cnn
przegląd artykułów internetowych: ONET.PL GAZETA.PL DZIENNIK.PL
czwartek, 30 sierpnia 2007
Marcinkiewicz: Żyjemy w państwie orwellowskim
Rozmawiała Agnieszka Kublik
2007-08-29, ostatnia aktualizacja 2007-08-28 21:52

Rozmowa z byłem premierem z PiS Kazimierzem Marcinkiewiczem

Zobacz powiekszenie
Fot. Bartosz Bobkowski / AG
Kazimierz Marcinkiewicz
 
Agnieszka Kublik: Czy gdy był pan premierem, dotarła do pana informacja, że mógł być pan podsłuchiwany?

Kazimierz Marcinkiewicz,: Nie odpowiem na to pytanie.

Czy gdy był pan premierem, dotarła do pana informacja, że ABW dostała polecenie, by pana podsłuchiwać?

- Cha, cha, to ja nadzorowałem służby i tylko ja mógłbym ABW wydać takie polecenie. Nie wydałem.

Czy dotarła do pana informacja, że ktoś mógł nielegalnie wydać takie polecenie ABW?

- Nie odpowiem na to pytanie.

Czy to znaczy, że nie może pan zaprzeczyć, że ma pan taką wiedzę?

- Na to pytanie nie będzie innej odpowiedzi.

Ale to pan już kilka miesięcy temu mówił o wszechobecnych podsłuchach.

- Tak, ale chodziło mi o to, że żyjemy w państwie orwellowskim, że wszyscy podsłuchują, nie w Polsce, ale na całym świecie. I myślałem tak już kilka lat temu, zanim zostałem premierem. Orwell, pisząc "Rok 1984", pomylił się o parę lat, bo dopiero teraz mamy orwellowski 1984. Ale ja się do tego przyzwyczaiłem. Zawsze rozmawiałem tak, jakby mnie ktoś podsłuchiwał.

Przywykł pan do myśli, że jako premier demokratycznego państwa mógł być pan podsłuchiwany?

- Nie będzie odpowiedzi na to pytanie.

A zaprzeczenie będzie?

- Nie będzie odpowiedzi na to pytanie.
środa, 08 sierpnia 2007
Wyprzedza mnie tylko Harry Potter - Coelho

    
  

Wyprzedza mnie tylko Harry Potter
Jestem zadowolony, kiedy mnie krytykują, gorzej byłoby, gdyby mnie nie zauważali.

Krytycy go nie lubią, ale sto milionów książek sprzedanych na całym świecie mówi samo za siebie. Brazylijski pisarz Paulo Coelho zdradza tajemnice swojego sukcesu.

(…) Na sprzedaży swoich książek zarabia tyle, że stać go na prywatny samolot. Jak sam mawia, z tych pieniędzy mógłby żyć przez kilka kolejnych wcieleń. Paulo Coelho ma tak dużo pieniędzy, że może również pozwolić sobie na działalność dobroczynną i przeznaczyć okrągłą sumkę na fundację swojego imienia wspierającą między innymi dzieci z najuboższych dzielnic Rio de Janeiro, miasta, gdzie on sam urodził się 60 lat temu.

W młodości był buntownikiem. Przez pewien czas pracował jako dziennikarz undergroundowego pisma, tworzył teksty do piosenek rockowych, fascynowała go czarna magia i narkotyki. Ostatnio Coelho przyjechał do Madrytu, aby promować firmę Montegrappa, producenta wiecznych piór, który mianował go ambasadorem jednej ze swych luksusowych kolekcji.  

Przyjechał z aparatem cyfrowym w ręku i fotografował wszystko dookoła. – Prowadzę blog, który muszę zasilać – wyjaśnił pośpiesznie. – Można go znaleźć pod adresem paulocoelhoblog.com. Wpisałem tam pewne kluczowe słowa: tortury, małżeństwo, ksenofobia i cierpienie. Zachęciłem moich czytelników, żeby napisali, co o nich myślą.

Paulo Coelho Foto. AFP



Pilar Ortega Bargueno: A mądrość?

Paulo Coelho: Nie ma czegoś takiego jak mądrość absolutna. Dopóki żyjemy, zawsze stają przed nami różne wyzwania, które będą wymagały od nas rozmaitych reakcji. Jeśli ktoś tonie, nie musi znać Sokratesa, ważne, aby umiał pływać. A jeśli chcemy poznać filozofię Zachodu, umiejętność pływania na nic się nam nie przyda – tu trzeba znać Sokratesa. Nie wierzę w wartości absolutne. Kieruję się doświadczeniem, bardziej interesuje mnie mądrość ludowa. Mądrość to suma tego wszystkiego, czego uczymy się dzień po dniu.

Co sprawia, że pańskie książki odnoszą sukcesy na całym świecie?

To, że mówią o rzeczach podstawowych. Jestem przekonany, iż we wszystkich kulturach ludzie zadają sobie te same pytania, choć być może nie udzielają na nie jednakowych odpowiedzi. Wyraził to doskonale Ortega y Gasset: "ja to ja i to, co mnie otacza". Staram się żyć i dzielić poprzez moje książki z innymi tym, co przeżywam: rozmową, kolacją, lekturą...

A jakie książki sam pan czyta?

Teraz czytam książkę o wojnie, o wojnach dawnych i nowych. Bardzo interesują mnie rozgrywające się obecnie konflikty. Nie sądzę, aby w najbliższym czasie udało się je rozwiązać i to mnie przygnębia. Wiemy już, że inwazja na Irak była błędem. Otworzyliśmy drzwi do piekła i teraz nie potrafimy ich zamknąć.

Pacyfiści nie cieszą się dobrą opinią, uważani są za naiwnych.

Być może. Jednak dziś ludzie są bardziej otwarci, odważniejsi, gotowi  ryzykować, aby zrealizować swoje marzenia... A my wciąć nie wiemy, jak się wobec nich zachować. Na takie osoby patrzymy często z pogardą, z ironią. Pisałem o tym w "Czarownicy z Portobello". Czarownicy na ogół nie postrzega się jako kogoś, kto stara się dostrzec więcej niż inni, ludzie nią pogardzają. Toteż kobietę, która próbuje zaproponować coś nowego, określa się mianem czarownicy w negatywnym tego słowa znaczeniu.

Czy uważa się pan za feministę?

Jestem wielkim obrońcą kobiecego świata. Uważam, że nie mamy przed sobą przyszłości, jeśli my, mężczyźni, nie uświadomimy sobie, jak ważny jest kobiecy aspekt natury, na który zwykle nie zwracamy uwagi. Boimy się otworzyć na ten świat i w efekcie zmierzamy do katastrofy. Zapominamy między innymi o współczuciu, które jest cechą kobiecą.

Uważa pan, że dziś boimy się bardziej niż kiedyś?

Myślę, że trzeba iść naprzód, nawet jeśli się boimy. Ja boję się bardzo wielu rzeczy. Boję się przemawiać publicznie, ale nie dopuszczam do tego, żeby ten strach mnie paraliżował. Walczę ze sobą i w końcu wygrywam. Kiedy jestem w Japonii, Los Angeles czy w Meksyku, boję się również trzęsienia ziemi, ciągle o tym myślę. Czuję nieprawdopodobny lęk. 

Dlaczego krytycy literatury pana nie lubią?

Jestem zadowolony, kiedy mnie krytykują, gorzej byłoby, gdyby mnie nie zauważali. Zależy mi na tym, aby ludzie mnie nie ignorowali. Sukces zawdzięczam wyłącznie czytelnikom polecającym sobie nawzajem moje książki. Wydawnictwa i krytycy mogą robić, co im się żywnie podoba, ale tutaj rządzą czytelnicy.

Jak pan sobie wyobraża swoich czytelników?

Czytelnicy to moi towarzysze podróży. W 2006 roku, 20 lat po wydaniu "Pielgrzyma", postanowiłem wyruszyć w trzymiesięczną podróż. Chciałem znów poczuć atmosferę drogi, wyjechać z domu. Wyruszyłem samochodem drogą Świętego Jakuba i jechałem prosto przed siebie. Byłem w Bułgarii i w Maroku, a potem wsiadłem w pociąg kolei transsyberyjskiej do Władywostoku w Rosji. Na każdej stacji, na której zatrzymywał się pociąg, podpisywałem książki oczekującym na peronach ludziom – dowiedzieli się o mojej podróży pocztą pantoflową. To było coś niesamowitego. Zakończyłem moją podróż w lipcu podczas mundialu. Odzyskałem młodzieńcze złudzenia i teraz próbuję utrzymać je przy życiu. Bo życie to poszukiwanie.

Czy dziś pozostało w panu coś z tego zbuntowanego młodzieńca, który eksperymentował z tak niebezpieczną materią, jak satanizm czy narkotyki?

Wszystko ma swój czas. W mojej duszy nadal tkwi bunt, ale dziś myślę, że mój udział w ruchu hipisowskim był przesadą. Uważam, że bunt jest czymś zdrowym. To dzięki niemu świat wciąż się kręci.

Czy wie pan, ile pańskich książek sprzedano?

Sto milionów. Wyprzedza mnie tylko J. K. Rowling ze swym "Harrym Potterem". Sprzedałem więcej książek niż John Grisham i Gabriel García Márquez. Nie lubię jednak takich porównań. Mam ogromny szacunek dla tych wszystkich pisarzy.

Jak wygląda codzienna praca pisarza? Ma pan jakieś nawyki?

Często zmieniam miejsce pobytu. Spędzam kilka miesięcy w Pirenejach, potem wracam do Brazylii nie mając kontaktu z nikim z zewnątrz oprócz mojej żony. Spaceruję, strzelam z łuku i piszę. Piszę szybko, co dwa lata wydaję nową książkę. Inwencja twórcza przejawia się w różnych niespodziewanych momentach. Staram się żyć normalnie i nie myśleć o pisaniu. Niczego nie notuję. Bardzo dużo czytam, prawie nie oglądam telewizji. Nie mógłbym obyć się bez spacerów – kiedy nie chodzę, czuję się fatalnie, jakbym nie żył. 

Jak się panu podoba w Hiszpanii?

Bardzo lubię Hiszpanię. Podoba mi się hiszpański temperament. Przez osiem miesięcy wynajmowałem mieszkanie przy ulicy Santa Engracia w Madrycie, było to w okresie demokratycznych przemian. Cały czas spędzałem na ulicy Huertas. Podoba mi się gorąca natura Hiszpanów. Akcja wielu moich książek rozgrywa się w Hiszpanii: "Alchemik", "Pielgrzym", "Nad brzegiem rzeki Piedry...".

Czy uważa się pan za człowieka religijnego?

Oczywiście. Jestem katolikiem. Biorę udział w katolickich obrzędach, chociaż nie ze wszystkim się zgadzam, ale to mój wybór. Nie podoba mi się na przykład to, że kobiety odgrywają w Kościele katolickim tak znikomą rolę. Wierzę w tradycje, ponieważ w nich zawiera się wielka mądrość. Dlatego należę do zakonu RAM (Rigor, Amor, Misericordia – Surowość, Miłość, Miłosierdzie), który zajmuje się badaniem symboli i nie ma w sobie nic z tajnej organizacji. 

Czy sądzi pan, że istnieje jakieś lekarstwo na fundamentalizm?

Nie rozumiem fundamentalistów. Ludzie walczący w imię Boże nie mogą być w pełni przekonani co do swojej wiary, bo przecież Bóg jest miłością. A jednak obserwujemy ostatnio coraz więcej postaw fundamentalistycznych, czekają nas jeszcze trudne chwile.

A czy nowe technologie sprawiają, że jesteśmy szczęśliwsi czy mniej szczęśliwi?

Jestem zagorzałym obrońcą nowych technologii, ponieważ umożliwiają to, co na świecie najważniejsze, czyli komunikację. Oczywiście tego samego młotka można użyć, żeby wbić gwóźdź i powiesić na ścianie obraz Picassa albo żeby kogoś zabić.

Jaką rolę odgrywa w pańskim życiu polityka?

Polityka interesuje mnie jako sztuka współistnienia. Uważam, że każdy z nas  jest stworzeniem politycznym. Pisanie też jest aktem politycznym. Nigdy natomiast nie interesowało mnie kandydowanie w wyborach.

Kiedy ma pan zamiar wydać swoje wspomnienia?

Muszę kiedyś opowiedzieć swoją historię. Sam nie mogę jej spisać, bo byłbym stronniczy i mówiłbym o sobie tylko dobrze, ale mam biografa, przed którym otworzyłem moje archiwum, moje listy i moje serce.

Czy uważa się pan za szczęśliwego człowieka?

Jestem człowiekiem zadowolonym. Co to jest szczęście? Wyzwania prowadzą do radości, ekstazy, cierpienia. Ja jestem zadowolony z tego, co robię. Jestem człowiekiem, któremu się poszczęściło.

wtorek, 24 października 2006
''Sejm zalega z wykonywaniem 40 orzeczeń''
Rozmawiała Janina Paradowska
2006-10-23, ostatnia aktualizacja 2006-10-23 12:09

- Niewykonanie wyroków ma różne oblicza. Jeżeli sejm powołuje nową komisję śledczą o takim a nie innym zakresie działania, która znalazła sposób na przesłuchanie przewodniczącego nadzoru bankowego, po ogłoszeniu przez TK wyroku, w którym zostało powiedziane, że prezes NBP nie może być przesłuchiwany jako przewodniczący nadzoru bankowego, to ja stawiam pytanie, czy to jest równoznaczne ze złamaniem wyroku konstytucyjnego, czy tak ma wyglądać wykonanie wyroku TK? - powiedział Marek Safjan w "Poranku Radia TOK FM"

Zobacz powiekszenie
fot. Kamil Wróblewski / TOK FM
Marek Safjan

Janina Paradowska: Na początek gratulacje, nie ukrywam, że autentycznie ucieszyłam się, że został pan laureatem nagrody imienia Edwarda Wendego za zasługi na rzecz umacniania praworządności i demokracji w Polsce, a także za wybitne osiągnięcia w rozwoju polskiego i europejskiego dorobku prawnego.

Marek Safjan: Bardzo dziękuję. Ja się czuję rzeczywiście bardzo zaszczycony. Ale wielokrotnie już mówiłem, że zachowania sędziów Trybunału Konstytucyjnego, które polegają na tym, by być autentycznie niezależnym, by czynić to, co wpisuje się w koncepcję TK, są oczywiście zupełnie normalne. Nie można być innym. Traktuję nagrodę Edwarda Wendego jako wyraz uznania dla Sądu Konstytucyjnego, który, jak sądzę, buduje państwo prawa i działa z pożytkiem, nie może być inaczej.

Janina Paradowska: Pan za kilka dni kończy swoją kadencję. W sobotę w trybunale odbyła się sesja o relacjach między sądownictwem konstytucyjnym, a polityką. Jak rozumiałam założenia tej sesji chodziło o to, żeby wspólnie z politykami podyskutować na temat roli sądownictwa konstytucyjnego i ingerencji polityki w to sądownictwo. Czy politycy przyszli?

Marek Safjan: To prawda, tylko niestety była to konferencja, która odbyła się praktycznie bez obecności polityków, był jeden senator. Polityków nie było, był pan premier Tadeusz Mazowiecki, który jest osobą czcigodną, ale zdystansowaną w stosunku do bieżącej polityki.

Janina Paradowska: A jak pan sądzi, dlaczego oni nie przychodzą na tego typu rzeczy? Byłoby to przecież niesłychanie pouczające.

Marek Safjan: To jest bardzo ciekawe. Sadzę, że gdzieś przerwała się potrzeba dialogu na tematy związane z tak fundamentalnymi sprawami jak Sąd Konstytucyjny. A przecież jest o czym dyskutować, bo to, co słyszymy na co dzień z ust polityków na temat sądów, sądownictwa konstytucyjnego musi niepokoić. Myślę, że byłoby dobrze pokazać jakie to może mieć konsekwencje na przyszłość, gdzie są ten niebezpieczne styki polityki, prawa i funkcjonowania sądów. To jest bardzo ważna materia, o której powinniśmy sobie dużo powiedzieć. W tym wpływie polityki na funkcjonowanie sądów konstytucyjnych jest też dużo mistyfikacji. Bardzo często mówi się o tym, że polityka jest stale obecna w TK, co widać w na przykład zdaniach odrębnych. Ja miałem okazję zbadania tak zwanych zdań odrębnych w TK w sprawach pełnego składu. Okazało się, że podziały, które rzeczywiście pojawiają się w TK na ogół, w większości przypadków nie dotyczą spraw o tak zwanej dużej wrażliwości politycznej. TK, żeby było zabawniej, podzielił się najbardziej w swojej historii, było sześć zdań odrębnych, było to największy, najbardziej dramatyczny wewnętrzny podział, wtedy, kiedy chodziło o świadczenia materialne dla studentów szkół wieczorowych. Podziały w TK, związane ze zdaniami odrębnymi dotyczą stosunku do prawa, interpretacji zasad konstytucyjnych, ale nie spraw o wrażliwości politycznej. Gdy są sprawy ważne, gdy była ustawa o IPN, tam gdzie były decyzje dotyczące komisji śledczej, czy deklaracji majątkowej i abolicji podatkowej to nie było w ogóle zdań odrębnych.

Janina Paradowska: Już nie tylko o TK mi chodzi, choć do tego za chwilę wrócę, ale w ogóle o rolę sądu, czy pomniejszanie roli sądu. Co pan na przykład sądzi o takiej propozycji, która jest obecnie szeroko dyskutowana, żeby prezydent po zasięgnięciu opinii marszałków i Senatu odtajniał agentów WSI? Opozycja mówi, że to powinien robić sąd, bo to jest złamanie dotychczasowych zasad. Czy władza wykonawcza generalnie coraz szerzej wkracza, albo ma zamiar wkraczać w uprawnienia zastrzeżone dotychczas dla władzy sądowniczej?

Marek Safjan: Rzeczywiście te relacje są bardzo delikatne. Pamiętajmy, że wkraczanie wzajemnie w sferę swoich uprawnień jest niebezpieczne. Ja nie chcę akurat oceniać tego konkretnego przypadku, kompetencji prezydenta w tym zakresie. Powiem szczerze, że tego dokładnie nie badałem i się nad tym nie zastanawiałem, a nie jestem znawcą spraw związanych z funkcjonowaniem służb specjalnych. Natomiast rzeczywiście jeżeli mamy do czynienia z przypadkiem, w którym ujawnienie agenta jest związane z przesłanką taką, jak naruszenie prawa, czyli krótko mówiąc zarzutem, który musi się opierać na określonych dowodach, na kwalifikacji prawnej zachowania to zapewne lepiej jest, żeby takie decyzje były dokonywane przez organy niezależne od władzy wykonawczej. Tego rodzaju obiektywną, w pełni bezstronną decyzję gwarantuje sąd. Ale sprawa ma oczywiście bardziej generalny charakter, na ile ten styk Sądów Powszechnych i władzy wykonawczej nie jest w jakimś stopniu niebezpieczny dla funkcjonowania całego wymiaru sprawiedliwości. Ja tylko powiem o sprawie, która w tej chwili jest mocno dyskutowana w trybunale i która oczekuje na rozstrzygnięcie, a mianowicie sprawa dotycząca asesorów sądowych mianowanych przez ministra sprawiedliwości. W Polsce mamy do czynienia z sytuacją, gdzie 30% spraw jest rozpatrywane przez osoby, które nie korzystają pełni z gwarancji niezawisłości sędziowskiej. Są Sądy Rejonowe, w których większość stanowią asesorzy, osoby, które w każdej chwili mogą być odwołane przez..

Janina Paradowska: Którym bardzo zależy na awansie.

Marek Safjan: Które mają tak zwanego konsultanta i które nie są stabilne w swojej sytuacji zawodowej. Rozstrzygają o bardzo trudnych sprawach, mam czasami wrażenie, że asesorzy orzekają w sprawach delikatnych, trudnych, nawet wrażliwych politycznie. Pewnie łatwiej jest przesuwać tego typu sprawy w kierunku tych młodych ludzi. To jest niebezpieczne zjawisko i to jedno ze zjawisk, które wskazuje na niebezpieczne punkty styczne władzy wykonawczej i sądownictwa.

Janina Paradowska: Jakie są zaległości sejmu w wykonywaniu orzeczeń TK?

Marek Safjan: Są znaczące, rzecz dotyczy około 40 orzeczeń. To są ważne orzeczenia, to są orzeczenia dotyczące czasem spraw technicznych, proceduralnych, ale przecież o zasadniczym znaczeniu dla przejrzystości postępowania. Na przykład sprawa FWP. Niewykonanie wyroków ma różne oblicza, jeśli czytamy w gazetach, że sejm powołuje nowa komisję śledczą o takim a nie innym zakresie działania, która znalazła sposób na przesłuchanie przewodniczącego nadzoru bankowego, to musze powiedzieć że po ogłoszeniu przez TK wyroku, w którym zostało powiedziane że prezes NBP jako osoba korzystająca z pełnej niezależności konstytucyjnej w stosunku do funkcji kontrolnej parlamentu nie może być przesłuchiwany jako przewodniczący nadzoru bankowego, to ja stawiam pytanie, czy to jest równoznaczne ze złamaniem wyroku konstytucyjnego, czy tak ma wyglądać wykonanie wyroku TK? Wykonanie wyroków to nie jest tylko podjęcie działalności prawodawczej, ale to są również konkretne działania organów władzy. TK bardzo wyraźnie się w tej sprawie wypowiedział.

Janina Paradowska: Panie prezesie, pan kończy swoją kadencję, będą wybory nowych członków. Czy będziemy teraz pana spotykać w politycznej roli?

Marek Safjan: W politycznej roli z cała pewnością nie, ale nie zamierzam izolować się od życia publicznego. Uważam, że dzisiaj żyjemy w czasach, w których nie można pozwolić sobie na milczenie, bierność i pasywność i ludzie, którzy mają doświadczenie, którzy mają większa wiedzę i samoświadomość powinni zdecydowanie brać udział w życiu publicznym, to co jest dla mnie porażające to właśnie pasywność inteligencji, również intelektualistów uniwersyteckich.

Janina Paradowska: Tak naprawdę ma się możliwość działania przez partie polityczne.

Marek Safjan: Chyba niekoniecznie, może szerzej powinniśmy korzystać z debat, dyskusji, które mają charakter niekoniecznie czysto polityczny, odbywają się według zupełnie innych kryteriów i jest tylu świetnych ludzi, a są kompletnie niewidoczni, i to jest bardzo przykre.

Janina Paradowska: Jak się pobije dwóch polityków to jest prawdziwe widowisko.

Marek Safjan: Tak naprawdę mam wrażenie, że to prawdziwe widowisko zaczęło ludzi nudzić, to może spowodować wysoką absencje w wyborach samorządowych, ludzie są bardzo zniechęceni do sceny publicznej, widzą na niej sensację, ale to nie jest formuła zachęcająca do uczestnictwa w życiu publicznym.

Janina Paradowska: 3 listopada będzie pan przewodniczył ostatniej rozprawie, bardzo ważnej.

Marek Safjan: To będzie sprawa dotycząca ordynacji wyborczej samorządowej. TK doszedł do wniosku, że ten termin jest potrzebny, w obu wariantach, także w wariancie nie konstytucyjności lepiej żeby to się stało przed wyborami niż po wyborach. Jeśli TK uzna, że ordynacja jest zgodna z konstytucja, to też będzie dobrym sygnałem, kiedy ludzie pójdą do urn z przekonaniem, że głosują na podstawie zgodnego z konstytucją prawa. To ma znaczenie bardzo stabilizujące, rozstrzygniecie w tym momencie a nie po wyborach.