cnn
przegląd artykułów internetowych: ONET.PL GAZETA.PL DZIENNIK.PL
poniedziałek, 06 listopada 2006
Zabraniam mówić "IV Rzeczpospolita" cz. 1
Rozmawiał Jarosław Kurski
2006-11-04, ostatnia aktualizacja 2006-11-03 20:43

Patrzę z zazdrością na sąd konstytucyjny na Litwie. Przeprowadził impeachment prezydenta, a nikt nie podejrzewa go o załatwianie jakichś interesów, nikt nie podważa wiarygodności sędziów - mówi odchodzący przewodniczący Trybunału Konstytucyjnego Marek Safjan

Jarosław Kurski: Zna Pan to zawołanie: "Odzyskaliśmy MSZ". Czy niebawem ktoś z koalicji będzie mógł powiedzieć: "Odzyskaliśmy Trybunał Konstytucyjny"?

Prof. Marek Safjan: Nie sądzę. Zawsze mnie niepokoiło, że Trybunał jest postrzegany jako kolejna instytucja do zawłaszczenia. Na początku 1998 r. Marian Krzaklewski powiedział: "Nasz Trybunał Konstytucyjny". "Nareszcie będziemy mieli swój TK" - mówił poseł Jacek Kurski w radiowej "Jedynce". Otóż Trybunał nie jest ani "nasz", ani "wasz" - tylko wszystkich obywateli. Jestem przekonany, że nie będzie realizował niczyich dyrektyw politycznych.

Skąd optymizm?

- Z dziewięciu lat doświadczeń. Sędziami TK zostawali ludzie, którzy siedzieli w polityce po uszy. Byli posłami, senatorami nawet ministrami. Nie wiem, jak to działa, ale kilka tygodni po nominacji następuje metamorfoza. Politykę zostawiają za drzwiami i stają się sędziami. Ów proces przeistaczania się polityka w sędziego jest fascynujący.

Można to zrozumieć, skoro kadencja sędziego trwa dziewięć lat i nie można być ponownie wybranym.

- Po tych latach sędziowie wracają do swoich środowisk - najczęściej naukowych. Jak mógłbym spojrzeć w oczy swoim studentom na Uniwersytecie Warszawskim i wytłumaczyć, dlaczego wydawałem polityczne orzeczenia. Sędziowie TK nie mają do stracenia nic prócz własnej reputacji. A reputacja - wiadomo, rzecz bezcenna.

Eee tam. Po pierwsze, nie dla wszystkich. Po drugie - bardzo staniała.

- A ja wierzę w ludzką przyzwoitość. Miara przyzwoitości, która w nas, przeciętnych ludziach, drzemie, jest większa, niż można sądzić z doniesień mediów. Media uwypuklają zło i patologie. Dlatego gdy patrzę na moje dorosłe dzieci, na studentów, to nie dziwię się ich awersji do uczestniczenia w życiu publicznym, bo tam rzekomo nie ma ludzi przyzwoitych. Otóż jeszcze są. Ale ich zabraknie, gdy młodzi idealiści nadal będą uciekać w prywatność.

Jak pan ocenia proces wyboru nowych sędziów do TK?

- Nie podoba mi się procedura wybierania sędziów.

Dziewięć lat temu Pan był tak samo wybierany.

- Wtedy też mi się nie podobała. Wybór przez Sejm wybija na pierwszy plan polityczne kryteria oceny kandydata.

Prof. Andrzej Zoll proponował, by to środowiska akademickie, samorządy prawnicze itp. zgłaszały kandydatów.

- Popieram to rozwiązanie. W zeszłym roku dyskutowałem o tym z marszałkiem Markiem Jurkiem. Nie ma żadnych prawnych przeciwwskazań, by ten postulat zrealizować. Ale tego nie uczyniono. Mało tego, obecnie sędziowie wybierani są w ostatniej chwili. Kadencję kończymy 5 listopada i nadal wszystkich nowych sędziów nie powołano.

A przewodniczący?

- Powinien być mianowany trzy miesiące temu. Prezydent osobiście mi obiecał, że nie będzie żadnych zmian trybu powołania prezesa w trakcie rozpoczętej procedury. Ostatnio dostałem od prezydenta zapewnienie, że powołanie prezesa nastąpi w najbliższą sobotę. Niefortunny ze względu na rozprawę w TK o ordynacji wyborczej termin piątkowy został po naszej rozmowie zmieniony. To oczekiwanie do ostatniego momentu mnie niepokoi, bo destabilizuje relacje między organami państwa.

Jednym z wymienianych przez Jarosława Kaczynskiego motywów ponownej koalicji z Samoobroną było obsadzenie TK zaufanymi ludźmi. A teraz koalicja nie ma nawet czasu na zgłoszenie kandydatów.

- Rzeczywiście takie zdumiewające słowa padły z ust premiera. Ale spójrzmy na kandydatów PiS: prof. Maria Gintowt-Jankowicz, dyrektor Krajowej Szkoły Administracji Publicznej, czy Wojciech Hermeliński, wiceprezes Naczelnej Rady Adwokackiej - te osoby przedtem nie działały politycznie, dają rękojmię niezawisłości i obiektywizmu sądu konstytucyjnego.

Przez lata mojej kadencji Trybunał w równym stopniu był nielubiany przez wszystkie układy polityczne. Nowością ostatnich miesięcy jest agresywna retoryka wobec TK. Takiego języka wobec sądu konstytucyjnego wcześniej nie stosowano.

A co Pana tak oburza?

- Pamiętamy słowa, jakie padały wobec Trybunału: "Obrzydliwi tchórzliwi oportuniści", "Taka sobie grupa mędrców". O sędziach Trybunału mówiono "łże elity", mówiono, że są z układów i załatwiają własne interesy.

To już nic nie można powiedzieć?

- Można. Nie jesteśmy wyjęci spod krytyki. Nie twierdzę, że się nie mylimy. Sam mogę wskazać orzeczenia, z którymi się nie zgadzam i do których napisałem zdania odrębne. Ale osobiste ataki na sędziów?! Zarzucanie im braku wiarygodności. To jest dramatyczne.

Może mi Pan to wyjaśnić: prezydentem Polski jest profesor prawa, a premierem - doktor prawa.

- To są moi koledzy z wydziału.

Czegoś nie rozumiem.

- Ale ja też czegoś nie rozumiem.

Zlustrujmy zatem Safjana. Skąd Pan się wziął? Jak Pan trafił do Trybunału?

- Gdy wybuchł Marzec '68, byłem na pierwszym roku. Nie miałem ideologicznych pokus, by zapisać się do ZMS czy do partii. Ale też szczerze przyznam, że nie przejawiałem nigdy jakichś namiętności politycznych. Szybko zostałem asystentem, napisałem doktorat. W latach 70. katedra prawa cywilnego na UW była enklawą wolności. Człowiek robił, co chciał, mówił, co chciał. Co tydzień w bibliotece czytałem francuską prasę. Słuchało się Wolnej Europy, czytało paryską "Kulturę". Oficjalna rzeczywistość niewiele mnie interesowała. To się zmieniło w 1976 r.

Rozruchy w Radomiu i Ursusie czy poprawki do konstytucji?

- Jedno i drugie. Wówczas z grupą przyjaciół powiedzieliśmy sobie, że "coś trzeba robić", że w imię zwykłej ludzkiej przyzwoitości nie można stać z założonymi rękami. PRL ostatecznie się skompromitował i był zaprzeczeniem wszystkiego, w co wierzyliśmy. Poznałem wówczas usuniętego z uniwersytetu historyka - zdziwi się pan - Jerzego Targalskiego (pseudonim "Józef Darski"), obecnie wiceprezesa Polskiego Radia z nadania PiS.

Jerzy Targalski! Antoni Macierewicz może przy nim uchodzić za centrowca. Ostatnio powiedział w "Rzeczpospolitej" (18 października) że "ten kto nie był agentem, oficerem, członkiem jego rodziny lub agenturze nie służył, nie mógł robić kariery w III RP, czyli Ubekistanie". Nie chcę Pana martwić - zrobił Pan karierę w III RP - wychodzi na to, że Pan jest ubek.

- On miał zawsze nieprawdopodobny temperament polityczny. Mówiłem mu, Jurek, ty jesteś bolszewik a rebours. „Antek” - taką miał ksywę Targalski - zawsze był radykalny, nie wierzył w żadne rozmiękczanie systemu, żaden KOR, tylko wysadzać w powietrze, podkładać bomby, robić marsze głodowe. W takich nastrojach zaczynaliśmy tę dość kanapową opozycję. Potem nastała „Solidarność” i mocne zaangażowanie na uczelni. W stanie wojennym Jurek Targlski - który się u nas ukrywał - zaproponował wydawanie pisma „Niepodległość”. Zastawialiśmy się, jaka idea Rzeczypospolitej by nam odpowiadała, i doszliśmy do idei państwa liberalno-konserwatywno-demokratycznego z maksymalnie wolnym rynkiem i państwa w roli nocnego stróża gwarantującego wszelkie wolności obywatelskie.

W stanie wojennym Targalski i Safjan mieli takie same poglądy. A dziś? Co się stało?

- No właśnie nie wiem. Nie potrafię sobie tego wytłumaczyć. Mam wrażenie, że ja się nie zmieniłem. Słowo daję, mam takie same poglądy, jak wtedy, gdy robiłem "Niepodległość", i gdy byłem na wiecu 8 marca 1968 r. Dlatego jestem przerażony. Po 17 latach III RP nie potrafię się odnaleźć, bo nagle się okazuje, że to wszystko, co budowaliśmy, podobno jest do kitu, że cała nasza praca to działanie na szkodę państwa i że wszystko trzeba zaczynać od nowa.

Pan nie rozumie logiki rewolucji, bo Pan nie może zrozumieć. Pan jest beneficjantem III RP.

- Moja żona twierdzi, że to jest brutalna zmiana pokoleniowa. Pokolenie trzydziestolatków, które PRL-u nie pamięta, a które aspiruje do władzy, mówi: "Spadajcie zgredy do lamusa. Wszyscy jesteście umoczeni". Pewnie jakieś ziarno racjonalności w tym jest. Nasze pokolenie się w pewnym stopniu zużyło. Ale zmiana pokoleniowa to jedno, a kwestionowanie całości dokonań III RP, które rzeczywiście są - to drugie. 1989 r. to najszczęśliwszy rok w moim życiu. A wejście do NATO, do Unii, a osiągnięcia gospodarcze? Nie pojmuję innej oceny.

To wynika z przekonania, że im bardziej zaneguje się dokonania III RP, tym bardziej urośnie ta czwarta.

- Polska odniosła w tym 17-leciu wielkie sukcesy. Byliśmy znaczącym krajem w Europie, wzorcem przemian dla krajów Europy Środkowej. Dziś nie potrafimy tych atutów wykorzystać. Polska marnuje swój czas. Trzeba likwidować zaszłości PRL-u, ale oprócz tego coś trzeba robić dla przyszłości. Mamy do pokonania kolejne progi cywilizacyjne - wejście do strefy euro, do strefy Schengen, zachęcenie do powrotu polskiej emigracji zarobkowej, kryzys systemu emerytalnego w związku z niżem demograficznym i emigracją zarobkową, rosnące zadłużenie publiczne. Budowanie miraży państwa socjalnego może skończyć się tak jak na Węgrzech - jeśli nie gorzej.

Wie pan co, ja już nie mogę słuchać radia!

Zabraniam mówić "IV Rzeczpospolita" cz. 2
Krajem rządzą nie dziennikarze, a politycy.

- Zgadzam się, ale ja już nie mogę słuchać o kolejnych historiach, otwieranych szafach, inwigilacjach i sensacyjnych taśmach. Nie przybliża nas to do tych celów o krok.

A jak się Pan zapatruje na pomysł, by prezydent osobiście ujawniał współpracowników i agentów WSI?

- Angażuje się najwyższego urzędnika w państwie w bardzo ryzykowne decyzje. Nie wiemy nawet, według jakich kryteriów typowani będą agenci do ujawnienia. Podobno jednych dziennikarzy się ujawni, innych nie. Mówimy o agentach, którzy działali w III RP! To jest działanie, delikatnie mówiąc, na tyle niestandardowe, że może mieć dramatyczne przełożenie na przyszłość służb specjalnych RP. Kto zdecyduje się na współpracę, wiedząc, że po zwrocie politycznym, jego nazwisko może zostać ujawnione?

Porozmawiajmy więc o kulturze prawnej w IV RP?

- Proszę Pana, jestem prezesem Trybunału, który stoi na straży konstytucji. Konstytucja stanowi w preambule, że jesteśmy III Rzecząpospolitą. I dopóki nie będzie zmieniona konstytucja, a wierzę, że nie będzie - zabraniam mówienia: IV Rzeczpospolita. To jest nieuprawniona nazwa.

Najwyższe władze się nią posługują.

- To czysta publicystyka. Czysta polityka. Ale w tym miejscu, w sądzie konstytucyjnym, nazwa IV RP nie będzie używana. A poza tym, konstytucja III RP jest bardzo dobrą konstytucją.

Jednak ma sporo mankamentów.

- Mój kolega Gustavo Zagrobelski, wybitny konstytucjonalista, były prezes włoskiego Trybunału - mówi słusznie, że najgorsze, co może spotkać demokratyczne państwo, to ciągłe zmiany konstytucji. Bo konstytucję buduje się nie tylko poprzez tekst prawny, ale przez żywą praktykę konstytucyjną. Obecna konstytucja jest dziełem politycznego kompromisu i społecznego konsensu. Została zatwierdzona w referendum po jedynej autentycznej szerokiej dyskusji publicznej w Polsce w okresie ostatnich kilkunastu lat. Zgadzam się - ma swoje mankamenty. Jest przegadana, miejscami nieprecyzyjna. Ale w żadnym wypadku nie można powiedzieć, że jest zła. Świetnie się sprawdza w sferze ochrony praw i wolności. Polska nigdy nie miała tak dobrze skonstruowanej karty praw i wolności.

Umożliwia trwanie słabym mniejszościowym rządom.

- To prawda, przez cztery lata trwał rząd Buzka, potem Millera i Belki. Ale stabilizacja nie jest sama w sobie zła. To kwestia wyboru. Wolę rząd stabilny, choć słaby, niż nieustanne zmiany rządów - takie jak we Włoszech.

Jednak czy nie byłoby sensowne wzmocnienie władzy prezydenta?

- Prezydent ma w Polsce bardzo silną władzę pochodzącą od narodu - prawo weta, prewencyjna inicjatywa do Trybunału Konstytucyjnego, decyduje o rozwiązaniu parlamentu w razie nieuchwalenia na czas budżetu. Wystarczy.

Lech Kaczyński poddał pod rozwagę powrót do przedwojennej koncepcji rozporządzeń prezydenta z mocą ustawy.

- Rzeczywiście, dzięki rozporządzeniom prezydenta Ignacego Mościckiego przyjęto np. fenomenalny kodeks zobowiązań, fantastyczny kodeks handlowy, który obowiązywał w Polsce do 2001 r,. czy wreszcie znakomity kodeks karny Makarewicza. Ale nie żyjemy w czasach II RP. Dziś dwie trzecie aktów normatywnych Rzeczypospolitej powstaje w związku z prawodawstwem Unii Europejskiej.

Można się zastanawiać nad wzmocnieniem niektórych funkcji prezydenta, np. przy powoływaniu rządu. Ale czy do tego potrzebna jest nowa konstytucja, czy raczej zwykłe retusze konstytucji?

A propos retuszy. LPR zaproponował wpisanie do ustawy zasadniczej zasady ochrony życia od chwili poczęcia.

- Artykuł 38 konstytucji całkowicie zapewnia ochronę życia poczętego. Nasze ustawodawstwo na tle regulacji w innych krajach europejskich idzie dość daleko w ochronie życia człowieka, który się jeszcze nie narodził. Obowiązująca formuła jest owocem kompromisu, który osiągnął swą granicę. Mój osobisty pogląd na temat przerywania ciąży jest bardzo restryktywny w sensie moralnym, ale nie wyobrażam sobie ustawy, która zabraniałby aborcji kobiecie, której życie w wyniku ciąży jest zagrożone, albo kobiecie zgwałconej.
 
Ale prawo nie jest oderwane od wartości moralnych.

- Oczywiście, że nie. Wartości zawsze są obecne w prawie. Ale to nie znaczy, że musi ono odzwierciedlać każdą najwyższą wartość moralną. Z podziwem patrzymy na ofiarę ojca Maksymiliana Kolbego, który poświęca swe życie dla ratowania Gajowniczka, ale czy z tego wynika, że powinniśmy wprowadzić nakaz poświęcania własnego życia dla życia drugiej osoby. To jest oczywiście ideał moralny, ale prawu nie wolno czynić z tego obowiązku!

Po przekroczeniu pewnej granicy oddziaływanie poprzez prawo na zachowania moralne ludzi staje się szkodliwe.

Trybunał orzekł o możliwej odpowiedzialności karnej dziennikarzy. Pan zgłosił w tej sprawie zdanie odrębne. Jak Pan ocenia orzeczenie swych kolegów?

- Nie dlatego zgłaszam wątpliwości, że dopuszcza się możliwość odpowiedzialności karnej dziennikarza. Dziennikarz nie może bezkarnie publicznie kłamać. Ale dziś możliwa jest odpowiedzialność karna także z powodu opublikowania prawdziwej informacji, np. o osobach pełniących funkcje publiczne. Jestem zdania, że dopuszczalność publikowania takich informacji nie może zależeć od tego, czy jest ona zgodna ze społecznym interesem. Takie rozwiązanie przypomina, niestety, bardziej PRL niż standardy demokratycznego państwa europejskiego. Bardzo źle się stało, że TK nie odpowiedział na pytanie sądu, czy społecznie uzasadniony interes jest rzeczywiście niezbędnym kryterium uchylenia odpowiedzialności Sprawa pozostaje jednak otwarta, bo nie zapadło orzeczenie merytoryczne, ale umorzono postępowanie.

Wczoraj Trybunał Konstytucyjny orzekł, że nowelizacja ustawy o wyborach samorządowych jest zgodna z konstytucją. Pan znów zgłosił zdanie odrębne.

- Wybory mogą się odbyć 12 listopada bez przeszkód i bez ryzyka, że ordynacja zostanie w przyszłości podważona jako niezgodna z konstytucją. Ale Trybunał zgłosił też zastrzeżenia wobec ustawodawcy. Ustawodawca naruszył standard demokratyczny uznany w państwach europejskich - obowiązek zachowania odpowiedniej vacatio legis. W sprawach tak fundamentalnych jak istotna nowelizacja prawa wyborczego wszyscy zainteresowani powinni mieć co najmniej sześć miesięcy na zapoznanie się ze zmianami.

W tym punkcie wyrok TK i zdania odrębne są zbieżne. Różnice wynikają stąd, że dla TK naruszenie tego standardu jeszcze nie wystarczyło do orzeczenia niekonstytucyjności, przede wszystkim ze względu na zaawansowanie procedur wyborczych. Zdaniem zaś sędziów składających zdania odrębne był to natomiast istotny powód uznania ustawy za niezgodną z konstytucją. Zwłaszcza że nadzwyczajna szybkość procedur ustawodawczych uniemożliwiała szerszą debatę publiczną.

A jak prezes Trybunału Konstytucyjnego zapatruje się na konstytucję europejską, o której mówi się, że umarła.

- Nie umarła. Jeśli umarła, to w Polsce, gdzie się o niej nie dyskutuje. I to jest przerażające. To kluczowa sprawa. Ciągle stoimy przed decyzją, czy robić w tej sprawie referendum. Uważam, że konstytucja europejska choć niedoskonała, jest rozsądnym pomysłem i dla Polski, i dla Europy.

I to mówi człowiek, który wydawał pismo "Niepodległość".

- Nasza niepodległość nie jest zagrożona przez Unię Europejską. Gdy wydawaliśmy wyrok w sprawie traktatu akcesyjnego i Trybunał ostatecznie przesądził, że Polska jako członek UE nie traci swej suwerenności, tłum na sali krzyczał: "Targowica", i "Sanhedryn do Jerozolimy", "Kupcie sobie bilety do Izraela".

Konstytucja to lepsze rozwiązanie niż traktaty europejskie, które są niejasne, niespójne i których stosowanie jest trudne. Myślimy dziś o Europie w kategoriach pieniędzy, inwestycji i wspólnego rynku. Nadal, niestety, nie jest to wspólnota polityczna. Konstytucja europejska to pierwszy krok w kierunku Europy jako politycznej wspólnoty wartości. To jest o wiele ważniejsze dla nas, dla Europy Środkowo-Wschodniej niż dla Europy Zachodniej.

Dlaczego?

- Bo wspólna konstytucja pozwoliłaby nam skuteczniej walczyć z egoizmem krajów Europy Zachodniej. Tamte społeczeństwa nie rozumieją, albo raczej nie chcą rozumieć, że Europa ma sens tylko wtedy, kiedy jest zarazem wspólnotą wartości. Patrzą na UE z perspektywy spodziewanych benefisów gospodarczych. Solidarność jest wtedy, gdy można razem walczyć o Wspólną Politykę Rolną, a kończy się, gdy do Francji ma przyjechać polski hydraulik.

W swojej książce "Prawa Polska" (wyd. Rosner i Wspólnicy) twierdzi Pan, że jakość prawa nie jest taka ważna jak kultura prawna. Co Pan miał na myśli?

- Ilość prawa, jaką wytwarza polski parlament, świadczy o chorobie państwa. Powstają ciągle nowe regulacje, które nie są zrozumiałe nawet dla samych prawników, a poruszanie się w tym gąszczu staje się niemożliwe. Wie pan skąd się czerpie wiedzę o obowiązującym prawie w Polsce?

Z dzienników ustaw?

- Nie, 99 proc. prawników korzysta z programu Lex, prywatnej firmy, która wprowadza setki uchwalanych poprawek do ustaw, bo nikt inny nie jest wstanie nad tym zapanować. To świadczy o chorobie systemu. Lepsze jest wrogiem gorszego. Nie ma złych ustaw. Są tylko źli prawnicy. Mądry prawnik nawet głupie prawo potrafi racjonalnie stosować, a głupi prawnik mądrego prawa nie zastosuje, bo brak mu kultury prawnej.

Dziś premier bez szczególnej dbałości o dowody może powiedzieć o innym polityku, że popełnił zbrodnie. Emila Wąsacza aresztuje się w świetle kamer i wiezie w kajdankach konwojem przez całą Polskę. To jest współczesna kultura prawna.

- Obraz Polski jako państwa prawa jest przerażający. Czuję się upokorzony teatralnością działań policji. Zatrzymanie Wąsacza gwałciło godność człowieka. Cieszę się, że w tej sprawie zareagował Rzecznik Praw Obywatelskich i wystąpił do prokuratora o wyjaśnienia.

Skąd się to bierze?

- Każdy naród ma taką elitę, na jaką zasługuje. Przecież ktoś tych ludzi wybrał. To jest władza wolnego demokratycznego kraju. I jak coś się nie podoba, to pretensje trzeba mieć do siebie. Nie chcę być złym prorokiem, ale nie zdziwię się, gdy frekwencja w wyborach do samorządów wyniesie ok. 20 proc. Nasze społeczeństwo obywatelskie jest jeszcze bardzo wątłe.

Z jakimi odczuciami odchodzi Pan z Trybunału?

- Z jednej strony jestem szczęśliwy, bo przeżyłem dziewięć fascynujących lat.

Fascynujących? TK zawsze wydawał mi się śmiertelnie nudnym miejscem.

- Dowiedziałem się wiele nowego o funkcjonowaniu państwa. Ale i mam poczucie dyskomfortu, bo działalność Trybunału jest marginalizowana i nie przynosi owoców, jakie by mogła, gdyby traktować go poważnie. Jest również moją klęską, że do dziś nie wykonano kilkudziesięciu orzeczeń TK, i co rusz powtarzają się te same błędy prawodawcze.

Patrzę z zazdrością na sąd konstytucyjny na Litwie, która ma dwa razy krótszą historię. Przeprowadził impeachment prezydenta, a mimo to nikt na Litwie nie podejrzewa go o polityczne działania, o załatwianie jakichś egoistycznych interesów, nikt nie podważa wiarygodności sędziów. Polski sąd konstytucyjny jest bardziej ceniony na Litwie niż w Polsce. Na święto polskiego Trybunału nie przyszedł nikt z urzędujących władz. Ani Lech, ani Jarosław Kaczyński. Od chwili powołania nowego rządu nie miałem ani jednego oficjalnego spotkania z prokuratorem generalnym min. Zbigniewem Ziobro, który cały czas jest uczestnikiem postępowania przed TK i do którego codziennie wysyłam ileś tam pism.

A jak Pan widzi przyszłość Trybunału?

- Trybunał ma mocne gwarancje konstytucyjne. Pozostanie niezawisły. Jestem optymistą, bo jak już mówiłem, wierzę w ludzką przyzwoitość.
piątek, 03 listopada 2006
TK zajmie się przepisami ordynacji samorządowej
PAP
2006-11-01, ostatnia aktualizacja 2006-11-01 15:06

W piątek Trybunał Konstytucyjny zajmie się zaskarżonymi przez opozycję przepisami nowelizacji samorządowej ordynacji wyborczej, dającymi możliwość grupowania list (tworzenia bloków) w wyborach samorządowych.

Zdaniem posłów PO, SLD i PSL, którzy zaskarżyli nowelizację, grupowanie list jest niezgodne z preambułą konstytucji i z zasadami: demokratycznego państwa prawa, równości wyborów oraz decentralizacji władzy publicznej.

Grupowanie list narusza także - w ich opinii - przepisy Europejskiej Karty Samorządu Lokalnego. Wnioskodawcy uważają ponadto, że skrócenie vacatio legis nowelizacji jest niezgodne z zasadą demokratycznego państwa prawa oraz przepisem konstytucji mówiącym o tym, w jakiej sytuacji można wprowadzić ograniczenia w korzystaniu z konstytucyjnych wolności i praw.

Tę samą normę konstytucyjną narusza - zadaniem autorów wniosku do TK - sposób uchwalenia nowelizacji, który - jak ocenili - jest też niezgodny z zasadą legalizmu mówiącą, że organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa.

Zgodnie z zaskarżoną nowelizacją, minimum dwa komitety wyborcze mogą utworzyć grupę list (blok) i zawrzeć umowę o wspólnym podziale mandatów.

Według posłów opozycji, grupowanie list powoduje uprzywilejowanie komitetów, które przystąpią do bloku wyborczego co sprzeczne jest z zasadą demokratycznego państwa prawa urzeczywistniającego zasady sprawiedliwości społecznej.

Ich zdaniem, grupowanie list deformuje wynik wyborczy, bo może prowadzić do znacznej nadreprezentacji najsilniejszego ugrupowania wchodzącego w skład bloku.

Zdaniem autorów skargi do TK, preferencje uzyskiwane przez przystąpienie do bloku naruszają konstytucyjną zasadę równości wyborów gwarantującą równą siłę głosu każdego wyborcy.

Zgodnie z nowelizacją, do wyniku bloku wliczane są głosy oddane na komitet, który nie przekroczył 5 proc. progu wyborczego. Głosy te wspomagają więc pozostałego uczestnika, lub uczestników bloku, który próg przekroczył.

W efekcie komitet taki - wsparty głosami, które nie zostały na niego oddane - uzyskuje znacznie więcej mandatów niż wynikałoby to z uzyskanego poparcia i niż gdyby startował samodzielnie. "Podmiot najsilniejszy (w bloku) będzie zdecydowanie nadreprezentowany w stosunku do rzeczywistego poparcia, którym cieszy się wśród wyborców" - podkreślają wnioskodawcy.

Ich zdaniem, celem nowelizacji jest więc umożliwienie silniejszym, czyli uzyskującym większą liczbę głosów komitetom, zawłaszczanie głosów oddanych na słabszych partnerów z bloku.

Opozycja podkreśla, że faworyzowanie silnych ugrupowań prowadzić może do centralizacji partyjnej samorządów kosztem więzi lokalnych (społecznych, gospodarczych lub kulturalnych) i interesów wspólnot obywateli. Konstytucja - zaznaczają - stanowi, że ustrój terytorialny państwa zapewnia decentralizację władzy publicznej.

Wnioskodawcy przekonują też, że blokowanie list połączone z zasadą, że głosy oddane na komitety, które nie przekroczyły 5 proc. progu wliczane są do wyniku bloku, prowadzić może do tego, że wyborca nie będzie mógł przewidzieć efektu swojego głosowania; głos przez niego oddany może w ostatecznym efekcie wesprzeć ugrupowanie, na które nie głosował.

Opozycja uważa ponadto, że naruszeniem norm konstytucyjnych było także wprowadzenie krótszego niż 14 dni vacatio legis, czyli okresu między ogłoszeniem ustawy, a jej wejściem w życie.

Nowelizacja wprowadzająca możliwość grupowania list ogłoszona została 6 września, w życie weszła 13 września. Zdaniem wnioskodawców, szybkie wprowadzenie nowelizacji, niedługo przed terminem wyborów (12 listopada), zaskoczyło wyborców oraz komitety wyborcze.

Autorzy wniosku uważają, że wyborcy i komitety mieli mało czasu na zapoznanie się z nowymi przepisami, a niektóre komitety zmuszone zostały do zmiany strategii wyborczej.

Według autorów skargi do TK, skracanie vacatio legis w przypadku ustaw nakładających obowiązki na obywateli lub inne podmioty nie podlegające organom państwowym jest naruszeniem konstytucyjnej zasady demokratycznego państwa prawnego.

Ograniczenie vacatio legis - argumentują wnioskodawcy - dopuszczalne jest jedynie jako środek nadzwyczajny, jako wyjątek uzasadniony "ważnym interesem publicznym". Podkreślają także, że wybory powinny odbywać się wedle stabilnych, odpowiednio wcześnie ustalonych i znanych reguł. Przywołują zasadę, że zmiany okręgów wyborczych mogą być dokonywane najpóźniej na 3 miesiące przed upływem kadencji.

Autorzy skargi do TK uważają też, że nowelizacja uchwalona została w sposób naruszający konstytucyjną zasadę państwa prawa oraz zasadę legalizmu. I tym samym jest nieważna od samego początku.

Projekt nowelizacji wpłynął do Sejmu 11 lipca. 22 lipca Sejm przyjął wniosek, aby sejmowa Komisja Samorządu i Terytorialnego i Polityki Regionalnej przedstawiła sprawozdanie z prac nad projektem do 21 sierpnia.

Wówczas w komisji opozycja miała tyle samo głosów co koalicja i 17 sierpnia posłom opozycyjnym udało się przeforsować decyzję o przeprowadzeniu w sprawie projektu nowelizacji wysłuchania publicznego, które zwołano na 11 września.

Posłowie koalicji byli przeciwni organizacji wysłuchania. Argumentowali, że wszystkie zainteresowane strony już przedstawiły swe stanowiska, a wysłuchanie przedłuży prace nad nowelizacją. Podkreślali, że Sejm zobowiązał komisję do przedstawienia sprawozdania z prac do 21 sierpnia, a wysłuchanie w dniu 11 września łamie to postanowienie.

W efekcie politycznej burzy, która wybuchła wtedy w Sejmie rozszerzony został skład komisji samorządowej tak, że koalicja zdobyła w niej przewagę nad opozycją. Następnie, już w nowym składzie, komisja - bez udziału posłów opozycji - odwołała wysłuchanie publiczne.

Autorzy skargi kwestionują tryb, w jakim sejmowa komisja samorządowa odwołała wysłuchanie publiczne. Według nich, zobowiązanie się do przeprowadzenia wysłuchania ma charakter przyrzeczenia publicznego, z którego wycofać można się jedynie w wyjątkowych przypadkach.

Wnioskodawcy uważają, że w pierwszej kolejności powinno być chronione prawo obywatelskie do udziału w wysłuchaniu publicznym jako wartość ważniejsza niż ochrona autorytetu Sejmu, mierzona w tym przypadku przestrzeganiem wewnętrznej instrukcji dotyczącej terminu przedstawienia przez komisję sprawozdania z prac.

Marszałek Sejmu Marek Jurek wniósł o stwierdzenie, że zaskarżone przez posłów przepisy są zgodne z konstytucją. Rozprawa ma zacząć się w piątek o godz. 9.15. Na internetowej stronie TK ma być przeprowadzona jej transmisja.
poniedziałek, 30 października 2006
TK: Dziennikarze mogą być karani więzieniem za pomówienia
PAP, MZ /09:29
Prezes TK Marek Safjan
TVN24

Przepisy kodeksu karnego chroniące przed pomówieniem są zgodne z konstytucyjną zasadą wolności słowa i prasy. Dziennikarze mogą być karani za pomówienie - wynika z poniedziałkowego wyroku Trybunału Konstytucyjnego.

Wyrok jest ostateczny. Zdanie odrębne zgłosiło trzech sędziów z 12 osobowego składu - przewodniczący TK Marek Safjan, Ewa Łętowska i Mirosław Wyrzykowski.

"Nie ma podstaw by konstytucyjna zasada wolności słowa miała pierwszeństwo przed innymi zasadami konstytucji" - powiedział w uzasadnieniu Safjan. "Konstytucja stwierdza też, że godność ludzka jest nienaruszalna i jej ochrona jest obowiązkiem państwa" - dodał przewodniczący.

Trybunał odpowiedział na pytanie prawne, zadane przez gdański sąd rejonowy. Pytał on TK, czy przepisy kodeksu karnego, dotyczące zniesławienia, są zgodne z konstytucyjnymi gwarancjami wolności słowa i wolności prasy.

Pytanie ma związek ze sprawą dziennikarzy "Polityki" i "Gazety Wyborczej", Bianki Mikołajewskiej i Macieja Samcika, przeciw którym toczy się postępowanie przygotowawcze w Prokuraturze Okręgowej w Gdańsku za serię artykułów o Spółdzielczych Kasach Oszczędnościowo-Kredytowych (SKOK).

Prokuratura zwróciła się do sądu o zwolnienie dziennikarzy z tajemnicy zawodowej. Sąd Rejonowy w Gdańsku skierował do Trybunału pytanie, czy przepisy kodeksu karnego, dotyczące zniesławienia, są zgodne z konstytucyjnymi gwarancjami wolności słowa i wolności prasy. W ocenie sądu przepisy te w sposób niedopuszczalny ingerują w sferę swobody wypowiedzi, gdyż wprowadzają odpowiedzialność karną za większość wypowiedzi o niepochlebnym i negatywnym wydźwięku.

Art. 212 Kodeksu karnego stanowi, że "kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną nie mającą osobowości prawnej, o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności, podlega grzywnie, karze ograniczenia albo pozbawienia wolności do roku". W przypadku dziennikarzy maksymalna kara to dwa lata więzienia.

Gdański sąd zadał pytanie uważając, że taki zapis kodeksu karnego może prowadzić do sytuacji, w której wolność prasy stanie się iluzoryczna, ponieważ nie obejmuje wolności wyrażania krytycznych poglądów i ocen. Sąd przypominał, że wolność słowa i wolność prasy to fundamentalne zasady demokratycznego państwa prawa.

Podczas rozpatrywania pytania przedstawiciele Prokuratora Generalnego i Sejmu bronili kodeksowego zapisu przypominając, że godność ludzka jest nienaruszalna. Podnosili, że przepisy karne o zniesławieniach obowiązują w polskim prawie od 1932 r. i powinny w nim pozostać, bo chronią przede wszystkim zwykłych obywateli przed pomówieniami.

Przedstawiciel gdańskiego sądu podkreślał, że odpowiedzialność cywilna i ewentualne duże odszkodowanie może być znacznie bardziej dotkliwe dla zniesławiającego, niż odpowiedzialność karna - hipotetyczna groźba więzienia.

Według obecnych przepisów nie ma przestępstwa zniesławienia, gdy publicznie rozgłaszany zarzut jest prawdziwy i podaje się go w interesie społecznym, jednak w razie procesu to sąd uznaje, kiedy zachodzi ten interes społeczny, a kiedy nie.

Trybunał umorzył sprawę w drugiej części pytania gdańskiego sądu - o konstytucyjność art. 213 kodeksu karnego, który uznaje za bezprawne publiczne rozpowszechnienie prawdziwych zarzutów, które mogą w opinii publicznej poniżyć lub narazić na utratę zaufania osoby, instytucje, osoby prawne.

 

Trybunał pozwala ścigać dziennikarzy

Ewa Siedlecka
2006-10-31, ostatnia aktualizacja 2006-10-30 20:13

Prawo karne przewiduje do dwóch lat więzienia za publiczne pomówienie. Wczoraj Trybunał uznał, że dobrze chroni to dobre imię bohaterów mediów. Jednak trzej sędziowie TK oponują: - To zamraża debatę publiczną

Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Olkuśnik / AG
Troje sędziów Trybunału Konstytucyjnego złożyło zdanie odrębne: Marek Safjan (siedzi), Mirosław Wyrzykowski (pierwszy z lewej) i Ewa Łętowska (za nim). Obok niej sędziowie Jerzy Stępień i Marian Zdyb
Na wyrok szczególnie czekał świat dziennikarski.

Za pomówienie grozi w Polsce grzywna, kara ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności do roku. Za pomówienie "za pomocą środków masowego komunikowania" - do dwóch lat.

Prokuratura w Gdańsku prowadzi - z art. 212 kodeksu karnego - postępowanie o pomówienie członków Zarządu gdańskiego SKOK-u przez Macieja Samcika z "Gazety Wyborczej" i Biankę Mikołajewską z "Polityki". Chciała, żeby dziennikarze zeznali, skąd mieli informacje do swoich artykułów.

Zwróciła się więc do Sądu Rejonowego dla Gdańska Południe o zwolnienie Mikołajewskiej i Samcika z tajemnicy dziennikarskiej.

Sąd z kolei uznał, że ściganie prawem karnym za pomówienie może naruszać konstytucyjną wolność słowa i postanowił o to zapytać Trybunał Konstytucyjny.

Art. 212 kk przewiduje karę grzywny, ograniczenia wolności lub więzienia do roku za pomówienie, które może "narazić na poniżenie w opinii publicznej lub utratę zaufania niezbędnego do sprawowania funkcji lub wykonywania zawodu".

- Ten przepis każe praktycznie za każdą wypowiedź krytyczną, bo każda może sprawić, że ktoś poczuje się poniżony. Dla ochrony dobrego imienia wystarczy prawo cywilne - argumentował sędzia Marcin Stażewski z sądu w Gdańsku.

Wczoraj Trybunał nie uznał jego argumentów: - Konstytucja nakazuje chronić godność. Spośród różnych środków tej ochrony należy wybierać te najmniej dolegliwe, jeśli można nimi osiągnąć zamierzony efekt. Jednak brak jest jednoznacznych podstaw do przyjęcia, że za pomocą prawa cywilnego można godność pomówionego chronić równie skutecznie, co na drodze karnej. W odczuciu społecznym inną wagę potępiającą ma wyrok karny. W ochronie dobrego imienia prawo karne i cywilne powinny się uzupełniać.

Trybunał powiedział, że większość państw chroni godność prawem karnym, a w RFN, Szwajcarii i Norwegii prawo przewiduje surowsze niż w Polsce sankcje.

***

Sąd gdański zapytał też o art. 213 kodeksu karnego, który mówi, że nie jest przestępstwem postawienie publicznie prawdziwego zarzutu. Ale tylko wtedy, kiedy stawiający zarzut działa "w obronie społecznie uzasadnionego interesu".

- Karalność prawdziwych wypowiedzi jest nie do zaakceptowania w demokratycznym społeczeństwie - mówił na rozprawie sędzia Stażewski.

Ale Trybunał uznał, że w sprawie art. 213 nie będzie się wypowiadać, bo nie wiąże się ze sprawą zwolnienia dziennikarzy z tajemnicy.

Jednak właśnie art. 213 za sprzeczny z konstytucją uznali trzej sędziowie Ewa Łętowska, Marek Safjan i Mirosław Wyrzykowski (sprawozdawca w tej sprawie). Złożyli oni zdania odrębne.

Wszyscy troje nie zgodzili się z tym, że Trybunał nie chciał orzekać w sprawie art. 213. Ich zdaniem ten artykuł stawia dziennikarza w sytuacji, gdy musi dowodzić przed sądem, że "działał w obronie społecznie uzasadnionego interesu".

Uznali też, że ściganie prawem karnym za pomówienie osób publicznych odstrasza media od krytyki i szkodzi wolności debaty publicznej.

Sędzia Łętowska przedstawiła propozycje zmiany prawa.

Zdaniem Łętowskiej dziennikarze nie powinni być za pomówienie karani surowiej (dwa lata, a nie rok), osoby publiczne powinny być słabiej chronione niż prywatne i nie powinno się karać za publiczne postawienie osobie publicznej prawdziwego zarzutu. Podobny postulat wynika też z innych zdań odrębnych.

W zdaniach odrębnych powiedzieli:

Mirosław Wyrzykowski: W demokratycznym państwie konieczne jest istnienie warunków do prowadzenia debaty publicznej. Dlatego podnoszenie publicznie prawdziwego zarzutu nie powinno być karalne.

Ewa Łętowska: Godność trzeba chronić, ale tak, by nie doprowadzono do zamrożenia debaty społecznej. To wymaga mniejszej ochrony osób publicznych. Zarzut prawdziwy uczyniony publicznie z reguły należy traktować jako uczyniony w obronie uzasadnionego społecznie interesu. To dziennikarzowi należy udowodnić, że nie działał w obronie społecznego interesu, tylko w ramach np. szykany.

Marek Safjan: Polskie przepisy o pomówieniu nie uwzględniają orzecznictwa międzynarodowych organów na temat wolności wypowiedzi. Prawo nie działa w pustce. Powinno unikać rozwiązań zależnych od ocen, na które wpływ ma sytuacja polityczna czy preferencje osób sprawujących władze. Kryterium "społecznie uzasadnionego interesu" takiego postulatu nie spełnia.

Dla "Gazety"

Marek Antoni Nowicki, prezes Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, b. sędzia Europejskiej Komisji Praw Człowieka w Strasburgu

W sprawie odpowiedzialności za słowa w Europie jest tendencja do odchodzenia od stosowania represji karnej. Kraje, które nawet mają w swoim prawodawstwie karę pozbawienia wolności, zazwyczaj jej nie stosują. Z orzecznictwa Komitetu Praw Człowieka ONZ, Trybunału w Strasburgu czy dokumentów OBWE jasno wynika, że istnienie systemu sankcji karnych, zwłaszcza wiążących się z więzieniem, nawet jeśli nie są one używane, jest zagrożeniem dla wolności prasy i debaty publicznej, która jest solą demokracji. Dlatego takich przepisów w polskim prawie być nie powinno. Środkiem ochrony powinna być odpowiedzialność cywilna.