siostry straciły rodziców w pożarze w ich rodzinnej wiosce. Pewnego dnia okazuje się jednak, że ich matka żyje.

Twórcy "Życia na podsłuchu": Nie spodziewaliśmy się nagrody za najlepszy film

Za niespodziankę uznał najwyższe wyróżnienie dla swojego obrazu reżyser i scenarzysta najlepszego europejskiego filmu 2006 r. "Życie na podsłuchu" Florian Henckel von Donnersmarck.

- Słyszałem opinie, że film nie będzie interesował ludzi poza Niemcami, bo to typowo niemiecki temat. Ale mi się nie wydaje, żeby ludzi w innych krajach interesowały tak bardzo różne rzeczy. Jeżeli coś interesuje Niemców, zwykle interesuje to też inne narody - argumentował Henckel von Donnersmarck po ceremonii.

Ulrich Muehe, który za jedną z głównych ról w "Życiu na podsłuchu" otrzymał nagrodę w kategorii "najlepszy aktor", wspominał, że gra w tym filmie była dla niego wielkim przeżyciem, ponieważ sam mieszkał w Niemczech Wschodnich przed zjednoczeniem kraju.

Film opowiada właśnie o wydarzeniach mających miejsce w NRD w połowie lat 80. Dodał, że chociaż był wtedy po przeciwnej stronie, niż grany przez niego bohater, potrafił dzięki swoim doświadczeniom wczuć się w jego sytuację.

- Wszystko co musiałem zrobić, to przypomnieć sobie tamten czas - przekonywał Muehe.

Obok nagród za najlepszy film i dla najlepszego aktora "Życie na podsłuchu" zostało uhonorowane nagrodą za najlepszy scenariusz. Jego autorem jest reżyser Florian Henckel von Donnersmarck.

Akcja filmu rozgrywa się w 1984 roku w Berlinie Wschodnim. Artyści, nakazem socjalistycznych władz, mają być "inżynierami dusz w narodzie". Jeśli ktoś nie dostosowuje się do partyjnych norm, władze zastraszają go, na przykład uniemożliwiając mu dalszy rozwój kariery zawodowej.

Głównymi bohaterami filmu są zakochani w sobie dramaturg Georg i aktorka Christa-Maria, którzy znaleźli się pod ścisłą obserwacją agenta Stasi, kapitana Gerda Wieslera (Ulrich Muehe). W ich mieszkaniu założono podsłuch, a na podstawie nagrań agent Wiesler sporządza raporty.

 

Europejskie Nagrody Filmowe 2006 - nagrodzeni

Najwięcej nagród podczas wczorajszej ceremonii wręczenia Europejskich Nagród Filmowych 2006 w Warszawie zdobyli twórcy filmów "Volver" w reżyserii Pedro Almodovara i "Życie na podsłuchu" Floriana Henckela von Donnersmarcka Nagrody te przyznała Europejska Akademia Filmowa (EFA).

Przedstawiamy pełną listę nagrodzonych:

"Najlepszy Europejski Film 2006": "Życie na podsłuchu" (Niemcy, reż. Florian Henckel von Donnersmarck)

"Najlepszy Europejski Reżyser 2006": Pedro Almodovar ("Volver")

"Najlepsza Europejska Aktorka 2006": Penelope Cruz ("Volver")

"Najlepszy Europejski Aktor 2006": Ulrich Muehe ("Życie na podsłuchu", reż. Florian Henckel von Donnersmarck)

"Najlepszy Europejski Operator 2006": dwie nagrody równorzędne - Barry Ackroyd ("Wiatr buszujący w jęczmieniu", reż. Ken Loach) i Jose Luis Alcaine ("Volver", reż. Pedro Almodovar)

"Najlepszy Europejski Scenarzysta 2006": Florian Henckel von Donnersmarck ("Życie na podsłuchu", reż. Florian Henckel von Donnersmarck)

"Najlepszy Europejski Kompozytor 2006": Alberto Iglesias ("Volver", reż. Pedro Almodovar)

"Europejskie Odkrycie 2006": film "13 Tzameti" (Francja/Gruzja, reż. Gela Babluani)

"Nagroda za całokształt twórczości": Roman Polański

"Nagroda za europejski wkład w światowe kino", czyli Prix Screen International: Jeremy Thomas

"Nagroda Europejskiej Akademii Filmowej za film dokumentalny": obraz "Wielka cisza" - koprodukcja Francji, Niemiec i Szwajcarii, w reżyserii Philipa Groninga

"Europejska Nagroda Filmowa za wkład artystyczny 2006": Pierre Pell i Stephane Rozenbaum - za scenografię do filmu "Jak we śnie" Michela Gondry

"Nagroda Krytyków Europejskiej Akademii Filmowej 2006 - Prix FIPRESCI": film "Zwyczajni kochankowie" w reżyserii Philippe'a Garrela

"Nagroda za najlepszy film krótkometrażowy": węgierski film "Before Dawn", którego reżyserem jest Baliut Kenyeres

Nagroda Publiczności: film "Volver" w reżyserii Pedro Almodovara.