cnn
przegląd artykułów internetowych: ONET.PL GAZETA.PL DZIENNIK.PL
niedziela, 05 sierpnia 2007
Thriller w Rzeszowie, Polki przegrywają
mm
2007-08-04, ostatnia aktualizacja 2007-08-04 22:41
Zobacz powiększenie
Fot. Franciszek Mazur / AG

W drugim meczu Grand Prix siatkarek w Rzeszowie Polska przegrała z Chinami 2:3

var rTeraz = new Date(1186298794778); function klodka (ddo) { if (rTeraz.getTime()>=ddo.getTime()) document.write('<'+'img src="/i/szukaj/k2b.gif" width=20 height=18 border=0 align="absmiddle"'+'>'); }
Polska - Chiny 2:3 (26:28, 26:24, 15:25, 25:23, 12:15)

Podopieczne Marca Bonitty wyszły na parkiet w składzie: Skowrońska-Dolata, Dziękiewicz, Świeniewicz, Liktoras, Rosner, Sadurek, Zenik (libero).

Początek pierwszego seta był bardzo wyrównany. Żadna z drużyn nie była w stanie objąć wyraźnego prowadzenia. Chinki prowadziły 6:8 by po chwili przegrywać 13 do 16. Podopieczne Marco Bonitty nie były jednak w stanie wykorzystać trzypunktowej przewagi i pozwoliły rywalkom na zdobycie 6 kolejnych punktów.

Przy stanie 21:22 Anna Podolec zastąpiła Milenę Sadurek, by wzmocnić siłę bloku. Była to dobra zmiana Bonitty, gdyż Złotka doprowadziły do wyrównania. Niestety końcówka należała do Chinek, które wygrały minimalnie 28:26.

Drugi set rozpoczął się od bardzo dobrej gry Chinek, które szybko wyszły na prowadzenie. Przy pierwszej przerwie technicznej Polki przegrywały czterema punktami. Po wznowieniu gry Chinki roztrwoniły swoją przewagę pozwalając naszym siatkarkom doprowadzić do wyrównania. Niestety Złotka nie potrafiły przejąć inicjatywy i objąć prowadzenia, co wykorzystały nasze rywalki znów obejmując prowadzenie.

Przerwa techniczna niewiele zmieniła w obrazie gry. Mimo fantastycznego dopingu rzeszowskiej publiczności Polki nie potrafiły dogonić rywalek. Chinki cały czas utrzymywały kilkupunktową przewagę. Dopiero świetna gra w obronie i bardzo dobre akcje Marii Liktoras wyprowadziły Polki w końcówce seta na minimalne prowadzenie, które utrzymały do końca seta.

Kolejną odsłonę spotkania Chinki rozpoczęły z animuszem, ale świetna gra w bloku i skuteczne kontry Polek nie pozwoliły rywalkom na przejęcie inicjatywy. Szybkie tempo i wyrównana gra spowodowały, że trzeci set w swoim przebiegu niewiele różnił się od dwóch poprzednich. Żadna z drużyn nie potrafiła wyjść na zdecydowane prowadzenie. Dopiero w połowie seta Chinki po kilku świetnych atakach zdobyły pięć punktów i odskoczyły podopiecznym Marco Bonitty. Przerwa techniczna nic nie zmieniła - Polki wyraźnie się pogubiły i pozwoliły Chinkom powiększyć prowadzenie do dziewięciu punktów. Rywalki to skrzętnie to wykorzystały i ostatecznie pewnie wygrały trzeciego seta 25:15.

Przerwa między setami wpłynęła pozytywnie na gra naszej reprezentacji, zwłaszcza na Dorotę Świeniewicz, która wyprowadziła Złotka na prowadzenie 7:4. W połowie seta przewaga wzrosła do pięciu punktów, a Polki grały lepiej z minuty na minutę. Na przerwę techniczną zeszły prowadząc 16:10, a chwilę później 21:17. Nie pierwszy raz w tym meczu nasza reprezentacja grała doskonale w obronie, nie pozwalając Chinkom zbliżyć się na bezpieczny dla rywalek dystans.

Końcówka seta była jednak bardzo nerwowa. Kilka źle przyjętych piłek i nieskuteczne ataki spowodowały, że przewaga szybko stopniała i Chinki zbliżyły się na jeden punkt. Na szczęście, szczęśliwie dla Złotek, to było wszystko na co stać było rywalki w czwartej odsłonie, które przegrały seta 23:25.

W tie breaku pierwszy punkt po świetnym ataku zdobyły Chinki, jednak Polki szybko wyrównały. Kolejne minuty były bardzo wyrównane, Chinki jednak szybko podniosły się po przegranym poprzednim secie i na przerwę schodziły prowadząc trzema punktami.

Decydująca faza meczu była słabsza w wykonaniu Złotek, którym powoli zaczęło brakować sił - Polki nie potrafiły zbliżyć się bardziej niż na dwa punkty do rywalek. Przy stanie 11:7 sytuacja naszej reprezentacji stała się bardzo zła. Polki z trudem przedzierały się przez chiński blok. Ataki Izabeli Bełcik zniwelowały przewagę Chinek z czterech do jednego punktu, ale pierwszą piłkę meczową miały Chinki. I ją wykorzystały. Polki przegrały swój drugi mecz w rzeszowskim GP 2:3.
sobota, 04 sierpnia 2007
Radwańska w finale!

MM /18:06 4-8-2007
AFP
Agnieszka Radwańska, rozstawiona z dwójką, awansowała do finału turnieju WTA tenisistek na twardych kortach w Sztokholmie (z pulą nagród 145 tys. dolarów).
W półfinale Polka pokonała Bułgarkę Cwetanę Pironkową 6:4, 6:3.

W finale nasza najlepsza tenisistka zmierzy się z rozstawiona z numerem ósmym Rosjanką Wierą Duszewiną.

wyniki półfinałów:

Agnieszka Radwańska (Polska, 2) - Cwetana Pironkowa (Bułgaria) 6:4, 6:3
Wiera Duszewina (Rosja, 8) - Julia Goerges (Niemcy) 6:4, 5:7, 6:3
niedziela, 10 grudnia 2006
Pływackie ME - złoto Korzeniowskiego, srebro Sawrymowicza
mik, PAP
2006-12-09, ostatnia aktualizacja 2006-12-09 20:59

Paweł Korzeniowski obronił w sobotę tytuł na 200 m stylem motylkowym, a Mateusz Sawrymowicz zdobył srebrno na 1500 m stylem dowolnym pływackich mistrzostw Europy na krótkim basenie. Po trzech dniach Polacy mają osiem medali.

Zobacz powiekszenie
Fot. LEHTIKUVA REUTERS
Korzeniowski wysforował się przed rywali na ostatnich 50 metrach.

Korzeniowski, który w czwartek wywalczył brąz na 400 m kraulem, był faworytem konkurencji. W eliminacjach wyprzedził go minimalnie Rosjanin Anatolij Poliakow, ale Polak zdecydowanie odpuścił mając pewny udział w finale.

W walce o medal pierwszą setkę trzymał się z tyłu. Po połowie dystansu zajmował dopiero czwartą pozycję. Zaatakował po czwartym nawrocie i błyskawicznie przegonił Greka Ionnisa Drymonakosa i Węgra Laszlo Cseha. Po 150 m o włos wyprzedzał go tylko Poliakow.

Ostatnie dwie długości basenu należały bezsprzecznie do Polaka, który z łatwością wyprzedził Rosjanina i stopniowo powiększał nad resztą stawki. Wygrał z rezultatem 1.52,33, gorszym o blisko półtorej sekundy od własnego rekordu Polski, ustanowionego przed rokiem w ME w finale konkurencji.

Drugie miejsce zajął ostatecznie Cseh - 1.53,08, a trzecie Rosjanin Nikołaj Skworcow - 1.53,10. Poliakow wyraźnie osłabł w końcówce i był dopiero czwarty. W niedzielę Korzeniowski wystartuje jeszcze na 200 m stylem dowolnym.

Wielkiego wyczynu dokonał w finale 1500 m kraulem Sawrymowicz. 19-letni podopieczny trenera Mirosława Drozda zdobył srebro z wynikiem 14.28,41, lepszym o blisko dziesięć sekund od własnego rekordu Polski. Sawrymowicz ustanowił go przed rokiem podczas ME w Trieście, kiedy na tym samym dystansie był trzeci.

Złoto było zarezerwowane dla rekordzisty Europy Jurija Priłukowa. Niespodzianki nie było. Rosjanin prowadził od startu do mety, rezultatem 14.16,13 poprawiając własny rekord Europy. Brąz wywalczył nieoczekiwanie Francuz Sebastien Rouault, uzyskując czas 14.39,06. Dopiero piąty był Brytyjczyk David Davies, uważany przez komentatorów za murowanego kandydata do podium.

Ósmy rezultat w seriach miał 17-letni Maciej Hreniak. 14,46,21 to rekord kraju w tej kategorii wiekowej i duży sukces podopiecznego Marka Dorywalskiego. W ostatnim roku przedstawiciel "młodej fali" w polskim pływaniu poczynił ogromne postępy.

Aleksandra Urbańczyk miała walczyć o medal na 100 m stylem zmiennym. W piątkowych półfinałach miała drugi wynik. W finale była jednak dopiero czwarta, z wynikiem 1.01,18. Po połowie dystansu wyprzedzała ją tylko Białorusinka Swietłana Chochłowa.

Później Polka zapłaciła frycowe za poranny start w eliminacjach 100 m delfinem. Na ostatniej prostej z łatwością wyprzedziły ją Finka Hanna-Maria Seppala i Ukrainka Żanna Dżarkał. Chochłowa była ostatecznie trzecia.

Kilkanaście minut później Urbańczyk, brązowa medalistka na 200 m stylem zmiennym, była tylko tłem dla rywalek w półfinałach 100 m delfinem. Z wynikiem 10.04,86 zajęła ostatnie miejsce.

W klasyfikacji medalowej Polacy zajmują drugie miejsce ex aequo z Francuzami. Liderami są Niemcy. W niedzielę przed biało-czerwonymi kolejne szanse na podium - Otylii Jędrzejczak i Pawła Korzeniowskiego na 200 m kraulem, Beaty Kamińskiej na 100 m i Sławomira Kuczki na 200 m żabką oraz Katarzyny Baranowskiej na 400 m stylem zmiennym.

Wydarzeniem dnia był rekord Laure Manaudou na 400 m stylem dowolnym. Francuzka, która wcześniej w Helsinkach zdobyła także złoto na 800 m stylem dowolnym i 100 m stylem grzbietowym, pokonała dystans w 3.56,09 i poprawiła o 0,7 własny rekord z ubiegłorocznych ME.
Dwie bramki Jelenia w lidze francuskiej i dwie Grzelaka
mik, PAP
2006-12-09, ostatnia aktualizacja 2006-12-10 10:40

Ireneusz Jeleń zdobył dwa gole dla Auxerre w meczu ligi francuskiej przeciwko Troyes. Polski napastnik wpisał się na listę strzelców w 53. i 83. minucie spotkania. Mecz zakończył się remisem 3:3.

Zobacz powiekszenie
Fot. IVAN MILUTINOVIC REUTERS
Akale i Jeleń dwaj strzelcy bramek dla Auxerre

Spotkanie miało dramatyczny przebieg. Piłkarze Troyes prowadzili 2:0 i 3:1. Dopiero znakomita końcówka Auxerre zadecydowała o remisie. Najpierw gola na 2:3 zdobył Jeleń, a potem wyrównał Kanga Akale.

Dla Jelenia była to druga i trzecia bramka w tym sezonie.

W składzie drużyny Troyes zabrakło Marka Saganowskiego.

Dwie bramki Rafała Grzelaka dla Boavisty

mik, PAP
2006-12-09, ostatnia aktualizacja 2006-12-09 21:38

Rafał Grzelak zdobył dwie bramki dla Boavisty Porto i poprowadził drużynę do zwycięstwa nad Beira Mar 3:0 w 13. kolejce portugalskiej ekstraklasy piłkarskiej. To jego pierwsze ligowe gole w bieżącym sezonie.

Zobacz powiekszenie
Fot. Jerzy Gumowski / AG
Rafał Grzelak
W 15. minucie Polak strzelił pierwszego gola w meczu, a w 44. podwyższył wynik. W ekipie Boavisty wystąpił również Przemysław Kaźmierczak

 

Ligi europejskie

Beckham zdobył gola, ale Real przegrał w Sevilli

mik
2006-12-10, ostatnia aktualizacja 2006-12-10 10:41

FC Sevilla pokonała Real Madryt na swoim boisku w sobotnim meczu Primera Division. Gospodarze odebrali zespołowi ze stolicy pozycję wicelidera.

Zobacz powiekszenie
Fot. MARCELO DEL POZO REUTERS
David Beckham pozdrawia publiczność po strzeleniu gola w meczu z Sevillą. Real przegrał 1:2.


Sevilla, która wygrała siódmy mecz z rzędu na swoim bosiku, za tydzień może zostać liderem. Prowadząca w tabeli Barcelona wyjeżdża bowiem na klubowy Puchar Świata i swój mecz 15. kolejki rozegra w innym terminie.

Zwycięstwo Sevilli było w pełni zasłużone. Co prawda Real szybko objął prowadzenie (13. min) po strzale Davida Beckhama (Anglik wyszedł w pierwszej jedenastce "Królewskich po raz pierwszy od 14 października), ale goście cieszyli się prowadzeniem niecałe 4 minuty. Wyrównał Federic Kanoute, dla którego był to 11. gol w tym sezonie. Zawodnik z Mali zrównał się w tabeli strzelców z prowadzącym w niej Ronaldinho.

Rozstrzygnięcie padło na 13. minut przed końcem meczu, gdy Chevanton fantastycznym strzałem nie dał najmniejszych szans Ikeroiw Casillasowi.

Wcześniej oba zespoły miały szansę przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. W Sevilli nie wykorzystali ich Luis Fabiano i Kanoute, a w Realu - Ronaldo.

To była trzecia ligowa porażka Realu w tym sezonie.

Derby Manchesteru dla United

mik
2006-12-09, ostatnia aktualizacja 2006-12-10 00:48

Manchester Untied pokonał Manchester City 3:1 w sobotnim meczu Premier League. Lider ma już 9 punktów przewagi nad Chelsea, która jutro będzie grać w derby Londynu z Arsenalem.

Zobacz powiekszenie
Fot. EDDIE KEOGH REUTERS

Manchester City nie wygrał na Old Trafford od 1974 r. Teraz też marzenia gości o korzystnym wyniku szybko zostały rozwiane. W pierwszej połowie gole dla gospodarzy strzelili Wayne Rooney (to był jego 50. gol w Premiership) i Louis Saha.

W 72. min odżyły nadzieje gości, gdy gola zdobył Hatem Trabelsi. Na sześć minut przed końcem spotkania zwycięstwo Man United przypieczętował Cristiano Ronaldo.

Gości kończyli mecz w dziesiątkę, gdy drugą żółtą kartkę za próbę wymuszenia rzutu karnego dostał Bernardo Corradi.

- W tym meczu czyhało na nas kilka pułapek, ale daliśmy radę - powiedział po meczu trener Man United Alex Ferguson. - Teraz możemy odetchnąć i spokojnie obejrzeć jutrzejsze derby Londynu. Będziemy oczywiście kibicować Kanonierom.

Manchester pozostaje niepokonany w lidze od 17 września, gdy uległ Arsenalowi 0:1. Z dwunastu ostatnich meczów drużyna Aleksa Fergusona wygrała 10, a tylko dwa zremisowała (z Chelsea i Reading).

Pierwsze derby Manchesteru rozegrano w 1894 roku. United wygrali dotąd 58 razy, 39-krotnie lepsi byli piłkarze City, a 49 razy padł remis.

W innych meczach na uwagę zasługuje 9. gol w lidze Nwankwo Kanu. Jego Portsmouth pokonał 2:0 Everton i tymczasowo awansował na 3. miejsce w tabeli. Drugi mecz z rzędu wygrał Liverpool. The Reds rozgromili 4:0 Fulham. Bramkowym dorobkiem podzielili się: Steven Gerrard, Jamie Carragher, Luis Garcia i Mark Gonzalez. Zespół Jerzego Dudka awansował na 4. miejsce w tabeli.

6 goli Werderu, hat-trick Naldo

mik
2006-12-09, ostatnia aktualizacja 2006-12-09 18:41

Brazylijski obrońca Werder Brema Naldo popisał się hat-trickiem w meczu z Eintrachtem Frankfurt. Jego zespół wygrał 6:2 i zachował pozycję lidera.

Zobacz powiekszenie
Fot. KAI PFAFFENBACH REUTERS
Naldo pierwszego gola dla Werderu zdobył już w 3. minucie meczu


Także inne zespoły czołówki odniosły zwycięstwa. VfB Stuttgart pokonał drużynę Tomasza Zdebela VfL Bochum 1:0, a Bayern Monachium wygrał z Energie Cottbus, w którym cały mecz rozegrał Mariusz Kukiełka.

W tabeli Werder prowadzi z przewagą dwóch punktów nad Stuttgartem i trzech nad Bayernem i Schalke, które swój mecz 16. kolejki rozegra w niedzielę. Rywalem Schalke będzie drużyna Euzebiusza Smolarka Borussia Dortmund. Spotkanie należy do klasyków Bundesligi - to prestiżowe derby Zagłębia Ruhry.

Werder, który we wtorek odpadł z Ligi Mistrzów, za swoje niepowodzenie na arenie międzynarodowej zemścił się na Frankfurcie. Goście z takim impetem zaczęli mecz, że nie minęły 3 minuty, a było 1:0. Pierwszego gola zdobył Naldo. Gospodarze po minucie wyrównali, po tym jak bramkarz gości Tim Wiese wyszedł do dośrodkowania i minął się z piłką. Marco Russ skierował piłkę już do pustej bramki. W 11 minucie Daniel Jensen znów wyprowadził Werder na prowadzenie. Drugą swoją bramkę Naldo zdobył w 31. min, a trzecią w 48. Wtedy jego zespół prowadził już 4:1.

O wiele trudniej przyszło zwycięstwo Bayernowi Monachium. Bawarczycy na swoim stadionie pokonali Cottbus 2:1. Pierwszego gola zdobyli w niecodziennych okolicznościach. Po silnym uderzeniu z 30 metrów Bastiana Schweinsteigera bramkarz gości Tomislav Piplica tak nieszczęśliwie piąstkował piłkę, że dostał nią w twarz i futbolówka wpadła do siatki.

Co prawda w 52. minucie wyrównał Steffen Baumgarte, ale gospodarze szybko ponownie objęli prowadzenie dzięki celnemu strzałowi głową Daniela van Buytena.

Bliski zdobycia gola na 2:2 był jeszcze Vlad Munteanu, ale piękną paradę piłkę wybił Oliver Kahn.

 

Świat pożegnał Ferenca Puskasa
mik, PAP
2006-12-09, ostatnia aktualizacja 2006-12-09 21:28

W sobotę w Budapeszcie odbył się pogrzeb piłkarskiej legendy- Ferenca Puskasa. W uroczystościach na stadionie jego imienia oraz mszy świętej wzięło udział kilka tysięcy osób. Puskas zmarł 17 listopada w wieku 79 lat.

- Jedna gwiazda znika z ziemi, ale będzie teraz świecić na niebie. Byłeś najlepszym kapitanem - powiedział były kolega reprezentacyjny Puskasa Jeno Buzanszky, a następnie dodał "na boisku był geniuszem, a poza nim potrafił pozostać wspaniałym człowiekiem".

Na koniec ceremonii trumna z ciałem wybitnego zawodnika znalazła się na lawecie ciągniętej przez konie. Podczas ostatniej rundy honorowej przy liniach boiska stało 1200 piłkarzy ubranych w stroje różnych drużyn. Następnie kondukt udał się na Plac Bohaterów.

Msza pogrzebowa odbyła się w Bazylice Św. Stefana. Tam też zostało złożone ciało wybitnego Węgra. Pogrzeb miał charakter wojskowy, bowiem piłkarz był generałem węgierskiej armii. Stopień ten otrzymał pośmiertnie.

W uroczystościach wzięli udział, między innymi, prezes UEFA Sepp Blatter, prezes Realu Madryt Ramon Calderon, Franz Beckenbauer oraz Juan Antonio Samaranch.

Puskas był kluczowym zawodnikiem reprezentacji Węgier, z którą zdobył złoty medal olimpijski (1952) oraz zajął drugie miejsce podczas mistrzostw świata w 1954 roku. Rozegrał 84 spotkania i zdobył 83 bramki. Prowadzona przez niego "Złota drużyna" w ciągu sześciu lat przegrała tylko jeden mecz - finał mistrzostw świata w 1954 roku.

Odnosił wielkie sukcesy również w piłce klubowej - w barwach Realu Madryt trzykrotnie wywalczył Puchar Europy, a ponadto tytuły krajowego mistrza Węgier (z drużyną Honved) i Hiszpanii (z Realem). We wszystkich rozgrywkach ligowych i międzynarodowych strzelił ponad 600 goli.

Węgry w czwartek oficjalnie żegnają legendę piłkarską tego kraju Ferenca Puskasa. Zamknięta trumna z jego ciałem wystawiona jest w Bazylice św. Stefana w Budapeszcie. Pogrzeb Puskasa odbędzie się w sobotę.

Zobacz powiekszenie
Fot. AP
MŚ 1954. Puskas po zdobyciu gola w meczu z Niemcami. Bramka nie została uznana.
 
 
W czwartek na trumnie wieńce w narodowych barwach złożyli najwyżsi urzędnicy państwowi Węgier - prezydent Laszlo Solyom i premier Ferenc Gyurcsany. Przed trumną ustawiony jest portret słynnego piłkarza w barwach biało-czarnych.

Uroczystości pożegnalne odbywają się nie tylko na Węgrzech. W Warszawie wpisy do wystawionej w ambasadzie Węgier księgi kondolencyjnej złożyli przedstawiciele polskiego futbolu, m.in. Edmund Zientara, prezes PZPN Michał Listkiewicz, były trener reprezentacji Polski Andrzej Strejlau oraz przedstawiciel FIFA Jerome Champagne, który w czwartek przyleciał do Polski.

Puskas zmarł 17 listopada w wieku 79 lat. Bezpośrednią przyczyną zgonu była niewydolność układu oddechowego oraz krążenia spowodowane zapaleniem płuc. Jako zawodnik dla reprezentacji Węgier (rozegrał 84 mecze) strzelił 85 goli. Był kluczowym piłkarzem "złotej drużyny", która w ciągu sześciu lat przegrała tylko jeden mecz - finał mistrzostw świata w 1954 roku. Wystąpił też cztery razy w zespole narodowym Hiszpanii. Grał m.in. w Realu Madryt.

 

Remis w meczu dla rodzin ofiar Halemby
mik
2006-12-09, ostatnia aktualizacja 2006-12-09 16:14

Reprezentacja Polski prowadzona przez Leo Beenhakkera zremisowała 1:1 w Chorzowie z drużyną Górnego Śląska, której selekcjonerem był Antoni Piechniczek. Dochód z tego meczu zostanie przekazany rodzinom ofiar tragedii w kopalni Halemba.

Zobacz powiekszenie
Fot. GRZEGORZ CELEJEWSKI / AG
Rozegrany w Chorzowie mecz między reprezentacją Polski i reprezentacją Górnego Śląska zakończył się remisem 1:1. Dochód ze spotkania zostanie przekazany rodzinom ofiar z kopalni Halemba.

 

Przed rozpoczęciem gry modlitwę za zmarłych górników poprowadził kapelan sportu śląskiego, ks. Krzysztof Sitek. Na widowni zasiedli ratownicy górniczy i członkowie rodzin ofiar wypadku w "Halembie". Spotkanie oglądało około 5 tys. kibiców. Przed meczem organizatorzy liczyli, że będzie ich około 7,5 tys.

Mimo, że mecz był towarzyski i charytatywny to - jak powiedział po spotkaniu kapitan kadry Polski Marcin Wasilewski - "nikt nogi nie cofał i odpuszczania nie było, bo wszyscy chcieli się dobrze zaprezentować przed publicznością i selekcjonerem Leo Beenhakkerem".

Gospodarze objęli prowadzenie w 11. minucie. Po centrze Chwalibogowskiego bez namysłu uderzył Kompała i Mielcarz nie miał nic do powiedzenia. Później kilka razy groźnie atakowali goście, Nowak zachował jednak czyste konto.

W drugiej połowie początkowo dominowali piłkarze Beenhakkera. I w 57. minucie po silnym uderzeniu Garguły i rykoszecie wyrównali. Tuż przed końcem drużyna prowadzona przez trenera Antoniego Piechniczka mogła prowadzić. Fabiańskiego po strzale Seweryna uratował słupek.

W reprezentacji Górnego Śląska grał 42-letni Krzysztof Warzycha, który specjalnie na to spotkanie wznowił piłkarską karierę.

Po meczu obie drużyny złożyły kwiaty przed kopalnią "Halemba" w Rudzie Śląskiej, gdzie niedawno w wypadku zginęło 23 górników.

Górny Śląsk - Polska 1:1

Bramki: Kompała (12.) - Garguła (58.)

Reprezentacja Górnego Śląska: Sebastian Nowak (46-Mateusz Sławik) -Błażej Radler (46-Wojciech Grzyb), Grzegorz Baran (46-Daniel Treściński), Jacek Broniewicz, Dariusz Dudek (70-Szymon Kapias) - Adam Kompała (60-Marcin Lachowski) Marcin Malinowski (80-Łukasz Wijas), Mariusz Muszalik (46-Jan Woś), Bartłomiej Chwalibogowski (70-Damian Seweryn) - Piotr Ćwielong (46-Mariusz Mężyk, 77-Tomasz Kasprzak), Krzysztof Warzycha (46-Tomasz Moskal, 90-Rafał Jankowski)

Reprezentacja Polski: Polska: Maciej Mielcarz (61-Łukasz Fabiański) -Grzegorz Fonfara (46-Wojciech Łobodziński), Marcin Wasilewski, Paweł Magdoń, Jakub Wawrzyniak (46-Robert Kolendowicz) - Piotr Piechniak, Rafał Murawski, Maciej Iwański (61-Piotr Giza), Łukasz Garguła (61-Adrian Budka), Przemysław Pitry - Bartłomiej Grzelak (46-Łukasz Piszczek)

Po meczu powiedzieli:

Leo Beenhakker: Piłkarze obu zespołów zrobili co do nich należy, chcąc mecz wygrać. Był to mecz charytatywny. Celem było dostarczenie trochę radości ludziom i myślę, że to się udało. Oczywiście gospodarze byli mocno zmotywowani i momentami grali jakby to był mecz eliminacyjny. Ja to rozumiem. Jeżeli któryś z piłkarzy Śląska mnie zainteresował, to dowie się o tym, kiedy zaproszę go na zgrupowanie, a nie z mediów. Pierwszy gol był fantastyczny. Nasza bramka była trochę szczęśliwa.

Antoni Piechniczek: Mecz z reprezentacją narodową był dla nas zaszczytem. Na boisku była czysta sportowa rywalizacja. Kadra przyjechała do nas opromieniona wysokim zwycięstwem nad Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. To nas zmobilizowało dodatkowo. Podeszliśmy bez kompleksów do tego spotkania. Myślę, że końcówce byliśmy bliżsi wygranej. Ale remis nikogo nie krzywdzi.

Ślązacy kontra Polacy po raz czwarty

Do meczu drużyny Górnego Śląska z reprezentacją Polski doszło po raz czwarty! Wiele lat temu oba zespoły spotkały się już trzykrotnie, za każdym razem było to w innym śląskim mieście. Gospodarzom nigdy nie udało się wygrać.

4 października 1933 r., Katowice, stadion Policyjnego KS-u: Górny Śląsk - Polska 1:2 (0:1)

26 kwietnia 1953 r., Chorzów, stadion Ruchu: Górny Śląsk - Polska 2:3 (1:1)

13 września 1953 r., Bytom, stadion Polonii: Górny Śląsk - Polska 3:3 (2:1)

Genialdinho dał awans Barcelonie
Dariusz Wołowski
2006-12-05, ostatnia aktualizacja 2006-12-05 23:15

Wszystko było jasne po 18 minutach. Dwa genialne zagrania Ronaldinho dały Barcy zwycięstwo nad Werderem i ocaliły jej szanse w Champions League

Zobacz powiekszenie
Fot. JOERG SARBACH AP
Barcelona - Werder 2:0
Efektowna próba zdobycia gola w wykonaniu Diego.
- Werder? Nie ma na Camp Nou żadnych szans - powiedział kategorycznie Holender Mark van Bommel, który latem przeszedł z Barcelony do Bayernu Monachium. Piłkarze Werderu myśleli inaczej. Do awansu starczał im remis, mówili, że nie boją się ani Barcy, ani Camp Nou, ale choć zaczęli mecz odważnie, to po 20 minutach przetoczyła się po nich nawałnica.

Główną rolę grał rzecz jasna Ronaldinho. Najpierw zagrał piłkę plecami, potem "krzyżakiem" i już wtedy było jasne, że ma do gry natchnienie. W 13. min został sfaulowany. Ustawił piłkę 24 metry od bramki. Ponieważ wiadomo jak wykonuje wolne (nad murem w okienko bramki) mur Niemców skoczył do góry, kiedy Brazylijczyk dotykał piłki. A ten strzelił po ziemi, pod ich nogami, całkowicie myląc bramkarza Wise. Pięć minut później genialne zagranie Ronaldinho do Giuly'ego dało Barcy drugą bramkę. Francuz podał do Gudjohnsena, który strzelał bez przeszkód. 2:0, Werder był w szoku.

"Jugador que marca la diferencia" mówią Hiszpanie o piłkarzach, którzy decydują o różnicach między drużynami. Tym, który sprawiał, że Barca była lepsza od Werderu, był przede wszystkim Ronaldinho. Od fatalnego dla niego i Brazylii mundialu trwała światowa debata, czy to wciąż piłkarz numer 1. Na nic zdało się 10 goli w Primera Divison, wielu i tak uważało, że Brazylijczyk wciąż nie jest sobą.

Przed arcyważnym meczem z Werderem, który decydował o być, albo nie być obrońcy trofeum w Champions League, Frank Rijkaard dał Ronaldinho wolne w lidze. Bez niego Barca tylko zremisowała z Levante (1:1), bo jak przyznał Giuly "myśleliśmy już o zespole z Bremy". Dla Barcy odpadnięcie w fazie grupowej byłoby katastrofą. Przed meczem z Werderem wszyscy socios (ponad 130 tys) dostali SMS z prośbą, by przybyli na Camp Nou wesprzeć swój klub. I stadion był pełny.

Werder też dużo myślał o Barcy, czując swoją szansę. - Jesteśmy silniejsi, a oni słabsi niż przed rokiem - mówił Miroslaw Klose, gdy przypominano mu porażkę na Camp Nou 1:3 dwanaście miesięcy temu. Uraził tymi słowami Franka Rijkaarda, bo trener Barcy rzucił nie w swoim stylu: "Kto jest słabszy, a kto lepszy to zobaczymy na boisku".

A na boisku panowali jego ludzie. Na początku bezdyskusyjnie. Po 20 minutach mogło być 3:0. Nie było, bo Giuly w doskonałej sytuacji spudłował. A jego zagranie w 35. min będzie kandydować do tytułu kiksu roku 2006. Deco przebiegł z piłką niemal całe boisko, podał do Gudjohnsena, który ograł trzech obrońców i strzelił w słupek. Piłka trafiła do Francuza, a ten stojąc osiem metrów przed pustą bramką kopnął w trybuny. Niepojęte!

Giuly nie postawił kropki nad "i", a po przerwie do roboty zabrali się liderzy Bundesligi. W 54. min Klose ograł trzech obrońców, ale przegrał pojedynek z Valdesem. Niemcy dominowali zdecydowanie, grając cały czas pod polem karnym Barcy. Dopiero w 56. min błysk geniuszu Ronaldinho sprawił, że Gudjohnsen był sam na sam z Wise, ale pojedynek przegrał.

W 60. min szczęście uśmiechnęło się do gospodarzy - piłka odbiła się od spojenia bramki Barcy, gol jednak nie padł. Nie padł już do końca, choć Barca cofnęła się głęboko robiąc co się da, by zepsuć świetne wrażenie z pierwszej połowy. Ronaldinho zagrał jeszcze świetnie do Giuly'ego, ale Wise powstrzymał Francuza. Ale Barcy bardzie zależało na przetrwaniu z 2:0. Przetrwała, i nie będzie pierwszym triumfatorem Champions League, który odpadł w fazie grupowej.

"Cokolwiek się stanie i tak będzie fiesta" - napisała przed meczem "Marca". Największy dziennik w Hiszpanii hołubi Real Madryt i nie często poświęca Barcy miejsce na pierwszej stronie, ale tym razem zapowiadała wieczór naprawdę wyjątkowy. "Jeśli Barca wygra to świętować będzie Katalonia, jeśli odpadnie święto będzie w Madrycie" - napisał dziennik. Świętowała Katalonia.
 

Dudek wrócił i przegrał

misza
2006-12-05, ostatnia aktualizacja 2006-12-06 09:45

Jerzy Dudek zagrał we wtorek pierwszy raz w Lidze Mistrzów od zwycięstwa w finale z Milanem w 2005 roku. Na stadionie w Stambule (tym samym, na którym odbył się mecz z Mediolańczykami) "The Reds" przegrali z Galatasaray 2:3. Trener Liverpoolu Rafael Benitez wystawił drugi skład. Pierwszy golkiper Liverpoolu Jose Reina do Turcji nie pojechał. Wszystkie bramki padły bez winy polskiego bramkarza.

Zobacz powiekszenie
Fot. JOERG SARBACH AP
Barcelona - Werder 2:0
Efektowna próba zdobycia gola w wykonaniu Diego.

 

Przed meczem poinformowano, że Dudek dostał propozycję przedłużenia kontraktu, który wygasa w czerwcu przyszłego roku. - Nie podjąłem jeszcze decyzji, muszę się zastanowić jakie rozwiązanie będzie dla mnie najlepsze. Gram w wielkim klubie, z wieloma wspaniałymi piłkarzami, żyje we wspaniałym mieście. To sprawia, że jestem szczęśliwy. Czeka mnie trudna decyzja - powiedział 33-letni bramkarz.

Michał Żewłakow grał 90 minut w meczu z Szachtarem (1:1). Mariusz Lewandowski (Szachtar) ciągle jest kontuzjowany, podobnie jak Wojciech Kowalewski ze Spartaka Moskwa.

Liga Mistrzów

Liga Mistrzów. Manchester uratowany

Dariusz Wołowski
2006-12-06, ostatnia aktualizacja 2006-12-07 13:14

Manchester przeżył chwile lęku na Old Trafford, ale wygrał z Benfiką 3:1 i awansował do 1/8 finału. Arsenal rozegrał z Porto nudną partię szachów, oba zespoły nagrodził jednak grający w dziesiątkę HSV.

Zobacz powiekszenie
Fot. PHIL NOBLE REUTERS
Manchester United - Benfica 3:1
Ryan Giggs przypieczętował awans gospodarzy.

Przed rokiem Manchester przegrywając wyjazdowy mecz z Benfiką odpadł w fazie grupowej Ligi Mistrzów przeżywając traumę. W środę porażka byłaby jednak dziesięć razy gorsza. 12 miesięcy temu MU był bez formy, teraz jest liderem Premiership, a Ligę Mistrzów zaczął od trzech zwycięstw. Benfikę pokonał na wyjeździe 1:0 i gdy na półmetku miał 9 pkt, Portugalczycy uciułali zaledwie jeden. Wydawało się, że sprawa awansu Anglików, a nawet zwycięstwa w grupie jest przesądzona. Tymczasem Benfica wygrała dwa kolejne spotkania, a Manchester je przegrał i znalazł się w zasięgu Portugalczyków. Ale musieli oni wygrać na Old Trafford, które jest dla Manchesteru nie mniejszym atutem niż Camp Nou dla Barcelony. Tyle, że Manchester przyjął w środę inną taktykę niż dzień wcześniej obrońca trofeum. Barca rozprawiła się z Werderem w 18 minut, zespół Fergusona wyczekiwał na to co zrobią goście.

Na początku mecz wyglądał tak jakby wbrew zapowiedziom, Anglicy grali na 0:0. Cristiano Ronaldo, który w Lizbonie był zmorą Benfiki, w środę brnął w bezproduktywne dryblingi. Bohaterem był za to drugi ze skrzydłowych reprezentacji Portugalii. W 28. min Simao zakręcił obrońcami na prawym skrzydle, wycofał do Nelsona, który strzałem życia pokonał Van der Sara. Wybuch furii holenderskiego bramkarza, był sygnałem do ataku dla partnerów. Już 120 sekund później Saha mógł zdobyć gola i tylko przypadek uratował gości, a sędzia nie zauważył ręki Portugalczyka w polu bramkowym. Od tej chwili gracze obu drużyn zaczęli się zachowywać jakby dostali zastrzyk ożywczej substancji dzięki której przebierali nogami trzy razy szybciej. Atak za atak, akcja za akcję - z sennego tempa z początkowych 25 minut nie zostało nic.

Do przerwy gospodarze razili schematyzmem: dominowały wrzutki z których zagrożenie było małe. A jeszcze w 41. min Rooney dostał kartkę za dyskusje z sędzią. Wtedy Manchester poderwał się jeszcze raz, zamknął Benfikę pod jej bramką i po centrze Ronaldo z wolnego Vidic zdobył głową wyrównanie. Zaledwie kilkanaście sekund później sędzia odgwizdał koniec pierwszej połowy.

W drugiej grał tylko Manchester, a od 60. min mógł grać spokojnie, gdy po centrze Ronaldo Giggs głową zdobył drugą bramkę. Benfica musiałaby wtedy strzelić dwie, co przekraczało jej możliwości. Gol Sahy w 75. min sprawił, że portugalskie marzenia, po 30 minutach realne zmieniały się w mrzonki. Wszystko stało się odwrotnie niż przed rokiem. Wtedy Manchester pierwszy zdobył gola, ale przegrał.

Portugalskie marzenie prysnęły w Manchesterze i mogły prysnąć w Porto. Do 65. min mecz gospodarzy z Arsenalem (bez ukaranego Henry'ego) przypominał nudną partię szachów aż w Hamburgu CSKA zdobyło gola na 2:1 z HSV i remis na Estadio Dragao eliminował gospodarzy. Zaraz po tym Quaresma trafił piłką w słupek bramki Lehmana, ale Porto zabrakło determinacji, by rzucić się do ataku. Ten brak odwagi został nagrodzony, bo w Hamburgu van der Vaart wyrównał w 84. min, a tuż przed końcem zdobył trzecią bramkę. Uratowało się FC Porto, uratował się Arsenal - finalista poprzedniej edycji LM. HSV w dziesiątkę zdobył pierwsze punkty w tej edycji eliminując Rosjan.

Słaby Celtic, powrót Ronaldo?

Artur Boruc i Maciej Żurawski grali po 90 minut w przegranym 1:3 meczu z FC Kopenhaga. Polski bramkarz nie zawinił przy żadnym golu, a pod koniec meczu uratował zespół przed większą porażką broniąc dwa strzały z czterech metrów Michaela Gravgaarda i Jespera Gronkjaera.

Żurawski zagrał słabo. Jedyną okazję do strzelenia gola 30-letni zawodnik miał w 53 minucie. Golkiper gospodarzy Jesper Christiansen obronił jednak uderzenie z 9 metrów. Oprócz tego kapitan reprezentacji Polski dwukrotnie przenosił pikę kilka metrów nad bramką. Raz po strzale nogą, raz głową.

Na dobre rozstrzelał się Ronaldo. W niedzielę w spotkaniu z Athletic Bilbao napastnik Realu zdobył pierwszego gola w tym sezonie. W środę do 86 minuty "Królewscy" przegrywali z Dynamem w Kijowie 0:2. Wtedy Brazylijczyk strzelił pierwszego gola, a w dwie minuty później wykorzystał rzut karny podyktowany za faul na nim.

Fabio Capello wystawił rezerwowy skład - bez Van Nistelrooya, Casillasa, Raula i Robinho, a z De la Redem, Beckhamem, Nieto i Torresem.

Wyniki, składy, tabele i tabele:

Grupa E
Dynamo Kijów - Real Madryt 2:2
Lyon - Steuea Bukareszt 1:1
Grupa F
Manchester United - Benfica Lizbona 3:1
FC Kopenhaga - Celtic Glasgow 3:1
Grupa G HSV Hamburg - CSKA Moskwa 3:2
FC Porto - Arsenal 0:0
Grupa H
Anderlchet Bruksela - AEK Ateny 2:2
Milan - Lille 0:2

Awansowali:

Zespoły z pierwszego miejsca: Chelsea, Bayern, Liverpool, Valencia, Lyon, Man United, Milan, Arsenal
Zespoły z drugiego miejsca: Barcelona, Inter, PSV, Roma, Real, Celtic, Lille, Porto

Losowanie odbędzie się 15 grudnia

Zasady:

1) Zespoły z tego samego kraju nie mogą grać ze sobą.

2) Zespoły, które grały ze sobą w grupie, nie mogą grać ze sobą.

3) Zespoły, które wygrały grupy, nie mogą trafić na siebie.

4) Zespoły, które zajęły drugie miejsca, nie mogą trafić na siebie.

5) Zespoły z drugich miejsce pierwsze mecze 1/8 grają u siebie.

Pierwsze mecze 20 lutego, rewanże 7 marca. Dwa dni później odbędzie się losowanie ćwierćfinałów i półfinałów.

Kahn: w następnym wcieleniu zostanę golfistą

lop
2006-12-06, ostatnia aktualizacja 2006-12-06 19:17

Oliver Kahn jest pierwszym bramkarzem, który rozegrał 100 meczów w Lidze Mistrzów. A choć jego Bayern awansował do 1/8 finału z pierwszego miejsca, uznał, że koledzy zepsuli mu jubileusz.

Zobacz powiekszenie
Fot. DIETHER ENDLICHER AP
Oliver Kahn stara się obronić strzał Fabio Grosso we wtorkowym meczu Ligi Mistrzów w Monachium. Bayern zremisował z Interem Mediolan 1:1.

Kapitan Bayernu pierwszego gola w LM stracił w 1994 r. Pokonał go George Weah, wówczas w barwach PSG. - Jest parę takich bramek, których nigdy nie zapomnę, ta do nich należy. Weah przedryblował obrońców i strzelił z 16 m nie do obrony. To były piękne czasy. Przepisy nie zabraniały jeszcze podawać do bramkarza i dawało się przewidzieć lot piłki. Dziś przy tych kosmicznych plastikach, którymi gramy, bramkarz nie może mieć do siebie zaufania. Ani do rywali, którzy coraz częściej mają po 195 cm wzrostu i 100 kg wagi, a starcia z nimi kończą się tak jak dla Petra Cecha [bramkarz Chelsea miał pękniętą czaszkę] - opowiada Kahn na łamach "Süddeutsche Zeitung".

We wtorek 37-letni bramkarz, wicemistrz świata z 2002 r., dołączył do grona pięciu piłkarzy, którzy w LM przekroczyli barierę 100 występów. Jego Bayern zremisował na Allianz Arena z Interem Mediolan 1:1, bez porażki zapewniając sobie pierwsze miejsce w grupie. Bawarczycy zarobili 9,6 mln euro, w 1/8 finału będą rozstawieni, a rewanż zagrają u siebie. Toteż w klubie wszyscy byli zachwyceni, nawet kibice na stadionie zaśpiewali na koniec "Oh, wie ist das schön" (Jakie to piękne). Wszyscy... oprócz Kahna, który wściekł się na kolegów, że pozwolili Włochom wyrównać w 91. min. Po golu Patricka Vieiry sklął ich wściekle - co wychwyciły kamery - jakby Bayern odpadł z rozgrywek. - To skandal, kompletny brak dyscypliny, jeśli drużyna traci u siebie takie gole w końcówce. Z taką grą w fazie pucharowej czeka nas kompromitacja - rzucił po meczu dziennikarzom, a na pytanie o jubileusz zrobił tak zmarszczoną minę, że szybko porzucili ten temat.

- Coraz częściej nachodzą mnie myśli w rodzaju: "Co ja tu jeszcze robię?". Kiedy tracimy takie gole jak z Interem albo stoimy w korku w smogu w Moskwie w drodze na trening. Mam 37 lat. Szybkość, refleks, skoczność mam takie same jak 10 lat temu, ale po każdym meczu mój organizm potrzebuje dwóch dni regeneracji więcej, niż kiedy byłem młody - mówił Kahn. - Najtrudniej jednak o motywację, byłem już siedem razy mistrzem Niemiec. Jasne, że chcę ósmego tytułu, tylko ciężko przekonać samego siebie do gry na najwyższym poziomie przeciwko Hannoverowi, Bielefeld, Bochum, Moenchengladbach itp. To naprawdę ciężki chleb. W następnym wcieleniu nie zostałbym bramkarzem. Ani nawet napastnikiem. Zostałbym golfistą, jak Tiger Woods - stwierdził Kahn.

Rekordziści Ligi Mistrzów

107 meczów - Raul (Real Madryt),

106 - Paolo Maldini (AC Milan)

105 - Roberto Carlos (Real Madryt)

101 - David Beckham (Manchester Utd., Real), Gary Neville (MU)
ZEA - POLSKA 2:5
Efektowne zwycięstwo Polaków w Emiratach
Robert Błoński
Grając pół meczu więcej niż przyzwoicie, dublerzy dublerów z polskiej ligi strzelili pięć goli Zjednoczonym Emiratom Arabskim, stracili dwa. Dwie bramki zdobył debiutant Bartłomiej Grzelak.

Zwykle takie mecze reprezentacji ogląda się z bólem zębów. Nie są rozgrywane w terminach UEFA, więc najlepsi nie mogą przyjechać, a rywal jest egzotyczny. W środę trener Polaków Leo Beenhakker wystawił w pierwszej jedenastce aż pięciu debiutantów. To była właściwie reprezentacja C, bo oprócz tego, że brakowało jednego choćby zawodnika z zagranicy, a Grzegorza Bronowickiego już w Abu Dabi wyeliminowała kontuzja, to jeszcze w kraju z różnych względów zostali: Baszczyński, Błaszczykowski, Golański, Sobolewski i Szałachowski.

Minął jednak ledwie kwadrans, a już było jasne, że zawodnicy Emiratów są równie anonimowi, co słabi. I jeśli sprawią Polsce kłopoty, to będą one wynikać z błędów zespołu Beenhakkera.

Polaków - bardziej niż za gole - należy pochwalić za grę. Przez 25 minut mieli inicjatywę i grali tak, jak selekcjoner nauczył swoich podstawowych graczy. Nie pchali się z piłką do przodu, tylko cierpliwie wymieniali podania. Nie mieli tak ofensywnych skrzydłowych jak Smolarek, Błaszczykowski czy Krzynówek, dlatego grali głównie środkiem boiska. Rafał Murawski i Dariusz Dudka odebrali sporo piłek, ale w konstruowaniu akcji nie pomagali. Rozgrywającym był więc ustawiony na lewym skrzydle Łukasz Garguła, który pomagał też w obronie.

W 5. min po prostopadłym zagraniu Garguły Grzelak był sam na sam z bramkarzem. Próbował dwa razy, ale bramkarz był lepszy. Trzy minuty później 25-letni debiutant z Widzewa wykorzystał zagranie Marcina Wasilewskiego, nieczysto trafił w piłkę, ale gola strzelił. Gdy zeszło z niego napięcie, zaczął grać dla drużyny, podawał nawet w sytuacjach, w których mógł strzelać. W 16. min Wasilewski (po raz drugi założył opaskę kapitana, wcześniej w meczu z Macedonią za kadencji Pawła Janasa) dwa razy uderzał głową w identycznej sytuacji - po dośrodkowaniu z rogu Garguły. Za pierwszym razem piłkę wybił sprzed bramki obrońca, za drugim było już 2:0. I jasne, że gospodarze będą tłem.

Polacy jeszcze przez kilka minut grali mądrze. Na pierwszy celny strzał pozwolili rywalom w 20. min, ale Łukasz Fabiański złapał piłkę. Seria błędów przydarzyła się w 26. min. Paweł Magdoń źle wybił piłkę, Dudka z Murawskim nie zdążyli i Subait Khater strzelił prawdopodobnie najpiękniejszego gola w karierze - z woleja zza pola karnego. Fabiański nie miał szans.

Później gra była chaotyczna i nerwowa. Niczym nie wyróżnił się Adrian Budka, w defensywie lepsze wrażenie od Magdonia sprawiał Adam Kokoszka, a Piotr Giza długo w oficjalnym meczu raczej nie zagra. Był kompletnie niewidoczny.

Początek drugiej połowy był taki jak koniec pierwszej. Rodzynkiem było prostopadłe podanie Dudki do Grzelaka w 50. min i przytomny strzał widzewiaka nad bramkarzem. Było 3:1 dla Polski. Ale znowu sporo trwało, nim kadrowicze poukładali grę tak, jak zrobili to na początku pierwszej połowy. Oddali, niepotrzebnie, inicjatywę rywalom. Próbowali gry z kontry, a nie - jak wymaga Beenhakker (co jakiś czas pokrzykiwał z ławki po polsku: Graaaaj!) - prowadzenia gry. Trenerzy mobilizowali zespół pozytywnymi okrzykami, chwaleniem czasem na wyrost. Przed przerwą - kiedy było dobrze - tego nie robili.

Po godzinie gra stała się szybsza. Robert Kolendowicz dwa razy zrobił to, co najczęściej czyni w ŁKS - uciekł lewym skrzydłem i podał. Jednak za pierwszym razem Maciej Iwański źle trafił w piłkę, a za drugim Radosław Matusiak nie doszedł do podania.

W ostatnich pięciu minutach emocji było więcej niż w całej drugiej połowie. Najpierw Jakub Wawrzyniak dał sędziemu z Omanu powód do podyktowania karnego. Mariuszowi Pawełkowi nie pomógł "Dudek dance". Ale że rywal był słaby, na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Magdoń - jak Wasilewski przed przerwą - wykorzystał dośrodkowanie z rogu Macieja Iwańskiego, a Matusiak - jak Grzelak na początku drugiej połowy - prostopadłe podanie od Wojciecha Łobodzińskiego.

Czy Beenhakker powoła kogoś z środowego meczu na spotkania z groźniejszym rywalem? Nie wiadomo. Ważne, że ligowcy przekonali się osobiście, jak się gra pod okiem selekcjonera.

31 - tyle lat temu reprezentacja Polski strzeliła co najmniej pięć goli w meczu wyjazdowym. 6 lipca 1975 r. drużyna Kazimierza Górskiego pokonała w Montrealu Kanadę 8:1

ZEA-Polska
7strzały15
4strzały celne10
2strzały niecelne3
1strzały zablokowane1
0słupki i poprzeczki1
5rzuty rożne6
1spalone0
7faule21
Najwięcej strzałów: Grzelak 4, Matusiak 3.

Najwięcej celnych strzałów: Grzelak 4, Wasilewski 2, Dudka 2.

Najwięcej podań kluczowych: Garguła 3, Iwański 3.

Najwięcej fauli: Dudka 4, Kokoszka 4, Wawrzyniak 3.

Najczęściej faulowani: Dudka 2, Murawski 2.

Skuteczność bramkarzy: Naser 3/6 (50 proc.), Mohammed 1/4 (25 proc.) - Fabiański 2/3 (66 proc.), Pawełek 0/1 (0 proc.)
niedziela, 03 grudnia 2006
Polscy siatkarze w finale MŚ!
ACM
2006-12-02, ostatnia aktualizacja 2006-12-02 15:38

Polscy siatkarze po arcytrudnym meczu pokonali Bułgarię 3:1 (25:20, 26:28, 25:23, 25:23) i są w finale mistrzostw świata! Mają już przynajmniej srebrny medal. Jeżeli w niedzielę pokonają Brazylię, po raz pierwszy od 32 lat zdobędą mistrzostwo globu!

Zobacz powiekszenie
Fot. SHIZUO KAMBAYASHI AP
Polska - Bułgaria 3:1
Polacy cieszą się po udanej akcji. W tle ze smutną miną kapitan reprezentacji Bułgarii - Płamen Konstantinow (nr 17)

Finał siatkarskich mistrzostw świata Polska - Brazylia w niedzielę o godz. 11:30. Transmisja telewizyjna w Polsacie i Polsacie Sport.

Również w Gazeta.pl relacja na żywo, pliki wideo i audio, mnóstwo zdjęć z meczu, komentarze siatkarzy i fachowców. Zapraszamy


Polska - Bułgaria 3:1 (25:20, 26:28, 25:23, 25:23)

Polska: Zagumny (1 pkt), Wlazły (18), Kadziewicz (15), Pliński (9), Świderski (13), Winiarski (20), Gacek (libero) oraz Gruszka (1), Grzyb, Szymański

Bułgaria: Żekow, Nikołow, Iwanow (7), Cwetanow, Konstantinow (10), Kazijski (15), Sałparow (libero) oraz Jordanow (21), Pejew, Aleksiew, Gajdarski (7)

- To jest coś niesamowitego, co trafia się zapewne raz w życiu - powiedział II trener reprezentacji Alojzy Świderek. - Jesteśmy ogromnie szczęśliwi, choć mecz był bardzo trudny. Wiele krwi napsuł nam Bojan Jordanow, ale najważniejsze, że to my mamy co najmniej srebrny medal i zagramy w finale. Jest to niesamowite, że po zaledwie dwóch latach pracy osiągnęliśmy z tą drużyną tak dużo - stwierdził trener.

W pierwszym secie poza początkiem Bułgarzy nie dali się we znaki naszym siatkarzom. As ataku Bułgarów, Matej Kazijski został prawie całkowicie wyłączony z gry przez polski blok, a Sebastian Świderski i Mariusz Wlazły bardzo udanie grali w ataku. Rywale popełniali wiele błędów i właściwie oddali partię Polakom.

W drugim secie trener Martin Stojew dokonał świetnej zmiany - wpuścił na boisko leworęcznego Bojana Jordanowa, który napsuł wiele krwi naszym siatkarzom, umiejętnie przedzierając się przez polski blok. Choć Polacy do połowy seta prowadzili trzema punktami, zupełnie roztrwonili przewagę i po dramatycznej końcówce przegrali partię 26:28.

W trzecim secie znów w ataku szalał Jordanow, ale polski blok umiał już lepiej z nim sobie radzić. Formę w ataku odzyskali Wlazły i Świderski, a wspomagał ich Łukasz Kadziewicz, który wraz z Michałem Winiarskim kapitalnie pracował w bloku. Mimo prowadzenia Bułgarów Polacy odrobili straty, głównie dzięki świetnej postawie w końcówce Daniela Plińskiego. Rywale popełnili jeszcze kilka błędów i po thrillerze w końcówce przegrali seta.

Czwarta partia rozpoczęła się niepomyślnie dla Polaków, ale zdołali wyjść na prowadzenie jeszcze przed pierwszą przerwą techniczną. Łukasz Kadziewicz zanotował aż dwa asy serwisowe pod rząd. Wlazły dobrze grał w ataku, ale wygrana jest głównie wynikiem fantastycznej dyspozycji Michała Winiarskiego, który harował zarówno w bloku, jak i w ataku. W końcówce Bułgarom prawie udało się odrobić trzypunktową stratę, ale kapitalny atak Mariusza Wlazłego po dwóch blokach pozbawił ich złudzeń i dał zwycięstwo Polsce.

Polska - Bułgaria set po secie:

I set: Pierwszy punkt dla Bułgarów, ale zaraz odpowiedź Sebastiana Świderskiego. Pierwszy set był wyrównany - obie drużyny szły łeb w łeb. W grze Polaków wyczuwało się przez pierwsze chwile lekką nerwowość, ale Świderski świetnie grał w ataku, Paweł Zagumny z Łukaszem Kadziewiczem udanie blokowali, a gra w przyjęciu nie pozostawiała nic do życzenia. Po kilku minutach było 4:3. Świetnie w ataku grał Płamen Konstantinow. Na pierwszą przerwę techniczną z prowadzeniem 8:6 schodzili Bułgarzy.

Po przerwie świetnie zaatakował Świderski, po chwili kiwał Wlazły, udany blok Polaków, kolejny raz Świderski i 10:8 dla Polaków. Trener Bułgarów Martin Stojew po raz pierwszy poprosił o czas. Konstatinow zagrywa w aut, ale zaraz potem również w aut atakował Mariusz Wlazły. Krótka Kadziewicza i kolejny punkt. Polakom nie zawsze jednak udawało się blokować Kazijskiego. Błąd w zagrywce Żekowa i 13:12 dla Polski. Kapitalny potrójny blok naszych, potem Kazijski w aut i 15:12. Atak Bułgarów, ale zaraz zablokowali w aut i na drugą przerwę techniczną Polacy schodzili z prowadzeniem 16:13.

Pliński kapitalnie zbija lekko przechodzącą piłkę. Atomowa zagrywka Świderskiego! Jeden z Bułgarów próbował wybronić piłkę w stylu Vladimira Grbicia na olimpiadzie w Sydney, ale nie udało mu się. Polacy cały czas mieli przewagę kilku punktów. Konstantinow psuje zagrywkę, ale Kazijski zaraz atakuje po rękach Polaków. Krótka Kadziewicza. Nikołow popełnia błąd przejścia! Stojew znów prosi o przerwę. Po rękach Polaków Nikołow, a Michał Winiarski atakuje w aut. Świderski atakuje - Nikołow nie broni. Świetny atak Wlazłego po rękach Bułgarów i piłka setowa dla Polaków, świetnie wykorzystana przez Wlazłego.

II set: Potężny "gwóźdź" Wlazłego na początek! Kadziewicz według sędziego dotknął siatki przy ataku Bułgarów, ale zaraz Winiarski świetnie po środku przez Iwanowa. Wlazły cały czas szalał, a po drugiej stronie siatki Kazijski powoli tracił nerwy. Otwarcie 4:1 dla Polaków. Ataki Kazijskiego, blok Iwanowa na Wlazłym i 4:3. Daniel Pliński znów zbił przechodzącą piłkę, a za chwilę założył "czapę" jednemu z Bułgarów. Winiarski forsuje potrójny blok przeciwników i na pierwszą przerwę techniczną Polacy schodzą z prowadzeniem 8:4.

Znów kapitalny potrójny blok Polaków. Na boisku pojawił się groźny, leworęczny Bojan Jordanow.Kapitalna wymiana piłek i Winiarski po bloku Bułgarów, błąd Żekowa i 11:5 dla Polski! Pliński oszukał Cwetanowa. Cwetanow w aut, podobnie za chwilę Wlazły. Kolejna kapitalna krótka piłka Kadziewicza, świetnie rozegrana przez Zagumnego. Winiarski wpadł w siatkę. Kadziewicz i Winiarski dwa razy pod rząd świetnie w bloku i Kazijski zatrzymany. Po chwili atakujący Bułgarii świetnie zaserwował. Przewaga Polaków stopniała do trzech punktów. Gorszy moment Wlazłego i zmienia go Szymański. Winiarski w pole i na drugą przerwę techniczną schodzimy z prowadzeniem 16:13.

Coraz cięższe zagrywki Bułgarów. Kilka ataków Jordanowa, kilka zagrywek i już remis 17:17. Kryzys polskiej drużyny, która zupełnie straciła impet. Atak Świderskiego, potem Żekow przytrzymał piłkę i 19:17 dla Polski. Potężny atak Świderskiego i Żekow bezradny, ale zaraz Kadziewicz w aut. Piłkę idącą w aut niepotrzebnie bronił Gacek i 20:20.

W końcówce mieliśmy thriller. Polacy grali trochę bez energii, a Bułgarzy złapali drugi oddech i świetnie grali w bloku. Remis cały czas się utrzymywał. Polacy dotknęli siatki przy bloku i setbol dla rywali, ale blokują w aut. Po chwili znów setbol dla Bułgarów, ale Jordanow zagrał w siatkę. Konstantinow nadal pewnie, znów w boisko, ale po chwili Kadziewicz znów krótką w środek boiska. 26:26. Kazijski celnie atakuje. Kadziewicz atakuje w aut i 1:1 w setach.

III set: Pierwszy atak Bułgarów i skuteczny Jordanow, ale zaraz blok - antenka rywali. Znów błąd Żekowa. Kazijski w aut, ale dyskutuje z sędzią. Świderski w boisko. Mocne otwarcie - 4:1 dla Polaków i entuzjazm Bułgarów prysł. Zagumny broni, ale nikt nie podejmuje piłki. Wlazły zablokowany przez Konstantinowa i następny blok rywali - 4:4. Polski blok nie istnieje. Zagrywka rywali w aut. As Wlazłego! Salparow bezradny, ale zaraz aut Wlazłego. Iwanow również w aut. Jordanow kapitalnie atakuje. Szybka piłka Winiarskiego i przy przerwie technicznej 8:7 dla Polski.

Atak Gajdarskiego i remis. Jordanow szaleje - znów atakuje nie do obrony. Winiarski i znów remis. Celnie Gajdarski, ale zaraz piorunujący atak Wlazłego nad blokiem, a zaraz potem pojedynczy blok na Kazijskim. Niestety, Jordanow robi z polskim blokiem, co chce. Znów Jordanow i blok Polaków w aut. Lozano prosi o czas. Aut Bułgarów, ale zaraz Kazijski przełamał nasz blok. As serwisowy Kazijskiego, znów trudny serw, ale Świderski celnie ze skrzydła. Zepsuta zagrywka Wlazłego. 16:13 dla Bułgarów na drugiej przerwie, Raul Lozano wyraźnie poddenerwowany krzyczy: "Teraz jest ten moment!"

Świetna gra Konstantinowa, ale zaraz Jordanow zagrywa w siatkę. Taśma - aut i punkt dla Polski. Bułgarzy nadal jednak przeważali. Zagumny zaskakuje Bułgarów i już 18:18. Znów Krasimir Gajdarski i punkt dla Bułgarów. Kiwka Plińskiego i Bułgarzy bezradni. Blok w aut Polaków. Żekow zagrywa w siatkę. 20:20 - znów szykuje się thriller w końcówce.

Znów Jordanow przez pojedynczy blok! Zaraz jednak kapitalny atak Winiarskiego. Polacy skaczą do potrójnego bloku, ale Jordanow kiwa i zdobywa punkt. Wlazły w aut! 23:21 dla Bułgarii. Wściekły atak Wlazłego trafia w Bułgara, który przebija pod siatką. Aut Bułgarów! WINIARSKI! Setbol dla naszych siatkarzy. Gacek kapitalnie broni, a KADZIEWICZ BLOKUJE W BOISKO! Set dla Polski!

IV set: Pliński mocno atakuje i pierwszy punkt dla Polski. Podwójna krótka Polaków z drugiej linii, ale w aut. Zablokowany Świderski. Kazijski w aut i 2:3. Kazijski w boisko. Czas dla Polaków przy stanie 2:5. Kadziewicz ryzykownie atakuje, Bułgarzy gubią się w bloku. Długa wymiana piłek, po której Jordanow przedziera się przez potrójny blok. Wlazły zdobywa dyskusyjny punkt po długim ataku. As Kadziewicza! I kolejny! Jednak Jordanow znów nie do zatrzymania. Winiarski piorunująco w środek pola Bułgarów i 7:7. Aut Konstantinowa i Polacy prowadzą przy pierwszej przerwie technicznej.

Gajdarski i remis, ale Jordanow znów zagrywa w siatkę. Bułgarzy blokują atak Wlazłego w aut. Błąd Plińskiego, ale ten chwali sędziego za dostrzeżenie rzuconej piłki. Kapitalny atak Wlazłego i zaraz następny, po rękach Bułgarów w aut. 12:10 dla naszych. Jordanow atakuje wprost w twarz Świderskiego, ale ten zaraz odpowiada świetnym atakiem. Kapitalny blok Kadziewicza i 14:11. Stojew prosi o czas. Nerwowo na ławce Bułgarów. Znów Jordanow! Zaraz jednak atomowy atak Kadziewicza. Po chwili podobnie Świderski i druga przerwa techniczna dla Polaków - 16:13.

Aleksjew, a zaraz potem Jordanow zaatakowali i znów zrobiło się groźnie. Winiarski spokojnie blokuje i 17:15. Świderski po rękach Gajdarskiego i Polacy cały czas prowadzą dwoma punktami. Świderski i 19:16. Grzyb za Zagumnego na podwyższenie bloku. Punkt dla Bułgarów i Winiarski, prawie w aut. Wlazły i 21:18. Czas dla Bułgarów.

Punkt Jordanowa, Świderski nie poradził sobie z odbiorem. Winarski potężnie atakuje i Salparow wybija w aut. Znów Jordanow i 22:20. Podwójna krótka i znów Winiarski! Kazijski świetnie z trzeciego metra. Konstantinow w aut! Nie, jednak boisko. 23:22. Krótka Plińskiego i piłka meczowa dla naszych! Kiwka Gajdarskiego i punkt dla Bułgarów. Atak Wlazłego po dwóch blokach Bułgarów...BLOKUJĄ W AUT!!! KONIEC MECZU!!! POLSKA W FINALE MISTRZOSTW ŚWIATA!!!
piątek, 01 grudnia 2006
Trzy punkty nadziei

Michał Białoński, Dariusz Wołowski
 
Trzy asysty Błaszczykowskiego i gole Pawła Brożka oraz Paulisty dały Wiśle Kraków zwycięstwo nad FC Basel 3:1. Wicemistrz Polski awansuje do 1/16 finału Pucharu UEFA, jeśli zremisuje z Feyenoordem w Rotterdamie
 

Bramki: Paweł Brożek (10., 83.), Paulista (71.) - Petrić (9.)

Ostatni dzień listopada 2006 był dla polskiej piłki historyczny i wcale nie dlatego, że Wisła zagrała nadzwyczajnie, ale zdobyła pierwsze punkty dla Polski w fazie grupowej Pucharu UEFA. Dwa lata temu Amica przegrała cztery mecze, w tym sezonie Wisła dwa. Porażki z Blackburn i Nancy sprawiły, że do w czwartek wicemistrz Polski był na ostatnim miejscu w grupie. Sytuacja zrobiła się jeszcze gorsza na początku gry ostatniej szansy. W 9. min po centrze z prawej strony Majstorović wygrał pojedynek główkowy i zgrał piłkę do Petricia. Piłkarz, który wsławił się tym, że w poprzednim meczu FC Basel obronił karnego (zastąpił ukaranego bramkarza), teraz z zimną krwią przelobował wybiegającego z bramki Dolhę. Rumuński bramkarz Wisły był sam, bo obrońcy zostawili go, chcąc złapać napastnika Basel na spalonym. Zrobili to fatalnie. 0:1 nie załamało jednak Wisły, bo po minucie był remis. Błaszczykowski zagrał sprytnie w polu karnym do Pawła Brożka, ten strzelił bez namysłu, a piłka przeleciała rezerwowemu bramkarzowi Craytonowi między nogami.

Początek meczu był ostrą wymianą ciosów - oba zespoły nie bardzo martwiły się o tyły, za wszelką cenę chciały złamać defensywę rywala i prowadzić. Wisła prowadzić powinna. Paweł Brożek miał cztery kolejne okazje do zdobycia bramki, które zmarnował, potwierdzając opinię napastnika chimerycznego. Niestety, w podobnej formie strzeleckiej był Marek Zieńczuk kiksujący przy strzałach, które mogły się skończyć bramką. Na dodatek w 32. min Zieńczuk głupio stracił piłkę pod polem karnym Wisły i interwencja Clebera uratowała drużynę. Dostał jednak żółtą kartkę za dyskusję, co miało potem zły dalszy ciąg.

W przerwie okazało się, że Nancy wygrywa z Feyenoordem i zwycięstwo z Basel dawało Wiśle awans na trzecie miejsce w grupie. Trzeba było wygrać ze Szwajcarami, a potem pojechać do Rotterdamu po remis i wicemistrz Polski będzie uniknie tego, co wydawało się nieuniknione - odpadnięcia z rozgrywek pucharowych.

Tymczasem na początku drugiej połowy to Szwajcarzy byli zespołem dojrzalszym, grali płynniej: wiślacy irytowali niecelnymi podaniami, akcje były rwane, ale w 56. min Sobolewski zdobyłby gola, tylko że sędzia przerwał grę, absolutnie nie wiadomo z jakiego powodu.

Długie piłki, niecelne - długo irytowały w wykonaniu mistrza Polski. W 64. min za Piotra Brożka wszedł Paulista. Wprowadził się słabym zagraniem, spóźnił podanie do Pawła Brożka, który byłby sam na sam. W 70. min zdenerwował się Baszczyński. Prawy obrońca i kapitan drużyny rzucił świetną piłkę do Błaszczykowskiego, ten wbiegł w pole karne, zagrał do tyłu, a Paulista technicznym strzałem zdobył gola. W 78. min Paweł Brożek nie wykorzystał sytuacji sam na sam z bramkarzem. Musiał wykorzystać w 82. min, bo strzelał do pustej bramki. Akcja była szczęśliwa. Najpierw szwajcarski obrońca podał do Paulisty, ten chciał kiwać, ale stracił piłkę, a potem wybił ją spod nóg rywala tak szczęśliwie, że Błaszczykowski był sam na prawym skrzydle i idealnie zagrał do środka, do Brożka. Było 3:1.

W 88. min Cleber faulował i dostał czerwoną kartkę. Środkowy obrońca Wisły nie zagra w Rotterdamie. Wisła nie rozegrała może świetnego meczu, ale wykazała charakter, który odrodził jej szanse na awans. O remis z Feyenoordem nie będzie łatwo, bo Holendrom do awansu potrzebna wygrana. Ale od czwartku awans Wisły przestał wydawać się czymś niemożliwym.

Wygrali dzięki rodzinie trenera?


Kuba Błaszczykowski jest w życiowej formie. Cieszę się, że po jego podaniach strzeliłem gole. Zrobimy w Rotterdamie wszystko by awansować - powiedział po meczu Paweł Brożek.

- Jestem zadowolony z wyniku i gry. W trudnym momencie potrafiliśmy się podnieść, przezwyciężyć kryzys. Pokazaliśmy charakter i wciąż liczymy się w walce o awans - dodał trener Dragomir Okuka.

Według Okuki szczęście przyniosły mu córka oraz żona, które były na meczu.

Przerwany mecz w Nancy


Nancy - Feyenoord 3:0 (2:0): Puygrenier (22.), Bahia (43., samob.), Zerka (65., karny).

Sędzia przerwał mecz w 78 min z powodu awantur na trybunach wywołanych przez holenderskich chuliganów. Francuska policja użyła gazu łzawiącego, co przeszkadzało piłkarzom na boisku. Mecz został dokończony przy pustych trybunach.
Rosja, czyli przegrani giganci
Rafał Stec, Sendai
2006-11-27, ostatnia aktualizacja 2006-11-27 21:18

Polscy siatkarze są od lat sfrustrowani, bo tęsknią za jakimkolwiek medalem. Rosjanie na podium stają na niemal każdej imprezie, ale też są... sfrustrowani.

Zobacz powiekszenie
Fot. Kuba Atys / AG
Mecz Polska - Rosja na ME 2005 w Rzymie. Pojedynczy blok Mariusza Wlazłego


Tak, na Wschodzie humory pod siatką też nie dopisują, bo tam aspiracje sięgają znacznie wyżej, czyli absolutnego prymatu. Tymczasem Rosjanie na złoto mistrzostw Europy czekają od 1991 r., mistrzostw świata - od 1982 r., a igrzysk olimpijskich - od 1980 r. Przez te dwie dekady nieprzerwanie uchodzili za kraj o niezmierzonym potencjale i obfitujący w wielkie talenty, ale niepokonanej reprezentacji sklecić nie zdołali. Nawet wtedy, kiedy rozwinęli swoją ligę, ściągając wiele zagranicznych gwiazd i bardzo podnosząc jej poziom.

Pewne ich atuty są widoczne gołym okiem - to niesamowicie silni i wysocy gracze, Stanisław Diniejkin (215 cm) i zwany "Guliwerem" Aleksiej Kazakow (217) spoglądają z góry na wszystkich rywali. Dzięki temu utarła się opinia, że nikt nie blokuje jak oni, co nie zawsze było sądem tak prawdziwym jak popularnym. Tym gigantom często jednak brakowało finezji i ich nieco toporny styl gry wypadał blado, a przede wszystkim - nieskutecznie, w konfrontacjach z wyrafinowaną siatkówką włoską lub brazylijską. Zdarzały się też problemy pozaboiskowe, takie jak kłótnie o pieniądze, niesnaski w drużynie czy poważne problemy dyscyplinarne. Zresztą i w tym roku trener Zoran Gajić wyrzucił z kadry atakującego Semena Połtawskiego, który postanowił posmakować nocnego życia. Po prośbach kolegów z reprezentacji Serb się jednak ugiął i warunkowo udzielił naturalizowanemu Ukraińcowi amnestii. Co zresztą różni go od Raula Lozano, który nie wahał się usunąć bardzo ważnych zawodników tuż przed ubiegłorocznymi mistrzostwami Europy.

Połtawskiego Rosja potrzebuje dziś jednak szczególnie, bo i tak jest poważnie osłabiona. Na mundial nie przyjechali m.in. świetny przyjmujący Siergiej Tietiuchin (kontuzja) i chimeryczny, lecz bardzo zdolny Siergiej Baranow (miał problemy ze sobą, ponoć popadł w depresję). Nie ma też doświadczonych rozgrywających - ani fenomenalnego Chamuckiego, który ma już 37 lat, ani Uszakowa, może niegrającego z takim polotem, lecz solidnego, potrafiącego mobilizować partnerów. Trener Gajić wziął dwóch młodych 21-letniego Grankina oraz cztery lata starszego Makarowa, oryginalnie zresztą tę decyzję tłumacząc. - Wystawiający potrzebuje czasu, aby okrzepnąć, a ja przygotowuję zespół na igrzyska w Pekinie - powiedział.

Serbski rywalizował z Lozano w konkursie na selekcjonera polskiej kadry, ale od początku było wiadomo, że równocześnie pertraktuje z Rosjanami i tamtejsza posada bardziej go nęci. Człowiek, który poprowadził Jugosławię do olimpijskiego złota w Sydney, miał dać to, czego Rosjanom brakowało, aby przesunęli się na najwyższy stopień podium, czyli umiejętność wygrywania. Jednak przed MŚ atmosfera w zespole była średnia, Paweł Abramow narzekał nawet na to, że on i koledzy przestali czerpać przyjemność z gry w siatkówkę.

Turniej siatkarze Gajicia rozpoczęli od bolesnej - 0:3 - porażki z Serbią, ale potem wygrali już wszystkie mecze. Jak zwykle nie zachwycają stylem, czasem grając wręcz prymitywnie. Porażka z Polską praktycznie wyeliminuje ich z turnieju.

- Z Rosją Gajicia grałem dwa razy i dwa razy przegrałem - mówi trener Lozano. - Nie wiem, jak będzie teraz, ale jednego jestem pewien - mam już inną drużynę. Z nią Gajić się jeszcze nie spotkał.

Optymizmem i entuzjazmem emanuje też Alojzy Świderek. - Przyznaję, że meczu z Kanadą autentycznie się obawiałem, bo zawodnicy wyczekiwali już decydujących spotkań, a dzisiaj ewentualna porażka byłaby katastrofą - mówił II trener kadry. - Był niepokój, ale odszedł. Teraz przed Rosją i Serbią obaw już żadnych nie mam. Żadnych. Chciałbym, żeby mecz potrwał wreszcie długo, bo nasi siatkarze nie pękną. A jak nie pękną, będzie dobrze.

Polska pobiła Rosję

Korespondencja z Sendai Rafał Stec
2006-11-28, ostatnia aktualizacja 2006-11-28 21:59

Siatkarze w półfinale mistrzostw świata! Pobili faworyzowaną Rosję, choć przegrywali 0:2 w setach. - Żadna inna drużyna świata, by się dzisiaj nie podniosła - wychrypiał Daniel Pliński. I stracił głos

Zobacz powiekszenie
Fot. Kuba Atys / AG
''Wygraliśmy!!!'' - krzyczy Łukasz Kadziewicz. Obejmujący go Paweł Zagumny tylko się uśmiecha


Środkowy reprezentacji już wcześniej raczej ruszał ustami, niż mówił, bo jego mięśnie i stawy heroiczny bój z Rosją wytrzymały, ale struny głosowe - nie.

- Na początku wpierniczyli nam nieprawdopodobnie, a ja nie potrafiłem się z tym pogodzić - opowiadał. - Kiedy trener brał czas, po prostu wrzeszczałem. Tak pragnę medalu, że włożyłem w mecz wszystko, całą energię, jaka we mnie tkwiła. Może nawet więcej. 32 lata temu w finale igrzysk w Montrealu ZSRR też został pokonany 3:2 i ja wierzę, że teraz powtórzymy sukcesy drużyny Wagnera.

Pliński pamiętać ich nie może. Urodził się w 1978 roku, cztery lata po złocie mistrzostw świata i dwa lata po złocie igrzysk olimpijskich legendarnej drużyny. Potem polska reprezentacja gasła. Na podium najważniejszych globalnych imprez nie stanęła już nigdy, zdołała jeszcze tylko zebrać kilka sreber mistrzostw Europy. Od 1983 roku nie zdobyła medalu na jakimkolwiek prestiżowym turnieju.

Nie zabiją, to wzmocnią

Teraz wreszcie polscy siatkarze dotarli - na razie - do półfinału, choć długo wydawało się, że sprawdzi się prognoza trenera Raula Lozano. Argentyński trener Polaków bał się, że w razie niepowodzenia drużynę zmiecie tsunami prasowej i kibicowskiej krytyki. Zanim ktokolwiek otworzył usta, ruszyła jednak nawałnica rosyjska. Serwuje Semen Połtawski, po polskiej stronie siatki demolka, 4:0 dla rywali. Zdeprymowany Michał Winiarski schodzi z boiska, zdaje się kompletnie rozbity psychicznie.

Jeszcze wróci. I to z jaką pompą! Jego niepohamowana, obłędna radość pobudzi Polaków, a wytrąci z równowagi Rosjan.

Na razie jednak trwała kanonada rywali. Oni nie zwykli trwonić czasu na subtelności, ich pomysł na siatkówkę jest prosty: grzmocić w piłkę, ile sił natura dała. A dała sporo, każdy Rosjanin to drągal nawet wśród siatkarzy. Oni, kiedy już dopadną słabszego, nie spuszczają mu zwykłego manta, lecz serwują chłostę. Kiedy zbijał wspomniany Połtawski, odgłos zetknięcia się dłoni z piłką przebijał się przez harmider biało-czerwonej ciżby kibiców.

Zanosiło się na to co zwykle. Polacy rozpoczęli mistrzostwa znakomicie, pokonali tych, których mieli pokonać, a kiedy przyszło do starcia wagi ciężkiej, opuścili rękawice. Rok temu, podczas mistrzostw Europy w Rzymie, ich problem tak diagnozował słynny przed laty siatkarz Andrea Zorzi: Boją się. Wygrywają z teoretycznie słabszymi, bo nabrali pewności, że są lepsi. Z silniejszymi poddają się w szatni, bo czują się gorsi. Nie umieją przezwyciężyć siebie, swoich zahamowań i kompleksów.

Wczoraj powtórzyli to oglądający mecz Polski z Rosją Serbowie. - My nie mamy graczy lepiej wyszkolonych niż wy, ale mocniejszych mentalnie. Waszym potrzeba medalu, jednego medaliku, małego sukcesiku, który przesunie im pewne rzeczy w głowach - pocieszali polskich dziennikarzy, kiedy Świderski i spółka cierpieli po rosyjskich razach.

Ale cierpieć na boisku też trzeba umieć. Doskonale znane Raulowi Lozano hiszpańskie "sufrir" należy do kanonu nie tylko latynoskiego języka sportowego, a w prowadzonej przez Argentyńczyka reprezentacji Polski modne stało się motto "Co nas nie zabije, to nas wzmocni". Kłopoty istnieją po to, by sobie z nimi radzić. - Była przerwa, a ja odszedłem na bok, bo szalałem z wściekłości - opowiadał Łukasz Kadziewicz. - Chciałem to przezwyciężyć, nie zarażać kolegów złą energią - dodał środkowy. On, kiedy się odrodził, został jednym z bohaterów, fantastycznie grając blokiem i wyblokiem.

"Niemożliwe, co on wyrabiał..."

Polacy pewnie sami nie mieli pewności, jak zareagują na zły moment, bo do wtorku w tych mistrzostwach to oni torturowali rywali, nikomu nie oddając ani seta. We wtorek wszystko przytrafiło im się na tych mistrzostwach po raz pierwszy - olbrzymia presja, przygnębiająco słaby początek meczu, miażdżąca przewaga sławniejszych rywali, konieczność zmian w składzie i zrzucenie odpowiedzialności na barki rezerwowych.

Ale się udało. II trener Alojzy Świderek miał rację, pragnąc długiej batalii i dodając, że "nasi ludzie na pewno nie pękną". Lozano też miał rację, kiedy uspokajał, że przywiózł do Japonii 12 dobrze wytrenowanych i taktycznie przygotowanych atletów, że dzielenie grupy na gwiazdy i zaplecze byłoby sztuczne i niesprawiedliwe. Dotychczas fantastycznie spisywali się Mariusz Wlazły i Sebastian Świderski, wczoraj nad strzelisty rosyjski blok wzbili się Grzegorz Szymański i Piotr Gruszka. Ten pierwszy pokazał, że na rosyjski kaliber można odpowiedzieć wcale mu nie ustępującym polskim, a blokujące wielkoludy niekoniecznie imponują refleksem.

- To niemożliwe, co on wyrabiał... Wciąż nie mogę wyjść z szoku. Stać dwa i pół seta wśród rezerwowych, wejść i rozwalić Rosjan? Grzesiek zagrał niesamowicie. Jestem w szoku, naprawdę - wyrzucał z siebie Wlazły, konkurent Szymańskiego na pozycji atakującego.

Gruszka był cichym bohaterem, bo choć jego statystyki nie oszałamiają, to zdobywał punkty w istotnych akcjach, a kiedy miał marne szanse na skuteczne zbicie, zachowywał się bardzo rozważnie, trącając lekko piłkę, byle ją przerzucić nad siatką i nie oddać punktu za darmo. To przede wszystkim on, Szymański i Kadziewicz stopniowo uciszali rosyjskie tsunami, a w piątym secie proroczymi okazały się już typy japońskiej telewizji, że "Polacy staną się okiem cyklonu". I rzeczywiście, gracze Lozano spuszczających głowy rywali z boiska zdmuchnęli.

Triumfujący Kadziewicz rzucił po meczu, że wtorkowa data przez następne 30 lat będzie miała czerwoną kartkę w kalendarzu. Oby się mylił. Przecież historia będzie się działa dopiero w niedzielę. Wtedy w Japonii rozdadzą medale.
Polska niepokonana! Polska - Serbia 3:0
ACM
2006-11-29, ostatnia aktualizacja 2006-11-29 12:52

Polscy siatkarze rozbili Serbię i Czarnogórę 3:0 i są jedyną niepokonaną drużyną na mistrzostwach świata w Japonii! Zwycięstwo oznacza, że Polacy w drodze do finału jako zwycięzcy grupy E trafią na Bułgarię, która zajęła 2. miejsce w grupie F. Podwójną okazję do radości ma Michał Winiarski, którego żona urodziła we wtorek po południu synka

Zobacz powiekszenie
Fot. Kuba Atys / AG
Polska - Serbia i Czarnogóra 3:0
Mariusz Wlazły dyskutuje z Ivanem Milijkoviciem. Za nim Piotr Gacek, Sebastian Świderski, Daniel Pliński, Paweł Zagumny

Polska - Serbia i Czarnogóra 3:0 (28:26, 25:19, 25:19)


Polska: Winiarski, Wlazły, Zagumny, Kadziewicz, Pliński, Świderski, Gacek (libero) oraz Grzyb

Serbia i Czarnogóra: N. Grbić, V. Grbić, Milijković, Vujević, Bjelica, Gerić, Samardżić (libero) oraz Boszkan, Nikic, Podraszanin

- Powiem szczerze, że nie spodziewaliśmy się, że dziś będzie tak łatwo - powiedział drugi trener Polski Alojzy Świderek. - Jest to jednak już dziewiąty mecz w tych mistrzostwach i obie drużyny odczuwają trudy turnieju, choć jak widać Serbowie są bardziej zmęczeni niż nasi zawodnicy. To już nie był ten sam zespół, który zachwycał wirtuozerią gry w spotkaniu przeciwko Rosji. Bardzo się cieszymy z tego zwycięstwa i z tego, że zajęliśmy pierwsze miejsce w grupie - dodał trener Świderek.

Polacy nie dali się zdeprymować chłodnemu profesjonalizmowi Serbów, który właściwie był widoczny tylko w pierwszym secie. Przeciwnicy cały czas grali równo z Polakami, ale ataki Mariusza Wlazłego i świetna gra blokiem nie pozwoliła Serbom objąć wyraźnej przewagi. Wojna nerwów w końcówce - dwa niewykorzystane setbole Serbów - tez zakończyła się pomyślnie dla Polaków. Dwa ostatnie punkty zdobył Wlazły i Polacy wygrali 28:26.

W drugim secie Serbowie popełniali wiele błędów. Zupełnie nieskuteczny był Ivan Milijković, którego Polacy blokowali raz po raz. Polacy przez całą partię utrzymywali przewagę przynajmniej trzech punktów, a skończyli zwycięstwem 25:19.

Serbowie "postawili się" jeszcze raz w połowie trzeciego seta. Polacy od początku utrzymywali prowadzenie dzięki błędom przeciwników i świetnej grze Michała Winiarskiego. Gdy jednak Polacy trochę się rozluźnili, Serbowie zdobyli nikłą przewagę w połowie seta. Po chwili jednak przeciwnicy znów zaczęli popełniać błędy, świetnie wykorzystywane przez Wlazłego i Kadziewicza. Formę w końcówce odzyskał słabiej spisujący się w całym meczu Sebastian Świderski. Zupełnie rozbici rywale ułatwili Polakom zadanie popełniając w ostatnich piłkach indywidualne błędy.

Mecz z czołowym zespołem świata ostatnich lat Serbią i Czarnogórą przypominał te wszystkie z pierwszej rundy, kiedy zespół trenerów Raula Lozano i Alojzego Świderka ogrywał rywali w sposób bardzo łatwy, jak się mówią siatkarze "w godzinę z prysznicem."

Michał Winiarski: Mecz dedykuję swojemu małemu synkowi. No i żonie, bo to ona mi go urodziła - z uśmiechem mówił po meczu Michał Winiarski. Synek reprezentanta Polski urodził się we wtorek po południu.

W półfinale z Bułgarią

Polacy wygrali grupę E i w półfinale zagrają z drugą w grupie F Bułgarią. Serbia również awansowała do półfinału, w którym czeka ja trudnejsze zadanie niż na biało-czerwonych - zagra z głównym faworytem mistrzostw, Brazylią.

- Wydaje się, że z dwóch drużyn, które awansowały z grupy F Bułgaria jest łatwiejszym przeciwnikiem, choć w tej fazie nie można mówić o słabszych zespołach - powiedział Alojzy Świderek. - Jednak Brazylia jak zawsze wielka, umie grać pod presją i nie wyobraża sobie innego miejsca niż pierwsze. Plus ich ogromne doświadczenie i zdobyte tytuły zawsze robią wrażenie. Dlatego Bułgaria wydaje się dla nas wygodniejszym przeciwnikiem - dodał II trener Polaków.

Polska - Serbia i Czarnogóra set po secie

I set: Początek dla Serbów, ale Polacy prowadzili 3:2 po pierwszych piłkach. Serbowie grali jednak dobrze w bloku i po kilku chwilach remisowali 5:5. Na pierwszą przerwę techniczną Polacy dzięki świetnej grze w bloku i dobrych atakach Mariusza Wlazłego Polacy schodzili prowadząc 8:6.

Serbowie jednak nie próżnowali - mecz był bardzo wyrównany. W odbiorze i ataku dobrze spisywał się Łukasz Kadziewicz a Wlazły nadal nękał przeciwników świetnymi atakami. Gorszą formę prezentował Sebastian Świderski. Bój był zacięty, a wynik cały czas remisowy - w połowie seta 13:13. Polacy jednak kapitalnie blokowali i na drugą przerwę techniczną schodzili z prowadzeniem 16:13.

Polacy stracili przewagę - dwa razy wybili piłkę w aut, raz blokiem, a raz po zagrywce Vujevicia. Jednak nadal świetnie atakował Wlazły. Trzy akcje Milijkovicia i Serbowie wyszli na prowadzenie 18:17. Popełniali jednak błędy, a Świderski doskonale zablokował atakującego Milijkovicia i było 20:18 dla Polski. Serbowie doprowadzili jednak do remisu 21:21. Wlazły nadal szalał w ataku, ale Serbowie wyszli na prowadzenie 23:22. W kluczowym momencie Zagumny dotknął siatki i dał pierwszy setbol Serbom. Nie wykorzystali go jednak, dotykając siatki, chwilę potem zablokowali w aut atak Wlazłego.

Końcówka była nerwowa. Remis 25:25, krótka piłka Plińskiego i setbol dla Polski. Piłka po siatce i znów remis. Wlazły po rękach Serbów i znów setbol, tym razem wykorzystany przez Wlazłego.

II set: Otwarcie dla Polski - po pierwszych piłkach 3:1. Michał Winiarski pięknie sam zablokował serbski atak, a po chwili sam świetnie zaatakował. Nasi kapitalnie blokowali i było już 6:3. Tuż przed przerwą techniczną Gerić zaatakował w aut i było 8:5 dla Polski.

Dobrze w ataku grał Daniel Pliński, Polacy świetnie blokowali i było już 10:6. Dobry atak Wlazłego, Boszkan w aut i 12:7. Błędy w serwisie z obu stron - Wlazły w siatkę, Bjelica w aut. Po chwili kapitalna krótka Kadziewicza i 14:9. Kapitalna gra w bloku - przy drugiej przerwie technicznej Polacy prowadzili 16:10.

Po przerwie nadal świetnie grał Wlazły, popisał sie udaną kiwką. Milijković nadal nie mógł się przebić przez polski blok. Atomowy atak Kadziewicza i 20:14 dla Polski. Potem jednak nastąpiły dwa nasze błędy i Serbowie odrobili dwa punkty. Świderski znów zablokował Milijkovicia po trudnej akcji, a za chwilę ładnie zaatakował środkiem. Wojciech Grzyb wszedł za Plińskiego. Serbowie w aut i 23:18 dla Polski. Wlazły i setbol. Gerić i punkt dla Serbów, ale zagrał w siatkę i oddał seta Polakom.

III set:

Vujević zdobył pierwszy punkt dla Serbów. Błędy Serbów i prowadzenie 3:1 dla Polski. Przeciwnicy nadal popełniali błędy i Polacy nadal mieli prowadzenie 6:3. Winiarski po rękach Serbów i 8:4 dla Polski przy pierwszej przerwie technicznej.

Grzyb świetnie zaatakował w środek. Serbowie zaczęli powoli zmniejszać przewagę naszych siatkarzy i w końcu doprowadzili do remisu 10:10 i prowadzenia 12:11. Jednak Polacy nie zasypywali gruszek w popiele i wyszli z powrotem na prowadzenie 14:12. Błąd Samardżicia i na drugiej przerwie technicznej prowadzenie Polaków 16:12.

Serbowie jednak nie poddawali się. Zdobyli trzy punkty pod rząd, ale po ataku Winiarskiego Polacy nadal prowadzili dwoma punktami (17:15). Grzyb znów dobrze zaatakował, zaraz po nim niesamowicie zaatakował Wlazły, przebijając piłkę nad Milijkoviciem. Po chwili daleki aut Vujevicia i 20:16 dla Polski.

Winiarski świetnie w bloku, znów pomyłka Vujevicia w zagrywce i 22:17! I znów aut Serbów! Grzyb w aut. Podraszanin zagrywa w siatkę i piłka setowa dla Polaków, Serbowie w aut i MECZ DLA POLSKI!

Statystyki meczuPolskaSerbia i Czarnogóra
Punkty ogółem7864
Z ataku3941
Po bloku136
Z zagrywki43
Po błędzie rywala2214


Polska w półfinale! Polska - Rosja 3:2,
Wielkie widowisko - Polska w półfinale!
ACM
2006-11-28, ostatnia aktualizacja 2006-11-30 15:32

Od załamania do euforii - takich emocji dostarczyli dziś polscy siatkarze. Najważniejsze jednak, że po wspaniałej grze pokonali Rosjan 3:2 i są już w strefie medalowej mistrzostw świata. To pierwsze tak ważne zwycięstwo nad Rosją od pamiętnego finału igrzysk w Montrealu w 1976 r. Wtedy drużyna Huberta Wagnera też pokonała Rosjan po pięciu setach. Powtórka meczu dziś w Polsacie Sport o 17.20 i o 20.30 w Polsacie

Zobacz powiekszenie
Fot. Kuba Atys / AG
Polska - Rosja 3:2
Paweł Zagumny i Grzegorz Szymański kłócą się z Aleksiejem Kazakowem i Semenem Połtawskim po bloku tego pierwszego. W tle Michał Winiarski i Daniel Pliński
Polska - Rosja 3:2 (19:25, 19:25, 25:22, 25:19, 15:11)

Polska: Zagumny (1 pkt), Wlazły (12), Kadziewicz (16), Pliński (11), Świderski (4), Winiarski (8), Gacek (libero) oraz Bąkiewicz (1), Żygadło, Gruszka (7), Szymański (16)

Rosja: Grankin, Połtawski (19), Kazakow (13), Kuleszow, Kosariew, Abramow (15), Wierbow (libero) oraz Makarow, Wołkow, Dinejkin

- Siłą polskiego zespołu jest bardzo długa ławka rezerwowych - mówił przed meczem słynny argentyński gracz Marcos Milinković. Były to słowa prorocze. W trudnych i decydujących momentach spotkania ważną rolę odegrali m.in. Piotr Gruszka i Grzegorz Szymański, którzy zastąpili słabiej spisujących się we wtorek kolegów z wyjściowego składu.

Przegrane wyraźnie dwa pierwsze sety, nerwy w trzecim, w czwartym zdecydowana przewaga i spokój Polaków. A w tie-breaku rewelacyjna gra całego zespołu - tak krótko można opisać postawę biało-czerwonych w meczu z Rosją.

- To jest właśnie to nowe oblicze polskiej drużyny, która walczy do końca, bo zrozumiała, że dwa sety to za mało, aby wygrać mecz. Rosjanie za wcześnie zobaczyli siebie w półfinale i to ich zgubiło. Mamy chłodne głowy, wierzyliśmy do końca - stwierdził po meczu trener Polaków Raul Lozano.

Było źle, bardzo źle - skończyło się awansem

W dwóch pierwszych partiach Polacy grali źle, bardzo źle. Próbowali wprawdzie dotrzymać kroku Rosjanom, ale ci wygrali grając bardzo mocno zagrywką i w ataku rozbijali szeregi drużyny Raula Lozano. W zespole Rosjan nie do zatrzymania byli Połtawski, Abramow i Kosariew. Zupełnie z blokiem rywali nie radził sobie as atutowy Polski - Sebastian Świderski

W trzecim secie Polacy przełamali się i powoli zaczynali "grać swoje". Rosjanie zagrali dość niefrasobliwie, a Polacy byli coraz skuteczniejsi i skoncentrowani. Dobrym pociagnięciem okazała się zmiana Grzegorza Szymańskiego za Świderskiego.

Czwarty set był wojną nerwów. Rosjanie byli coraz bardziej rozkojarzeni, a Polacy wprawdzie też zdenerwowani, ale grający bez kompleksów i w swoim stylu, stylu z poprzednich meczów MŚ. Coraz większe nerwy udzielały się także trenerowi Rosjan Zoranowi Gajiciowi, który wciąż prosił o czas. Nic to jednak nie pomogło - Polacy wygrali do 19.

Tie-break był już tylko pokazem świetnej gry Polaków. Doskonale spisywali się Kadziewicz, Szymański i Wlazły. Grali nie tylko efektownie ale i skutecznie. Rosjan zupełnie zjadły nerwy i mimo prób nie zdołali odrobić więcej niż dwóch punktów przewagi. Skończyło się zwycięstwem Polski 15:11 i awansem do półfinału.

Alojzy Świderek, II trener reprezentacji Polski: Wszyscy jesteśmy ogromnie szczęśliwi, zresztą widać było tą radość po ostatniej piłce. Cieszy nas bardzo nie tylko zwycięstwo, choć ono przede wszystkim, ale również gra i to, że potrafiliśmy się podnieść po dwóch słabszych setach. Nie jest tak, że na trzeci set wyszła zupełnie odmieniona drużyna. Już w drugim secie zaczęliśmy powoli swoje, a kulminacja była w partii trzeciej i kolejnych. Jest to ukoronowanie naszej dotychczasowej pracy. Zrobiliśmy krok, którego do tej pory nam brakowało.

Statystyki meczuPolskaRosja
Punkty ogółem103102
Z ataku5859
Po bloku1518
Z zagrywki35
Po błędzie rywala2721


Statystyki indywidualnePolskaRosja
Najlepszy zawodnik w atakuGrzegorz Szymański (13)Pawel Abramow, Semen Połtawski (15)
Najlepszy zawodnik w blokuŁukasz Kadziewicz (6)Aleksandr Kosariew (5)
Najlepszy zawodnik w zagrywceŁukasz Kadziewicz (2)Siergiej Grankin (2)
Z Serbami o zwycięstwo

W środę Polska rozegra ostatnie spotkanie drugiej fazy mistrzostw w grupie E z Serbią i Czarnogórą.

- Znów zagramy o zwycięstwo, nie będziemy kalkulować, z którego miejsca w grupie bardziej opłaca nam się wyjść. Zawsze teoretycznie lepiej jest awansować z miejsca pierwszego. Ale tak jak mówią, nie zamierzamy kalkulować, jutro gramy o zwycięstwo z Serbami - podsumował trener Świderek.

Polska - Rosja: zapis relacji na żywo

I set:Pierwsze trzy punkty dla Rosjan. Polacy grali bardzo niepewnie w przyjęciu i Raul Lozano od razu poprosił o czas. Pierwszy punkt dla Polski (na 1:4) zdobył Sebastian Świderski po bloku Rosjan w aut. Rosjanie prowadzili już 5:1, ale dwa kolejne błędy dały dwa punkty dla Polski. Polacy otrząsnęli się i wrócili do meczu, ale mimo to na pierwszą przerwę techniczną schodzili przegrywając 4:8. Świetną partię rozgrywał Semen Połtawski, którego atomowe zagrywki sprawiały wielkie problemy Polakom.

Po przerwie Grankin zaserwował w siatkę. Chwilę później jednak Świderski zagrał w aut, ale po chwili Rosjanie znów zepsuli zagrywkę - już trzecią w meczu. Winiarski chwilę później zrobił jednak to samo i było już 6:10. Obudził się Mariusz Wlazły, który wykonał dwa świetne ataki. Polacy mieli jednak kłopoty z atakami Rosjan i cały czas mieli do nich kilka punktów straty. Doskonale grał Wlazły, który nie bał się wysokich piłek i to on zdobywał większość punktów z ataku. Mimo to Polacy nie mogli się przedrzeć przez doskonały blok Rosjan. Na drugą przerwę Polacy schodzili znów przegrywając - tym razem 11:16.

Punkt po taśmie Rosjan i ataku Wlazłego i Polacy odrobili dwa punkty, ale Połtawski świetnie dawał sobie radę z polskim blokiem. Rosjanie prowadzili już 19:13, ale wtedy Polacy zdobyli trzy punkty z rzędu i Zoran Gajić poprosił o czas. Rosjanie nie dali się jednak podejść psychologicznie i po kilku chwilach prowadzili już 22:17. Świderski świetnie przebił się przez blok rywali, ale zaraz zepsuł serwis. Chwilę później Kadziewicz zaserwował w aut i Rosjanie mieli już piłkę setową, którą natychmiast wykorzystali.

II set:Drugi set rozpoczął się od punktu Rosjan, ale po chwili kapitalnie zaatakował Łukasz Kadziewicz. Chwilę później Grankin "kiwnął", ale zaraz źle rozegrał. Polacy postanowili iść "łeb w łeb" z Rosjanami. Najlepszym Polakiem na boisku był niewątpliwie doskonale atakujący Mariusz Wlazły. Jednak nasi siatkarze byli często bezradni wobec ataków Połtawskiego i Kosariewa, ale tego pierwszego z czasem udawało się zablokować. Na pierwszą przerwę techniczną siatkarze schodzili przy prowadzeniu Rosjan 8:6.

Po przerwie Rosjanie odskoczyli Polakom na cztery punkty i kontynuowali świetną grę w bloku. Nasi siatkarze szczególnie bezradni byli przy pojedynczym bloku. Jednak Kadziewicz i Wlazły postarali się o zniwelowanie przewagi rywali do trzech punktów i było już 9:12. Zdenerwowanie Kadziewicza doprowadziło do szkolnego błędu - przekroczenia linii. Niestety - na drugą przerwę techniczną Polacy znów schodzili przegrywając 11:16.

Rosjanie w dalszym ciągu utrzymywali przewagę, ale Polacy starali się dotrzymywać im kroku. Nerwy dały jednak o sobie znać i nasi siatkarze popełniali błędy w zagrywce i w odbiorze. Rosjanie cały czas utrzymywali przewagę czterech - pięciu punktów. A Połtawski radził sobie świetnie w ataku, umiejętnie kierując piłki w pole oraz powodując bloki Polaków w aut. Trener Lozano wziął czas, ale to nic nie pomogło - chwilę później Rosjanie prowadzili już 22:15. Nasi próbowali odrobić stratę i udawało się coraz lepiej - brylowali Kadziewicz i Pliński. Trzy punkty z rzędu i przewaga Rosjan stopniała z 22:15 do 22:18. Rosjanie jednak wciąż fenomenalnie grali w bloku, szczególnie ogromny Kazakow. Dwa punkty Rosjan zdobyte z bloku i nasi rywale już mieli setbola. Polacy zdążyli jeszcze zdobyć punkt, ale drugą partię przegrali również 19:25.

III set:Pierwsze trzy punkty w trzecim secie dla Polaków. Rosjanie rozpoczęli nerwowo i popełniali sporo błędów. Bardzo dobrze set rozpoczęli Daniel Pliński i Michał Winiarski. Rywale jednak szybko się otrząsnęli i po kilku chwilach było już tylko 4:3 dla Polski. Polacy cały czas starali się utrzymywać przynajmniej wątłą przewagę jednego punktu. Łukasz Kadziewicz świetnie zagrał w kontrataku i zdobył punkt na 6:4, ale Abramow za chwilę odrobił jeden punkt dla Rosjan. Trzy sprawne bloki rywali i przewaga Polaków przestała istnieć. Na pierwszą przerwę techniczną Rosjanie znów schodzili z prowadzeniem - tym razem 8:7.

Pierwszy atak Kadziewicza i remis 8:8, ale zaraz przewagę dla Rosjan pięknym atakiem zdobył Kosariew. Po chwili zagrywka Kazakowa i 8:10, ale za chwilę po rękach Rosjan atomowo zaatakował dopiero co wprowadzony Grzegorz Szymański. Polacy szli cały czas równo z Rosjanami. Szymański świetnie wyczuwał blokujących Rosjan. Polacy prowadzili już 13:11, ale Rosjanie dzięki Połtawskiemu znów zremisowali i zaraz objęli prowadzenie po ataku Kosariewa. Zaraz jednak Polacy znów zremisowali i znów objęli prowadzenie po potrójnym bloku - za chwilę było już 16:14 dla Polaków.

Widać było, że Rosjanie trochę się pogubili. Grankin zepsuł zagrywkę, ale dalej było tylko 18:17 dla Polaków. Po chwili Gruszka doskonale ściął po skosie. Chwilę potem atak Kadziewicza i 20:18 dla naszych. Rosjanie postanowili wzmocnić atak i wprowadzili na boisko Wołkowa i Dinejkina. Raul Lozano poprosił o czas. Rosjanie złapali drugi oddech, a Polacy zaczęli popełniać błędy. Po chwili jednak "kiwka" Plińskiego i 22:20 dla Polaków. Rosjanie przy stanie 23:22 zrezygnowali z rozgrywającego. Winiarski zaatakował środkiem i mieliśmy pierwszego setbola dla Polaków. Blok Rosjan w aut i Polacy wygrywają seta 25:22.

IV set: Pierwszy punkt znów dla Polski, ale zaraz świetnym atakiem odpowiedział Kosariew. Dobrym posunięciem było wprowadzenie na boisko Szymańskiego, który grał z każdą minutą coraz lepiej - zdobył dwa punkty, drugi po długiej wymianie piłek. Rosjanie w nerwach zaczęli popełniać błędy, a Polacy coraz lepiej grali w bloku. Przy stanie 6:3 dla Polaków Gajić poprosił o czas. Poprawili grę - najpierw zaatakował Abramow, potem do bloku świetnie wyszedł Grankin i było 5:6. W końcu Rosjanie zdobyli trzy punkty, a Polacy tylko jeden. Przerwa techniczna i 8:7 dla Rosjan.

Zepsuty serw Grankina, atak Połtawskiego, jego błąd i remis 9:9. Połtawski jeszcze raz zaatakował, ale kapitalnie zablokował go Łukasz Kadziewicz. Nerwy w drużynie rosyjskiej dały o sobie znać i Polacy prowadzili po chwili już 12:9. Atak Gruszki i 13:9.

Na boisko wrócił Mariusz Wlazły, a Grzegorza Szymańskiego zmienił Łukasz Żygadło. Próba kiwki Rosjan, kiwka Polaków i 15:11 dla Polski. Jeszcze kapitalna akcja Gacek - Winiarski i na drugą przerwę techniczną Polacy schodzili prowadząc 16:12. Z powrotem na boisku pojawili się Szymański i Zagumny. Atak Abramowa, blok Polaków i pięć punktów prowadzenia Polaków - 17:12! Zoran Gajić poprosił o czas - na jego twarzy widać było skrajne zdenerwowanie.Rosjanie odrobili aż trzy punkty i było 18:16 dla Polski. Rosyjscy siatkarze zaczęli jednak agresywnie się zachowywać - gestykulowali w stronę Polaków. Nic im to jednak nie pomogło - już za chwilę Szymański znów zapewnił Polakom prowadzenie. Długa wymiana piłek - akcja meczu w której cudów dokonywał Werbow, ale atak Połtawskiego zablokował Winiarski. Za chwilę zaatakował i było już 21:17 dla Polaków. Połtawskiego zastąpił na boisku Dinejkin, któremu efektowną "czapę" założył Kadziewicz - było 22:18. Po chwili Rosjanie w aut i 23:18. Błąd Dinejkina - piłka na siatce i setbol dla Polaków! Punkt dla Rosji, ale po chwili Łukasz Kadziewicz i 25:19 dla Polski!

Tie-break: Set rozpoczął się długą wymianą piłek, zakończoną świetnym blokiem Kadziewicza. Po chwili odpowiedź Kosariewa. Połtawski i 2:1 dla Rosjan. Gruszka zaatakował po rękach Rosjan i 2:2. Znów kapitalnie w bloku Kadziewicz, ale zaraz odbieramy w aut i 3:3. Szymański atakuje i jest 4:3. Kadziewicz zagrywa, Połtawski uchyla się, piłka trafia go w plecy i wychodzi w aut - 5:3 dla naszych! Gajić bierze czas. Coraz większe nerwy Rosjan.

Polaków zresztą też - Kadziewicz psuje zagrywkę. Po chwili to samo robi Grankin. Abramow atakuje i jest 6:5 dla Polski. Szymański po skosie i 7:5, Abramow po rękach Polaków i 7:6. Po chwili udany blok Polaków i już 8:6 dla naszych. Znów Szymański i 9:6! Kosariew odrabia jeden punkt, ale zaraz Gruszka świetnie atakuje w środek i 10:7. Na boisku znów Mariusz Wlazły - zmienił Zagumnego. Kiwka Grankina i 10:8. Żygadło wchodzi za Szymańskiego. Wlazły udanie przez blok Rosjan - 11:8 i zaraz 12:8. Gajić znów bierze czas. Rosjanie prawie nie istnieją na boisku.

Zaraz jednak atakuje Kuleszow i 10:9. Dinejkin za Grankina. Wlazły i 13:9! Brakuje tylko dwóch punktów. Grankin wrócił na boisko i okiwał polski blok, ale po chwili zepsuł serwis. Meczbol dla Polski...Szymański, Zagumny i Połtawski na boisku. Znów kiwka Grankina! Po chwili zamieszanie na boisku, atak Polaków...TAK! POLSKA W PÓŁFINAŁACH!
niedziela, 26 listopada 2006
Skandal, skandal, skandal. Rywal Diablo Włodarczyka chce rewanżu
Radosław Leniarski
2006-11-26, ostatnia aktualizacja 2006-11-26 22:14

Krzysztof Włodarczyk pokonał na punkty Steve'a Cunninghama w kontrowersyjnych okolicznościach. Amerykanin chce poskarżyć się do IBF i żąda natychmiastowego rewanżu.

Zobacz powiekszenie
Fot. Bartosz Bobkowski / AG
 

Wchodząc na konferencję, Richie Giachetti, trener Cunninghama zabrał pas leżący przed Włodarczykiem i przesunął do Cunninghama. - Tak powinno być. To prawdziwy mistrz - powiedział trener Amerykanina.

30-letni Cunningham (19 zwycięstw, 1 porażka, 10 nokautów) i Giachetti, a na dodatek José Gonzalez, przedstawiciel promotora Dona Kinga, oburzali się na organizatorów.

- Polski sędzia punktowy [Włodzimierz Kromka] konferował przed walką z promotorem. To skandal! Promotor siedział z sędziami i podawał wyniki trenerom Polaka. Następny skandal! Nikt nie przeprowadził kontroli antydopingowej. Skandal! Zmienili sędziego punktowego w ostatniej chwili, na polskiego debiutanta bez akredytacji IBF. Skandal! Zmusili nas do walki w rękawicach, których nie używaliśmy od lat, a jak zażądaliśmy przepisów, przynieśli nam napisane ręcznie następnego dnia. Co to, k..., jest?! - Gonzalez był naprawdę wkurzony. - Dzwoniłem do Dona Kinga. Piszemy skargę do IBF z żądaniem natychmiastowego rewanżu w USA.

- Warszawa to piękne miasto, a Polacy są wspaniali i powinni wstydzić się tego, co się stało. A mówili mi: Po co tam jedziesz. Przecież obrobią cię tam. Ale cóż, bokser jedzie tam, gdzie mu każą walczyć - stwierdził Cunningham.

- Mówcie, co chcecie, jestem mistrzem świata - skwitował sytuację 25-letni Włodarczyk (teraz 37 zwycięstw, 1 porażka, 27 nokautów).

Włodarczyk: Mogę mówić "Jestem mistrzem"

PAP
2006-11-26, ostatnia aktualizacja 2006-11-26 15:39

Spełniło się moje wielkie marzenie o tytule mistrza świata potężnej organizacji bokserskiej - mówił 25-letni Krzysztof "Diablo" Włodarczyk po zdobyciu pasa IBF w wadze junior ciężkiej.


Włodarczyk w Warszawie wygrał w sobotni wieczór na punkty z Amerykaninem Steve'm Cunninghamem. Sędzia z USA - Charles Dwyer przyznał zwycięstwo rodakowi 119:109, Niemiec Wallfried Rollert ogłosił, że lepszy był Włodarczyk 116:112, podobnego zdania był Włodzimierz Kromka 115:113.

- Spełniło się moje wielkie marzenie o tytule mistrza świata potężnej organizacji bokserskiej. Wreszcie mogę powiedzieć o sobie, że jestem mistrzem - cieszył się Włodarczyk.

Trudno natomiast dziwić się kwaśnej minie Cunninghama. - Werdykt był niesprawiedliwy. Włodarczyk to dobry bokser, ale w żadnym wypadku mnie nie pokonał. Spójrzcie na mnie: czuję się dobrze, jestem gotowy rywalizować przez kolejne dwanaście rund - mówił 30-latek z Filadelfii, który poniósł pierwszą porażkę w karierze.

Włodarczyk ma na koncie 37 wygranych i jedną przegraną. W niedzielne popołudnie czekał na niego w rodzinnym domu w podwarszawskim Piasecznie świąteczny obiad. - Serce skakało mi do gardła, bowiem były momenty, kiedy przeciwnik trafił Krzyśka po dole i w prawe ucho. Ma je teraz aż fioletowe. Ale byłam pewna wygranej, ponieważ cały czas ganiał rywala po ringu. Cunningham ograniczał się do klinczowania, nie mógł zagrozić Krzyśkowi - powiedziała pani Bożena, matka pięściarza.

Równie mocno występ swego syna przeżył Krzysztof Włodarczyk senior. - Dochodzę do siebie po tym stresie. Syn był trochę zawiedziony, że nie wygrał przed czasem, jednak pokazał, że świetnie się przygotował i jest pięściarzem z najwyższej półki. Liczy się wynik. Cunningham był bardzo elastyczny, potrafił i uderzyć, i odskoczyć. Naprawdę dobry przeciwnik - powiedział.

Trener Włodarczyka Fiodor Łapin jeszcze raz zwrócił uwagę na pracę sędziów i na kwestie związane z punktowaniem w boksie zawodowym. - Pierwotnie miało być czterech sędziów z Ameryki. Można sobie wyobrazić, jaki wydaliby werdykt patrząc po punktowaniu Dwyera - powiedział. - Nie do końca Krzysztof realizował zadania taktyczne, ale rywal był bardzo dobry. Włodarczyk zgodnie z planem zadawał ciosy na korpus, wchodził w półdystans i w tym momencie popełniał stare błędy. Trzeba przyznać, że Cunningham świetnie bronił, wyczuwał ciosy, widać, że rozpracował Krzyśka. Spodziewaliśmy się jego gorszej obrony. Umiejętnie klinczował, czego nie robił we wcześniejszych walkach - wyjaśniał Łapin.

- Włodarczyk cały czas dążył do wygranej, dwanaście rund wytrzymał kondycyjnie bez zarzutu, choć były przestoje. Ale o tym zadecydowała klasa przeciwnika. Krzysiek miał parę świetnych akcji, a niektóre ciosy przestrzeliwał, bo źle stał na nogach. Gdyby sędziowie ogłosili remis lub jego przegraną, byłbym bardzo zdenerwowany - przyznał Łapin.

Do końca roku "Diablo" Włodarczyk będzie odpoczywał, a do treningów wróci w styczniu. Już trwają spekulacje, z kim mógłby spotkać się w pierwszej obronie pasa. Z pewnością ciekawe byłyby walki unifikacyjne z Amerykaninem O'Neilem Bellem (mistrz świata WBC i WBA) lub Walijczykiem Enzo Maccarinellim (WBO).

 

Krzysztof Włodarczyk mistrzem świata IBF

Radosław Leniarski
2006-11-26, ostatnia aktualizacja 2006-11-26 22:16

Krzysztof Włodarczyk pokonał na punkty Steve'a Cunninghama w kontrowersyjnych okolicznościach. Amerykanin chce poskarżyć się do IBF i żąda natychmiastowego rewanżu.

Kiedy spiker czytał werdykt, Włodarczyk klęczał, jakby modląc się o korzystny wynik. Albo o to, by nic się nie zmieniło, bo chyba go znał. Minutę wcześniej jego współpromotor, były sędzia piłkarski Piotr Werner, wyściskał na ringu całą ekipę Polaka i wycałował, dzieląc się dobrą nowiną, jaką bezwstydnie zdobył, podglądając przez całą walkę raporty sędziowskie.

Chcesz ten tytuł? Chcę

Gdy okazało się, że Włodarczyk niejednogłośną decyzją zdobył pas mistrza świata wagi junior ciężkiej jednej z najważniejszych federacji pięściarskich IBF, bokser wdrapał się na narożniki i pozdrawiał około dwóch tysięcy kibiców, którzy zaczekali w warszawskim Torwarze na koniec walki do 2 w nocy. - Kocham was, ludzie, naprawdę - wołał. - Gdyby Polska, Europa, świat miały więcej takich kibiców, mielibyśmy większe sukcesy - dodał enigmatycznie.

Miłość Włodarczyka kibice nie w pełni odwzajemnili. Widzieli z przebiegu walki, że Amerykanin jest bardziej ruchliwy, zadaje dużo więcej ciosów, wyprzedza akcje Polaka. Widzieli także to, że Włodarczyk zwleka ze swoim atakiem i choć idzie pochylony do przodu, choć osacza Cunninghama, to robi to bez zadawania mocnych ciosów.

Widzieli to także trenerzy Włodarczyka. - Krzysztof miał bić dużo więcej ciosów na tułów, po dwóch pierwszych udanych rundach nastąpił przestój, potem zdarzyło się ich kilka - mówił główny trener Polaka Fiodor Łapin.

Trenerzy mobilizowali Włodarczyka. - Krzyczeli do mnie: "Chcesz ten tytuł?". "Chcę" - ryczał Polak na konferencji, opisując, co działo się w środkowych rundach.

Ryczał też spiker. W nieznanym na światowych ringach stylu zagrzewał Włodarczyka do walki przez system nagłośnienia hali: - Diablo! Diablo! Diablo! Bij, Diablo, jeszcze minuta, jeszcze pół! Walcz!

W każdym razie trudno sobie wyobrazić, aby np. słynny Michael Buffer skandował przez megafony "Tyson, Tyson" w hali The Palace w Detroit, gdy Żelazny Mike bił Andrzeja Gołotę.

Lewa się nie prostowała

Kolejne rundy były bardzo wyrównane, ale jednocześnie mało wyraziste. Włodarczyk i Cunningham uderzali nieczysto, blokowali uderzenia gardą, dobrze ich unikali. Amerykanin uciekał przed Polakiem, umiejętnie trzymał dystans, wykorzystując olbrzymią przewagę w zasięgu ramion, bo ok. 14 cm. Gdy Włodarczyk skracał dystans, Cunningham odskakiwał, a jak nie miał gdzie, robił krok w przód i dochodziło do zwarcia i klinczu, w których Polak nie mógł zadać czystego ciosu. Trener Amerykanina Richie Giachetti pokazywał Cunninghamowi gesty - odskocz, urwij się mu, utrzymuj dystans, przejdź na środek ringu.

Na środku ringu zaś bujał się na nogach ruchliwy jak Pałac Kultury Włodarczyk. - Za bardzo chciałem go upolować - mówił Polak. - Bo w pierwszej rundzie trafiłem go mocno i poczułem, że może być mój. A potem nie mogłem uderzyć lewą, bo po prostu się nie prostowała - dodał Włodarczyk, który na pewno wygrał rundy: 1. - którą kończył mocnym, czystym lewym, 8. - kiedy przygważdżając Cunninghama przy linach, zadał kilka uderzeń, i prawdopodobnie 11. - kiedy dwukrotnie udało mu się mocno trafić lewą.

Mimo ataków Włodarczyka na tułów Amerykanina - jak powiedział trener Łapin za rzadkich - Cunningham do końca wyglądał świeżo jak nowalijka. Być może z powodu nieprzepisowo, kuriozalnie, bo niemal pod pachy podciągniętego ochraniacza.

Sędziowie punktowali charakterystycznie do wyrównanej, niewyrazistej walki, czyli z dużymi rozbieżnościami. Amerykanin Charlie Dwyer punktował 119:109 dla Cunninghama, a zwycięstwo 116:112 Włodarczyka dał Niemiec Wilfried Rollert i Polak Włodzimierz Kromka - 115:113.

Telefon do Dona Kinga

Wchodząc na konferencję, Giachetti zabrał pas leżący przed Włodarczykiem i przesunął do Cunninghama. - Tak powinno być. To prawdziwy mistrz - powiedział trener Amerykanina.

30-letni Cunningham (19 zwycięstw, 1 porażka, 10 nokautów) i Giachetti, a na dodatek José Gonzalez, przedstawiciel promotora Dona Kinga, oburzali się na organizatorów. - Polski sędzia punktowy [Kromka] konferował przed walką z promotorem. To skandal! Promotor siedział z sędziami i podawał wyniki trenerom Polaka. Następny skandal! Nikt nie przeprowadził kontroli antydopingowej. Skandal! Zmienili sędziego punktowego w ostatniej chwili, na polskiego debiutanta bez akredytacji IBF. Skandal! Zmusili nas do walki w rękawicach, których nie używaliśmy od lat, a jak zażądaliśmy przepisów, przynieśli nam napisane ręcznie następnego dnia. Co to, k..., jest?! - Gonzalez był naprawdę wkurzony. - Dzwoniłem do Dona Kinga. Piszemy skargę do IBF z żądaniem natychmiastowego rewanżu w USA.

- Warszawa to piękne miasto, a Polacy są wspaniali i powinni wstydzić się tego, co się stało. A mówili mi: Po co tam jedziesz. Przecież obrobią cię tam. Ale cóż, bokser jedzie tam, gdzie mu każą walczyć - stwierdził Cunningham.

- Mówcie, co chcecie, jestem mistrzem świata - skwitował sytuację 25-letni Włodarczyk (teraz 37 zwycięstw, 1 porażka, 27 nokautów).

81 porażek rywali

Polscy zawodnicy walczący przed pojedynkiem Krzysztofa Włodarczyka zmierzyli się z bokserami z Czech, z grupy Jana Telekiego. Siedmiu pięściarzy Telekiego po sobotniej gali miało bilans w sumie 4 zwycięstwa i 81 porażek. Dwóch z nich było debiutantami.
MU - Chelsea. Remis w bitwie gigantów
Michał Pol
2006-11-26, ostatnia aktualizacja 2006-11-26 22:44

W bitwie gigantów Manchester United zremisował na Old Trafford z Chelsea 1:1, a mógł wygrać 3:0. Louis Saha najpierw trafił do bramki "The Blues", a potem pomógł rywalom wyrównać.

Zobacz powiekszenie
Fot. Jon Super / AP
Louis Saha (z lewej) i Wayne Rooney


Po przebłysku geniuszu Sahy "Czerwone Diabły" prowadziły 1:0 i miały kilka okazji do podwyższenia wyniku, ale wszystkie zmarnowały. W 29. minucie francuski napastnik dostał piłkę przed polem karnym od Wayne'a Rooney'a i mimo że bramkę zasłaniali mu John Terry i Ricardo Carvalho, strzelił tuż obok słupka nie do obrony dla Carlo Cudiciniego. Błąd popełnił Carvalho, który był bliżej Francuza i źle go blokował.

Wydawało się, że Saha zostanie bohaterem i zrehabilituje się za niewykorzystany rzut karny we wtorkowym meczu Ligi Mistrzów z Celtikiem. Ale w drugiej połowie role się odwróciły. Tym razem Carvalho wystąpił w roli bohatera, fantastycznie uderzając piłkę głową po dośrodkowaniu z rzutu rożnego. Edwin van der Sar wyciągnął się jak długi i wypiąstkowałby piłkę, gdyby nie podbił mu jej głową Saha. "That's why we're champions! That's why we're champions!" (Dlatego jesteśmy mistrzami) - zawył na to sektor gości.

Ale MU powinno wtedy prowadzić już 3:0. Piłkarze Chelsea zagrali słabo. Tradycyjnie niewidoczny był Andrij Szewczenko, Michael Ballack i Didier Drogba wyróżnili się tylko brutalnymi faulami. Ale zawodzili też liderzy "Czerwonych Diabłów". Rooneyowi sił starczyło tylko na pierwsze 45 minut, Paul Scholes i Ryan Giggs lata świetności mają za sobą, a kupiony za 18 mln funtów Carrick mógłby czyścić buty Royowi Keane'owi, którego nieporadnie stara się zastąpić.

Po meczu obaj trenerzy uścisnęli się serdecznie, a Ferguson zaprosił Mourinho na szklaneczkę whisky. Obaj panowie zakopali bowiem topór wojenny podczas wspólnej kolacji na cele dobroczynne. Zamiast nich atmosferę podgrzewali piłkarze. John Terry twierdził, że aspiracje MU do mistrzostwa go śmieszą, bo jest pewien, że Chelsea obroni tytuł kilka kolejek przed końcem. Cristiano Ronaldo śmiał się za to, że MU wyprzedza "The Blues" w tabeli, bo po transferach Szewczenki i Ballacka to gorsza drużyna niż przed sezonem.

Portugalski skrzydłowy tradycyjnie wprowadzający na boisku mnóstwo zamieszania, z którego niewiele wynikało, nie dokończył spotkania. Zszedł przed końcem z bolącym kolanem po faulu Ashleya Cole'a i nie wiadomo, czy wystąpi w ostatniej kolejce Ligi Mistrzów z Benficą Lizbona.
Ronaldinho - reaktywacja geniusza
Dariusz Wołowski
2006-11-26, ostatnia aktualizacja 2006-11-26 16:09

Fantastyczny, magiczny, niewiarygodny, genialny - te i wiele podobnych przymiotników padło pod adresem Ronaldinho po bramce sezonu, którą zdobył w meczu z Villarreal i poprowadził Barcę do zwycięstwa 4:0.

Zobacz powiekszenie
Fot. ALBERT GEA REUTERS
W ten efektowny sposób Ronaldinho zdobył drugiego gola

Supergol Ronaldinho na YouTube

W 87. min wracający po kontuzji Xavi podał do Brazylijczyka, który piersią tak podbił piłkę, żeby przeleciała mu nad głową. W ten sposób uniemożliwił wybicie jej Pascalowi Cyganowi. "I wtedy wszystko stało się jak w Matriksie" - napisał "Sport". Cała reszta zamarła i tylko Ronaldinho się poruszał. Uderzył piłkę przewrotką, a ta wpadła do bramki nad Barbosą. Było 4:0 dla Barcelony, a 79 tys. fanów na Camp Nou zgotowało owację swojemu ulubieńcowi. - O takiej bramce marzyłem od dzieciństwa. Co teraz? Teraz chciałbym trafić do siatki strzałem z połowy boiska - powiedział Ronaldinho, który zdobył dla Barcy 51. gola (10. w tym sezonie). "To pewnie będzie bramka sezonu" - skomentowała "Marca", ogłaszając powrót geniusza, nad którego formą świat dyskutował od nieudanego mundialu. Mniej spektakularna, ale ważniejsza była bramka numer 50. Do 34. min Villarreal dobrze się bronił. Wtedy arbiter podyktował niesłusznie rzut karny. Gudjohnsen przepychał się z Cyganem, a gdy ten oparł na nim ręce Islandczyk padł jak scięty. Ronaldinho wykorzystał "jedenastkę" i od tej pory goście nie mieli już nic do powiedzenia.

Barca grała bez kontuzjowanych Eto'o, Messiego i Savioli, ale Villarreal osłabiony był jeszcze bardziej. Pires leczy kontuzje od lata, Nihat od miesiąca, ale przed meczem z Katalończykami goście doznali niepowetowanej straty, gdy okazało się, ze nie może grać lider drużyny - Riquelme. Te kłopoty wpisują się w obraz Primera Division. Do wymienionych można dodać nazwiska Michela Salgado i Cicinho z Realu, Petrowa i Maxi Rodrigueza z Atletico, czy Baraji z Valencii, który dopiero teraz zaczął grać. "Liga de las estrellas" (liga gwiazd) - w tym sezonie może zostać przemianowana na ligę gwiazd kontuzjowanych. W hiszpańskich klubach jest aż 70 graczy, którzy z powodu urazów nie zagrali w tym sezonie nawet pięciu meczów. W to nie wlicza się na przykład Samuel Eto'o z Barcelony, choć będzie się leczył do lutego, ale swoje pięć meczów zagrał. Zdążył nawet strzelić cztery gole w lidze i jednego w Champions League. W Barcelonie i Realu mają tak szeroki skład, że kontuzje odczuwa się mniej, ale plaga urazów niszczy mistrzowskie aspiracje Valencii, Atletico Madryt i Villarrealu.

Valencia zaczęła ligę rewelacyjnie, ale plaga urazów zdziesiątkowała drużynę. Podobnie Atletico Madryt, które straciło na sześć miesięcy obu skrzydłowych Petrowa i Maxi Rodrigueza i bez skrzydeł zespół ledwo zipie. Najpopularniejsze są zerwania więzadeł w kolanie: co chwilę ktoś trafia pod nóż w klinikach chirurgicznych.

Robert Pires przeszedł z Arsenalu do Villarrealu latem, ale zanim zdążył zadebiutować w Hiszpanii, doznał ciężkiej kontuzji i do dziś się leczy. - To jakiś obłęd. Gdzie nie spojrzeć to ktoś z piłkarzy zrywa więzadła w kolanie. Nie wiem skąd się to bierze, ale liczba urazów kolan, która zdarza się w Hiszpanii jest zadziwiająca - mówi. Niedawno lekarz Levante Joaquin Mas wezwał wszystkich ludzi zajmujących się w I-ligowych klubach opieką medyczną, by się spotkać i przedyskutować dlaczego kontuzja więzadeł w kolanie jest tak powszechna. - Jest mnóstwo teorii, ale tak naprawdę nie wiemy, co sprzyja tego typu urazom. Trzeba to zbadać - mówi. - My w Levante zaaplikowaliśmy piłkarzom ćwiczenia na siłowni wzmacniające mięśnie kolan. To z pewnością ogranicza te kontuzje. Dodał, że ważne są również ćwiczenia, które powodują odpowiednie ukształtowanie mięśni stawu kolanowego.

Kluby płacą miliony euro na pensje pracowników, którzy zamiast strzelać gole, leczą się. Na dodatek konieczne będą kolejne wydatki, na zastępców. "Marca" już przewiduje, że w Hiszpanii zakupy w zimowym oknie transferowym będą rekordowe.
Historyczna passa siatkarzy
Korespondencja, Rafał Stec, Sendai
2006-11-26, ostatnia aktualizacja 2006-11-26 18:39

Polscy siatkarze rwą się do wtorkowej batalii z Rosją, która będzie ważniejsza, niż się zdawało. A obserwatorzy mundialu wytężają pamięć i pytają, czy ktokolwiek kiedykolwiek nie stracił seta w siedmiu meczach ważnego turnieju?

Zobacz powiekszenie
Fot. Kuba Atys / AG
Paweł Zagumny

Przed mistrzostwami wydawało się, że jeśli Polacy nie potkną się z rywalami teoretycznie słabszymi i pokonają jednego z potentatów - Rosję lub Serbię, to wreszcie awansują do półfinału wielkiej imprezy. Niestety, jedna porażka może wystarczyć, by ze strefy medalowej wypaść. Właśnie porażka z Rosją. A wszystko z powodu groteskowego regulaminu, który przy układaniu tabel wyżej ceni stosunek małych punktów niż stosunek setów.

Rosjanie gładko ulegli na inaugurację turnieju Serbii. Gdyby pokonali Polskę, a Polska następnego dnia - Serbię, trzy bezapelacyjnie najsilniejsze reprezentacje grupy zakończyłyby rundę z jedną przegraną. O klasyfikacji przesądzałyby małe punkty, a te najniżej zepchnęłyby - jeśli sytuacja się radykalnie nie zmieni - biało-czerwonych, skazując ich na walkę o miejsca 5-8.

Absurdalność sytuacji polega na tym, że to Polacy grają najrówniej i jako jedyni nie stracili jeszcze seta. Niestety, zgodnie z preferencjami światowych władz niepohamowanie żonglujących przepisami lepiej byłoby, gdyby drużyna Raula Lozano oddawała partie, w których rywale zdobyli sporo punktów, i nie zawsze usiłowała odrabiać straty. Innymi słowy, czasem korzystniejsza byłaby wygrana 3:2 lub 3:1 niż 3:0.

To dlatego mecz z Rosją jest nadzwyczajnie istotny. Po minimalnej nawet przegranej do awansu może nie wystarczyć najbardziej spektakularny triumf nad Serbią.

I znowu demolka

Oba weekendowe mecze miały scenariusz, do którego już przywykliśmy. Tunezyjczycy i Kanadyjczycy, owszem, próbowali stawiać opór, ale tylko do pewnego etapu każdego seta. Ci pierwsi sprawiali wrażenie znacznie bardziej solidnych niż ich jedyni poważni rywale w Afryce, czyli Egipcjanie, którzy - kiedy grają nieźle - popełniają seppuku, szukając wszelkich sposobów, by jednak przegrać. Trzeciego seta Tunezyjczycy mogli nawet wygrać, bo Polacy popadli w lekki dołek. Niestety, i oni w kluczowym momencie zaliczyli głupią wpadkę, tracąc punkt za błąd w ustawieniu. A potem biało-czerwoni nie dali im szans.

Polacy czują się coraz mocniejsi i coraz chętniej się tym wrażeniem dzielą. - To był dziwny mecz, trochę senny, bo i rangi nie miał wyjątkowej. Tunezja to raczej mało wymagający przeciwnik - stwierdził Mariusz Wlazły, który w końcówce drugiego seta zszedł z boiska i już do gry nie wrócił. Tzn. wrócił, ale tylko na pierwszą akcję ostatniej partii, bo został pomyłkowo wpisany do protokołu (sędziom zgłasza się nazwiska grających, bo muszą kontrolować ustawienie).

Zastąpił go Grzegorz Szymański, co było wydarzeniem, bowiem Lozano rzadko sięga na tym turnieju po zmienników i można się było obawiać, czy brak kontaktu z boiskiem im nie zaszkodzi. Szymańskiemu nie zaszkodził. Dziewięć punktów na 16 zbić i tylko dwukrotne wyrzucenie piłki w aut to wynik przyzwoity. - Wreszcie udało mi się trochę poatakować, w dodatku skutecznie, i z tego cieszę się najbardziej, bo rywale wypadli zaskakująco słabo - opowiadał potem. - Siatkarze z reprezentacji, które z nimi grały, chwalili ich, ale boisko pokazało, że chyba trochę przesadzali.

Dzień później Kanadyjczycy zostali wręcz zdemolowani. Każdy poprzedni przeciwnik na MŚ, nawet Egipt, zdobywał więcej punktów niż niedzielni rywale, którzy uciułali ich ledwie 55. A Świderski umocnił się na pozycji lidera najlepszych atakujących turnieju.

Passa historyczna

Wszyscy gracze komentowali wydarzenia weekendu podobnie - bez zbytniej ekscytacji, raczej z przeświadczeniem, że solidnie potraktowali - i podołali im - nie najtrudniejsze wyzwania. Lozano znów był spokojny, uśmiechnięty, dowcipkujący, a po meczach precyzyjnie tłumaczył, dlaczego podejmuje akurat te decyzje, które podejmuje. Po sobotnim zwycięstwie nad Tunezją znów padło pytanie, dlaczego przez cały mecz dokonał tylko jednej zmiany, eksploatując podstawowych graczy nawet w drugiej partii, kiedy Polacy prowadzili bardzo wysoko.

- Jeśli nie ma kontuzji, a na szczęście ich nie ma, to reaguję tylko wtedy, gdy coś na boisku nie działa - mówił. - Dzisiaj słabiej wypadł Wlazły, więc go zdjąłem. A nie przeżywał jakiegoś wielkiego kryzysu, bo w bloku grał nieźle. Interweniowałem, kiedy jego skuteczność w ataku spadła do niespełna 40 proc. To samo we wcześniejszych meczach przytrafiało się Winiarskiemu i Kadziewiczowi, więc wyganiałem ich z boiska. Bez potrzeby nie kombinuję, przecież sami wiecie, jak ważna jest każda akcja. Z powodu gorszego stosunku małych punktów nie awansowaliśmy już do finału tegorocznej Ligi Światowej. Nie chciałbym przeżyć tego znów, a, niestety, istnieje spore ryzyko, że tak się stanie - zakończył selekcjoner.

Tak, to byłoby koszmarne déja vu. We wspomnianej przez Lozano LŚ małymi punktami - mimo identycznej liczby zwycięstw - też pobili Polaków Serbowie. A przecież passa siedmiu zwycięstw bez straty seta w meczach o stawkę nie przytrafiła się reprezentacji Polski jeszcze nigdy, co - nawet jeśli pamiętać, że kiedyś MŚ nie były turniejem tak rozbudowanym - jest wyczynem niezwykłym.
sobota, 25 listopada 2006
Kiedrosport: Ulubiony sport Pameli Anderson
Michał Kiedrowski
2006-11-20, ostatnia aktualizacja 2006-11-20 15:00

Dwa lata temu kibice Saskatchewan Roughriders obrzucili dom Paula McCalluma jajkami, ktoś wyrzucił mu na podwórko stertę obornika. Na tym się nie skończyło. Grożono mu śmiercią, zginąć miała także jego żona i dwie córki, a dom - spłonąć. Kto by pomyślał, że taką nienawiść może wywołać jeden niecelny strzał na bramkę w dyscyplinie zwanej futbolem kanadyjskim.

Zobacz powiekszenie
Fot. ANDY CLARK REUTERS
Pamela Anderson na meczu Canadian Football League. Drużyna BC Lions (jej kibicuje aktorka) pokonała Saskatchewan Roughriders 45:18.

Czym zawinił McCallum? W 2004 r. w finale Konferencji Zachodniej CFL spudłował w dogrywce uderzenie z 18 jardów. Trafianie z takiego miejsca to zazwyczaj dla niego bułka z masłem. Ale nie tym razem. Błąd był bardzo kosztowny. Jego zespół przegrał 25:27 i nie awansował do finału rozgrywek tzw. Pucharu Greya.

Najważniejsze trofeum Canadian Football League (gra w niej osiem zespołów) ma podobną historię jak bardziej znany w Polsce Puchar Stanleya, o który biją się drużyny z hokejowej NHL. Futbolowy odpowiednik ufundował Earl Grey (właściwie Albert Henry George Grey), gubernator Kanady z początków XX w. To miała być nagroda dla najlepszej drużyny rugby w kraju. Pierwsze rozgrywki w 1909 r. wygrał zespół Uniwersytetu Toronto. W finale w 1911 r. po raz pierwszy zagrali Toronto Argonauts - zespół, który istnieje po dziś dzień i gra w CFL.

Kanadyjska wersja rugby szybko zaczęła mocno różnić się od swojego pierwowzoru z Wysp Brytyjskich. Pod wpływem USA gra Kanadyjczyków bardziej przypomina dziś amerykański futbol. Różni się od niego tylko niuansami. Boisko ma wymiary 101 na 59 m, czyli jest o 10 m większe i o 10 m szersze niż amerykańska wersja. Bramki stoją przed polem punktowym, podczas gdy w USA na końcu boiska. W grze uczestniczą dwie drużyny po 12 zawodników (w futbolu amerykańskim - 11). Drużyna ma tylko trzy próby, aby przenieść piłkę o 10 jardów (w amerykańskim - 4).

Niewielkie różnice powodują, że zawodnicy z obu odmian mogą grać i tu, i tu (w niektórych drużynach CFL niemal połowę graczy stanowią Amerykanie). Oczywiście jeśli gracze mają wybór, wolą NFL. Liga kanadyjska, choć druga po NHL pod względem popularności w Kraju Klonowego Liścia, to ubogi krewny sąsiada z południa. Wystarczy porównać tzw. salary cap (limit wynagrodzeń, za przekroczenie którego zespół płaci kary). W NFL wynosi on 102 mln dol., a w CFL - 3,8 mln. W Kanadzie najlepszy zawodnik zarabia 450 tys. dol. rocznie, a w USA - 13 mln (doliczając bonusy za podpisanie dziesięcioletniego kontraktu). 30 s reklamy w telewizji podczas Grey Cup kosztuje 70 tys. dol., a podczas Superbowl - 2,5 mln. CFL może jednak pochwalić się jedną z najwyższych frekwencji na stadionach - średnia to ok. 29 tys. na mecz. To siódmy wynik na świecie. Lepsze są tylko NFL, baseballowa MLB, liga futbolu australijskiego AFL i piłkarskie ekstraklasy w Niemczech, Anglii i Hiszpanii.

Rekord - niemal 60 tys. widzów - padł w ubiegłym roku podczas meczu o Puchar Greya w Vancouver. Tradycyjną paradę dzień przed spotkaniem poprowadziła Pamela Anderson, która urodziła się w Landysmith w Brytyjskiej Kolumbii. Słynna aktorka podtrzymuje związki z rodzinnym krajem, m.in. przez bywanie na meczach futbolu kanadyjskiego. Tydzień temu z loży właściciela B.C. Lions Davida Braleya oklaskiwała wielki rewanż Paula McCalluma. 36-letni zawodnik odszedł z Saskatchewan przed rozpoczęciem sezonu, bo zaproponowano mu 30-procentową redukcję zarobków. Przeniósł się do drużyny British Columbia Lions. W półfinale Grey Cup jego zespół rozgromił Roughriders 45:18. McCallum zdobył 19 pkt - trafił wszystkie 9 strzałów na bramkę (5 field goali i 4 podwyższenia). Raz zdobył punkty z 18 jardów - z tego samego miejsca, z którego spudłował dwa lata temu.

W niedzielnym finale Pucharu Greya McCallum znów był bohaterem. Zdobył 19 punktów, a jego zespół zdobył trofeum pokonując Montreal Alouettes 25:14. Dla kopacza B.C. Lions to pierwsze mistrzostwo w karierze.

Zwycięstwo po horrorze

Dariusz Wołowski, Bruksela
Zdziesiątkowana kontuzjami reprezentacja Polski pokonała w Brukseli Belgię 1:0, bo była piłkarsko lepsza. Leo Beenhakker znów zaeksperymentował i znów wyszło na jego.
 
Relacja "Z czuba": Na glinianych nogach

Pukaliśmy się w głowy, gdy w środę rano okazało się, że w pierwszym składzie zagrają Dudka i Wasilewski. Wiadomo było, że Beenhakker stracił pięciu graczy z podstawowego składu na Portugalię, że musi ktoś zastąpić kontuzjowanego Golańskiego, a szczególnie Lewandowskiego, który był ostatnio bohaterem i liderem reprezentacji, ale Holender postawił na graczy nieobliczalnych. Dudka zawalił Wiśle mecz z Blackburn w Pucharze UEFA i ostatnio z Bełchatowem w lidze, a na dodatek obrońca Wisły miał zagrać w pomocy - na pozycji sobie obcej. Wasilewski strzela gole dla Lecha w ekstraklasie, ale w obronie popełnia wiele kiksów.

Zmieniają się ludzie ale nie pomysł na grę


Lewandowski był nie do zastąpienia. Polacy musieli więc na początku grać praktycznie z pominięciem drugiej linii, obrońcy lub Boruc kopali piłkę do przodu, ale to wszystko jakoś szło.

Gracze Beenhakkera walczyli, ale co ważniejsze znów grali w piłkę. Nie było paniki, wybić na oślep, Żurawski, Matusiak i Smolarek długo trzymali piłkę, wygrywali pojedynki, wymieniali podania i, tak jak obiecywał Beenhakker, choć z powodu plagi urazów byli w drużynie nowi wykonawcy, pomysł na grę reprezentacji się nie zmienił. Nie zmienił się, chociaż w odróżnieniu od meczu z Portugalczykami Jakub Błaszczykowski grał na początku słabiej i prawe skrzydło było zwichnięte. Wystarczyło lewe i gra Smolarka. Gdyby jeszcze gracz Borussi Dortmund był skuteczniejszy, mecz byłby rozstrzygnięty już w pierwszej połowie. Ale i tak było 1:0 do przerwy.

W 18. min poszło dalekie podanie od Bronowickiego do Matusiaka, do piłki dopadł van Buyten, ale gracz Bełchatowa był lepszy od stopera Bayernu Monachium. Odebrał mu piłkę jak juniorowi i strzelił obok Stijnena. Bramkarz był bez szans, a trybuna z 15 tys Polaków wybuchła radością.

Kapitan wreszcie znaczy lider


Potem? Potem było jeszcze lepiej, a gdy w przerwie na tablicy wyświetlono statystyki: 6 strzałów gości i jeden gospodarzy, sprawa była oczywista kto grał, a kto asystował. W 35. minucie Sobolewski wspaniale zagrał do Smolarka, podobnie jak Rasiak przy drugiej bramce z Portugalią, ale gracz Borussi strzelił obok słupka. Tak niewiele, że polscy kibice zerwali się z miejsc z uniesionymi rękami. Tak samo było w 44. min, gdy Smolarek główkował, Stijnen z przerażeniem patrzył na piłkę, ale ostatecznie wybłagał niebo, żeby minęła bramkę.

Gospodarze raz zagrozili bramce Boruca, po błędzie Matusiaka, który zakładał "siatkę" rywalowi pod polską bramką i stracił piłkę. Ale dośrodkowanie gospodarzy było fatalne i jedyna szansa na gola w pierwszej części gry przepadła. Dominowali Polacy, Smolarek, Żurawski, Matusiak wygrywali niemal wszystkie pojedynki. Kapitan cofał się po piłkę i rozgrywał będąc liderem, takim jak się od niego oczekuje. Kiedy trzeba, był pod bramką Boruca, kiedy trzeba Stijnena. Trzeba przyznać, że i obrońcy spisywali się bez zarzutu: Bąk, Żewlakow powstrzymali Mpenzę.

Boruc: bohater ostatniej akcji


W drugiej połowie Smolarka odciążył Błaszczykowski: kiwał, podawał, grał bardzo dobrze, właśnie jego stroną sunął polski atak. Od 58. min bez kapitana. Żurawski, który przyjechał na zgrupowanie z naciągniętym mięśniem i tylko raz trenował został zastąpiony przez Gargułę.

Belgowie atakowali, dość schematycznie, wrzucając dalekie piłki, ale każda z nich groziła golem, choćby przypadkowym. Van Buyten grał chwilami jak środkowy napastnik, zostawiając obronę kolegom i biegnąc pod bramkę Boruca. Gdy mecz zbliżał się do końca było tam coraz goręcej. Kocioł pod polską bramką kończył się jednak zawsze tak samo: kontrą. W 88. min Wasilewski był o krok od zdobycia gramki głową, ale Stijnen obronił, za chwilę przy rzucie rożnym dla Belgów w polu karnym walczyło wręcz 20 ludzi: Polacy wyszli z tej szamotaniny zwycięsko, a zaraz potem Boruc rzucił się pod długaśnie nogi van Buytena i wciąż Polska prowadziła. Sędzia podniósł tablicę z informacją, że dolicza trzy minuty, mijała trzecia gdy polski bramkarz wygrał pojedynek sam na sam z Mpenzą i gdy jakiś oszalały fan wpadł na boisko sędzia nie przerwał gry, ale ją skończył.

Wydawało się, że Polska zaczęła drogę na Euro od nokautu z Finalndią. A to był tylko knockdown. Po trzech kolejnych zwycięstwach droga na Euro 2008 stoi otworem.
El. ME: Matusiak poskromił "Diabły"


Tak Polacy celebrowali zasłużone zwycięsto w Brukseli
Tak Polacy celebrowali zasłużone zwycięsto w Brukseli /Darek Hermiesz/SPORT-FOTO

Polscy piłkarze pokonali w Brukseli Belgię 1:0 (1:0) w meczu grupy A eliminacji Euro 2008.

Gola dla Polski strzelił w 20. minucie Radosław Matusiak, który zmusił do błędu obrońcę Bayernu Monachium Daniela Van Buytena. Napastnik BOT GKS Bełchatów wykorzystał sytuację sam na sam z belgijskim bramkarzem i strzałem w długi róg zdobył prowadzenie dla Polski.

W 36. minucie "biało-czerwoni" mogli wygrywać już 2:0. Kapitalnym, prostopadłym podaniem do Euzebiusza Smolarka popisał się Matusiak. Popularny "Ebi" naciskany przez obrońcę gospodarzy minimalnie przestrzelił.

  • Matusiak: Nie jestem bohaterem

Niewiele brakowało, a w doliczonym czasie gry Smolarek wpisałby się na listę strzelców. Maciej Żurawski dokładnie dośrodkował w pole karne. Piłkarz Borussii Dortmund świetnie uderzył głową z 8 metrów, ale piłka przeleciała obok słupka.

  • Żurawski: Zdaliśmy test

Po zmianie stron optyczną przewagę mieli Belgowie, którzy starali się odrobić straty. Podopieczni Leo Beenhakkera umiejętnie bronili dostępu do własnej bramki, czekając na okazję do wyprowadzenia kontrataku.

  • Boruc: Zbierało mnie na wymioty

Najlepszą okazję do zdobycia gola dla polskiego zespołu w drugiej połowie miał Marcin Wasilewski. Jego strzał głową z 6 metrów obronił Stijn Stijnen.

  • Smolarek: Komplementy należą się trenerowi

W końcowych minutach Belgowie rozpaczliwie atakowali, ale nasi obrońcy i interweniujący pewnie bramkarz Artur Boruc nie popełnili błędów.

Belgia - Polska 0:1 (0:1)

Bramka: Matusiak (20).

Żółte kartki: Karel Geraerts, Thomas Vermaelen, Philippe Leonard, Timmy Simons, Bart Goor (Belgia), Jakub Błaszczykowski, Radosław Sobolewski (Polska).

Sędzia: Stuart Dougal (Szkocja). Widzów: 40 000.

Belgia: Stijn Stijnen - Carl Hoefkens, Philippe Leonard (79- Gaby Mudingayi), Daniel Van Buyten, Thomas Vermaelen - Anthony Vanden Borre (46-Stein Huysegems), Timmy Simons, Karel Geraerts, Bart Goor - Emile Mpenza, Kevin Vandenbergh (63-Luigi Pieroni).

Polska: Artur Boruc - Marcin Wasilewski, Jacek Bąk, Michał Żewłakow, Grzegorz Bronowicki - Jakub Błaszczykowski, Dariusz Dudka (79-Rafał Murawski), Radosław Sobolewski, Euzebiusz Smolarek - Maciej Żurawski (62-Łukasz Garguła), Radosław Matusiak (89-Przemysław Kaźmierczak).

Okiem statystyka. Polska zdecydowanie lepsza

adrom
2006-11-15, ostatnia aktualizacja 2006-11-15 23:34

Po raz kolejny pod wodzą Beenhakkera Polacy mieli zdecydowanie lepsze statystyki. Oddali więcej strzałów (9:3), mieli więcej rzutów rożnych (5:1) i - co rzadkie za poprzednich selekcjonerów - o wiele rzadziej faulowali rywali (12:17).

Zobacz powiekszenie
Fot. YVES LOGGHE AP
Radosław Matusiak
ZOBACZ TAKŻE
  • Miłość z wzajemnością (16-11-06, 17:55)
Przewaga nasza

Po raz kolejny pod wodzą Beenhakkera Polacy mieli zdecydowanie lepsze statystyki. Oddali więcej strzałów (9:3), mieli więcej rzutów rożnych (5:1) i - co rzadkie za poprzednich selekcjonerów - o wiele rzadziej faulowali rywali (12:17). W żółtych kartkach (na boisku rywala!) było 2:5. Jeszcze lepiej wyglądało to w pierwszej połowie, po której w strzałach było 6:1 dla Polski, a w faulach 6:9.

Dudka niewidoczny

Niespodziewanie wprowadzony do drugiej linii Dariusz Dudka błędów nie robił, ale też niewiele pomógł. W roli rozgrywającego tak naprawdę występował przez cały mecz Maciej Żurawski, a atakowaliśmy i tak głównie skrzydłami. Także dlatego Dudka miał tylko jedną stratę (!), podał dziesięć razy celnie do przodu i trzy razy do tyłu. Przejął sześć piłek i cztery wybił. To bardzo niewiele jak na gracza środka pola.

Matusiak kreatywny

Jak na zawodnika ustawionego "na szpicy" Matusiak bardzo często kreował w polskim zespole. Miał podanie kluczowe przy znakomitej sytuacji Smolarka, strzelał aż cztery razy (raz celnie - przy golu), miał aż sześć celnych podań do przodu i dziesięć do tyłu. Wygrał jedną z dwóch główek, raz był na spalonym, a stracił osiem piłek. Oczywiście liczby nie oddają wszystkiego, ale nawet w statystyce był jednym z najbardziej przydatnych Polaków.

Belgia-Polska
3strzały9
2celne strzały3
1niecelne strzały5
0zablokowane strzały1
0słupki i poprzeczki0
4spalone4
1rzuty rożne5
17faule12
Najwięcej strzałów: Matusiak 4, Smolarek 2, Wasilewski 2.

Najwięcej podań kluczowych: Żurawski 3.

Najczęściej na spalonym: Smolarek 3.

Najwięcej fauli: Goor 4, Geraerts 3, Vermaelen 3 - Bronowicki 3.

Najczęściej faulowany: Mpenza 3 - Błaszczykowski 4.

Skuteczność bramkarzy: Stijnen 67 proc. (2/3) - Boruc 100 proc. (2/2).

 

Ostatni galop Majora
Tomasz Wołek
2006-11-19, ostatnia aktualizacja 2006-11-19 18:34

Ta niezwykła kariera spina trzy epoki w dziejach futbolu, ale i w historii Europy. Jego szczyt przypadał na czasy przedtelewizyjne. Jego triumfalny powrót zarejestrowała zaledwie czarno-biała, archaiczna taśma. Gdyby grał dzisiaj, Ronaldinho i Messi kłanialiby mu się w pas - legendarnego Ferenca Puskasa wspomina Tomasz Wołek

Zobacz powiekszenie
Fot. AP

- Nigdy nie widzieliśmy czegoś podobnego - angielski skrzydłowy Tom Finney o grze Puskasa w meczu na Wembley w 1953 r.

Tak go właśnie nazywano: "Galopujący Major". Wprawdzie z wojskiem nie miał nic wspólnego, karabinu w ręku nie dzierżył, ale w wojskowym klubie Honved kopał piłkę tak wspaniale, że kolejne awanse były czymś oczywistym. Tak działo się w całym obozie komunistycznym. Przecież i nasz major Brychczy nie jeździł czołgiem, "górnik" Pol nie fedrował na przodku, a "hutnika" Cieślika nigdy nie owionął żar martenowskiego pieca.

Ferenc Puskas Biro urodził się 2 kwietnia 1927 r. w robotniczej dzielnicy Budapesztu - Kispest, w dosyć ubogiej rodzinie o korzeniach niemieckich. Naprawdę nazywał się Franz Purczfeld. Ojciec, sam zawodnik Kispestu, zaprowadził dziesięciolatka na trening. Już w wieku 16 lat fantastycznie uzdolniony chłopak zagrał w ligowym meczu, a 20 sierpnia 1945 r. jako 18-latek wystąpił w reprezentacji Węgier, strzelając Austrii (wynik 5:2) swego pierwszego gola. Cóż za debiut!

Jak Purczfeld stał się Puskasem

Debiut ów przypadł wszakże na czasy wyjątkowo burzliwe. Węgry znalazły się w dziejowym przeciągu: po faszyzujących rządach kolaborującej z Niemcami Partii Strzałokrzyżowców nastąpił okres chaosu, z którego w 1945 r. wyłoniła się republika z przewagą centroprawicowej Partii Drobnych Rolników. Wydawało się, iż kraj uratuje się przed komunizmem.

Złudzenia trwały krótko. Armia Czerwona i wszechobecne NKWD zainstalowały swoich nominatów, gwałcąc wszystkie prawa i siejąc wokół terror. Ugrupowania demokratyczne zostały zlikwidowane, wszelka wolność zdławiona. Aresztowano prymasa Mindszenthy'ego i tysiące przeciwników nowego ustroju. W 1948 r. proces intensywnej stalinizacji był już na ukończeniu. Władza ekipy Matyasa Rakosiego była wyjątkowo brutalna i bardziej odrażająca niż w pozostałych państwach bloku sowieckiego. Nad Węgrami na długo zapadła ponura noc komunizmu w najpodlejszym wydaniu.

I oto z głębin tego koszmaru wyłoniło się zjawisko olśniewające - "Złota Jedenastka" futbolowa. Najsłynniejsze drużyny korzyły się u jej stóp. Zdumiona Europa nigdy wcześniej nie widziała czegoś podobnego. Tak harmonijnego połączenia wirtuozerskiej techniki z atletyczną tężyzną, rozmachu tak pełnego finezji - z żelazną dyscypliną taktyczną. Tak nieokiełznanego temperamentu i tak morderczej skuteczności. Dawne wyczyny urugwajskiej "garry" czy austriackiego "Wunderteamu" bladły przy tych popisach. Narodził się prawdziwie nowoczesny "Dream Team".

Na dwóch filarach wspierał się ten bliski ideału zespół. Jego mózgiem był pomocnik Jozsef Bozsik. Lecz jego sercem, duszą, gwiazdą, liderem i kapitanem w jednej osobie stał się lewy łącznik, niejaki Ferenc Puskas, do niedawna znany jako Purczfeld. Nie tyle zmienił nazwisko, ile zmieniono mu. I nie jemu jednemu.

Kibice przecierali oczy, bowiem z dnia na dzień, mocą jednego edyktu, okazało się, że Purczfeld to Puskas, Lendermayer to Lantos, Lipovic - Lorant, Bednarzik - Budai, Kaltenbrunner - Hidegkuti, Poloteczky - Palotas. Zaś trener i selekcjoner reprezentacji, dotychczas Scharenpeck, objawił się jako Gustav Sebes.

W madziarskim tyglu wymieszał się wielonarodowy gulasz. Składało się nań wielorakie pochodzenie o nierzadko poplątanych korzeniach. Żyli tu Słowacy, Rumuni, Niemcy (najczęściej siedmiogrodzcy), Czesi, Żydzi, Cyganie, Serbowie, Chorwaci, Słoweńcy oraz przedstawiciele paru innych jeszcze nacji.

Jednak stalinowska urawniłowka objęła również kwestię narodowościową. Węgry Rakosiego musiały być rdzennie madziarskie, rasowo jednolite, etnicznie monolityczne, skupione w jeden ściśle zespolony organizm, pod przewodem komunistycznej partii kroczący w szyku zwartym ku świetlanej przyszłości. Nie było już miejsca na różnice, odrębności, nawet niuanse. I dlatego Franz Purczfeld został Ferencem Puskasem.

Kopernikański przewrót w futbolu

Sport stał się wnet bodaj głównym instrumentem uprawianej na sowiecką modłę, nachalnej propagandy. Rakosiemu i Farkasowi, wszechwładnemu szefowi MSW, wpadł w ręce gotowy produkt najwyższej jakości - fenomenalnie zdolni piłkarze. Wzorcowy model organizacyjny stworzył wspomniany selekcjoner i wiceminister sportu Gustav Sebes, z przekonań fanatyczny komunista (przed wojną z polecenia partii grał we francuskiej robotniczej drużynie Billancourt). Skromny Kispest został przemianowany na wojskowy Honved, stając się potężnym ośrodkiem szkoleniowym kadry narodowej. Restrykcjom poddano kluby o innych tradycjach, szczególnie Ferencvaros uchodzący za siedlisko burżuazyjnej reakcji. Przeniesiono zeń do Honvedu reprezentantów Budaia i Kocsisa. Honved skupił niemal wszystko, co najlepsze. Jego piłkarze opływali we wszelkie dostatki, żyjąc w wyizolowanym świecie, gdzie brakowało chyba ptasiego mleczka. A tuż za klubowym ogrodzeniem toczyło się ponure życie skutego terrorem, wynędzniałego, zniewolonego kraju.

Przyznajmy wszelako, iż Sebes był nie tylko gorliwym stalinowcem, ale i fachowcem wysokiej klasy. I, dysponując genialnymi wykonawcami, naprawdę zrewolucjonizował system gry. Wycofując Hidegkutiego do środkowej linii, a pomocnika Zakariasa do obrony, jednym ruchem obalił zmurszały system 3-2-5 i stworzył nowatorską, elastyczną konstrukcję 4-2-4. To był w dziejach futbolu przewrót iście kopernikański.

Wobec nowej taktyki przeciwnicy byli kompletnie bezradni. Dumna Anglia została upokorzona w "meczu stulecia" u siebie 3:6, a w Budapeszcie zdruzgotana 7:1. Padały kolejno: Albania (12:0), Szwecja (5:0 i 6:0), Finlandia (8:0), Czechosłowacja (5:0), Austria (6:1), Włochy (dwukrotnie 3:0), Brazylia (4:2), Urugwaj (4:2), NRF (8:3)

O Polsce nie mówmy. "Bratankowie" tłukli nas bez sentymentów: jak nie 8:2, to 6:0, a w rezerwowym składzie 5:2. W 1952 r. Węgrzy zdobyli złoty medal olimpijski. Kres niebywałej serii - 32 meczów bez porażki - położył dopiero dramatyczny finał mistrzostw świata w 1954 r. i sensacyjne zwycięstwo niedocenianych Niemców 3:2. Puskas, choć kontuzjowany (wtedy nie można było dokonywać zmian), zdobył gola, kolejnego - na 3:3 - nie uznał sędzia...To był faktyczny koniec "Złotej Jedenastki".

"Brzuchaty Major" wypruwał żyły

Jaka rolę w tej epopei odgrywał Puskas? Absolutnie kluczową! Grał niczym młody bóg, demonstrując futbol natchniony i wyrozumowany zarazem. Sylwetką przypominał nieco Maradonę. Niewysoki (171 cm), krępy, nabity, muskularny. Miał małe stopy, których piłka czepiała się niczym magnes.

Umiał dosłownie wszystko. Czarodziej dryblingu, potrafił kiwać w miejscu, cofając piłkę pod podeszwą. W grze głową ustępował tylko Kocsisowi. Posiadał niesłychaną orientację przestrzenną i zdolność przewidywania. Podawał bezbłędnie na każdą odległość, lecz nade wszystko strzelał z każdej pozycji, a potworna siła uderzenia dorównywała centymetrowej precyzji. Niezwykle szybki i dynamiczny, przemierzał boisko w charakterystycznym rytmie, dzięki któremu zyskał przydomek "Galopującego Majora". W reprezentacji rozegrał 84 mecze, zdobywając 83 gole; współczynnik wprost niewyobrażalny! Do połowy lat 50. był niewątpliwie najlepszym piłkarzem świata. A wszystkich tych cudów dokonał jedną zaledwie nogą - lewą.

W 1956 r. na Węgrzech wybuchło powstanie. Puskasa wraz z Honvedem zastało w Hiszpanii (mecz pucharowy w Bilbao). Wstrząśnięci do głębi piłkarze przeżywali narodową tragedię. Pamiętam zdjęcie z tygodnika "Sportowiec": Puskas, Grosics i Kocsis z głowami przytkniętymi do radioodbiornika nasłuchują wieści z kraju. Nawiasem mówiąc, fotografia ta kosztowała potem Grosicsa proces o szpiegostwo. Wreszcie, po długim namyśle, większość zespołu wróciła. Wolność wybrała trójka: Kocsis, Czibor i Puskas.

"Galopujący Major" nie mógł sobie znaleźć miejsca ani pomysłu na dalsze życie. Mijały jałowe miesiące. Wegetował gdzieś w Austrii i wydawało się, że to koniec niezwykłej kariery. I wówczas, w 1958 r., nieoczekiwaną ofertę złożył mu słynny Real. Cały Madryt zatrząsł się ze śmiechu. Prasa niemiłosiernie kpiła z "Brzuchatego Majora", który ważył dobrze ponad 90 kg i wyglądał jak pokaźny antałek. Jednak Puskas pokazał charakter. Znakomity Polako-Francuz Raymond Kopa, kolega z zespołu, wspominał: - Ferenc pracował do siódmych potów. Nigdy nie widziałem, aby ktoś trenował z takim zacięciem. Miał na sobie kilka swetrów i pocił się jak ruda mysz. Wypruwał z siebie żyły.

Ta katorżnicza praca dała efekty. Był to triumf woli niezłomnej. Już niebawem odrodzony Puskas wraz z genialnym Argentyńczykiem Di Stefano stworzył najlepszy duet napastników na świecie. W 1960 r. w finale klubowego Pucharu Europy (7:3 z Eintrachtem) strzelił cztery gole, a w innym (1962 - 3:5 z Benficą) - trzy! Jego atomowe bomby - 324 bramki w 372 meczach - zapewniły Realowi pięciokrotne mistrzostwo Hiszpanii. Czterokrotnie zagrał też w reprezentacji swej nowej ojczyzny. Karierę zakończył w pełni chwały w wieku lat 40.

Zawsze był królem życia

Potem został trenerem-obieżyświatem (od Kanady, poprzez Paragwaj, aż po Egipt i Australię), ale wielki sukces osiągnął tylko z greckim Panathinaikosem, dochodząc do finału Pucharu Europy w 1971 r. Fetowany był wszakże wszędzie. I za młodu, ale też później pozostał królem życia rozmiłowanym w jego wszelkich urokach. Kawalarz, bibosz i lowelas zawołany. Kobiety, wino i śpiew w jego przypadku nie były operetkową przenośnią.

Jacek Gmoch wspominał, jak mocno już zaokrąglony Ferenc wodził rej w Atenach, na jedno posiedzenie wcinając całego pieczonego prosiaczka podlanego paroma butelkami wina. Zawsze był przyjazny ludziom, otwarty, hojny, z sercem na dłoni.

Ta niezwykła kariera spina trzy epoki w dziejach futbolu, ale i w historii Europy. Jego szczyt przypadał na czasy przedtelewizyjne. Jego triumfalny powrót zarejestrowała zaledwie czarno-biała, archaiczna taśma. Gdyby grał dzisiaj, Ronaldinho i Messi kłanialiby mu się w pas.

Choroba Alzheimera zasnuła jego starość. Zmarł w piątek, pogrążając w żałobie Węgry i świat. Ale największy stadion kraju, dawny Nepstadion, w dowód wdzięczności nosi jego imię. Tak się przechowuje wieczna pamięć, nie tylko ta futbolowa. Ferenc Puskas galopuje teraz po niebiańskich łąkach. Jestem przekonany, że mają tam piękną murawę.
sobota, 11 listopada 2006
Podniecający dreszcz adrenaliny
Mariusz Wiśniewski
2006-11-11, ostatnia aktualizacja 2006-11-11 16:36

To działa jak narkotyk. Wygrywasz - grasz dalej, aby wygrać jeszcze więcej. Przegrywasz - grasz, aby się odegrać. Jak się zacznie grać na zakładach bukmacherskich, trudno przestać

 

Zaczyna się bardzo niewinnie. Człowiekiem kieruje ciekawość, chęć spróbowania czegoś nowego i przy okazji spożytkowania swojej wiedzy sportowej. Atmosfera wewnątrz punktów bukmacherskich jest specyficzna. Dookoła wiszą tablice, na których wypisane są zmywalnym flamastrem kolumny z pozycjami i odpowiadającymi im kursami. Numery i pozycje zmieniają się codziennie. Większości sa to mecze piłkarskie, ale obstawiać można także kto wygra na przykład "Taniec z gwiazdami", czy kto zostanie prezydentem Polski.

Mężczyźni (kobiety to rzadkość) przyglądają się, analizują dyskutują i doradzą. Przy suficie podwieszony telewizor, oczywiście ze sportowymi kanałami, żeby klienci mogli na bieżąco śledzić wydarzenia. Obstawić można jeszcze na pięć minut przed rozpoczęciem zawodów.

Zasady są bardzo proste - wystarczy wytypować wyniki kilku wydarzeń sportowych (może być nawet jedno), zdecydować się na stawkę, za jaką chce się zagrać, puścić zakład i czekać później na rozstrzygnięcie. Gdzieś głęboko wewnątrz zaczyna wówczas dawać o sobie znać adrenalina. Przyjemne uczucie podniecenia. Gdy się śledzi na żywo wydarzenie sportowe, którego wynik obstawiliśmy, emocje są naprawdę duże. Później pozostaje sprawdzić zakład i...

Uczucie wygranej jest bardzo przyjemne, a uśmiech przy odbieraniu pieniędzy w okienku zakładu bukmacherskiego sam się ciśnie na twarz. Zaraz też rodzi się w głowie myśl, że oto znaleźliśmy doskonały sposób na dorobienie do pensji. Człowiek automatycznie przelicza, ile zarobi w ciągu miesiąca. Gorzej kiedy jest przegrana. Grający jest zły na sportowców, drużynę lub na siebie i zastanawia się, jakim cudem obstawił taki wynik, jeżeli przecież oczywiste było, że będzie inny. Szybko pojawia się chęć odegrania, szybkiego rewanżu.

Jeżeli gracz po pierwszym razie ponownie pójdzie do punktu bukmacherskiego jest wielce prawdopodobne, że zawita tam trzeci i czwarty raz. Ten, co wygrał, teraz przegra i będzie chciał rewanżu, a ten co wcześniej przegrał, teraz wygra i będzie chciał wygrać jeszcze więcej. I do tego adrenalina i emocje. To działa jak narkotyk, a wytypowanie tych kilku wyników staje się dla niektórych sensem życia.

Codziennie w Polsce punkty bukmacherskie odwiedza kilkaset tysięcy ludzi. Do tego dochodzą jeszcze ci, którzy obstawiają w internecie. Firmy bukmacherskie zarabiają na zakładach krocie. - Niektórzy przesiadują tu cały dzień, traktują to miejsce jak gościnne mieszkanie albo miejsce pracy - opowiada kasjerka przyjmująca zakłady. Grają praktycznie wszyscy - uczniowie, studenci, kierowcy, dziennikarze, emeryci, bezrobotni. Różnica polega jedynie na stawce za jaką zawierają zakłady.

Pan Andrzej ma własną firmę, i nieźle zarabia. Mimo wszystko nieprzerwanie od trzech lat obstawia wyniki w firmach bukmacherskich dwa, trzy razy w tygodniu. - Traktuję to jako kontrolowaną przyjemność niehazardową. Bo ja mogę się kontrolować. Zarabiam na tym nieźle, ale nie szaleję. W sumie to gram o takie pierdoły, to nie są miliony - tłumaczy. - Ale ciągnie mnie do tego i na pewno jestem w jakimś stopniu uzależniony - przyznaje.

Coraz więcej osób decyduje się na obstawianie meczów w internecie. Firma bukmacherska Bwin posiada ponad milion zarejestrowanych użytkowników na całym świecie. Bet-at-home przyciągnęła z Polski już ponad sto tysięcy graczy. Gracze mają naprawdę w czym wybierać. Kiedy typuje się przez internet nie ma tego specyficznego klimatu, jaki panuje w punktach bukmacherskich, ale za to można obstawiać podczas już trwania zawodów.

- Dopiero są emocje - opowiada jeden z dziennikarzy pragnących zachować anonimowość - Jak grała ostatnio Barcelona z Chelsea i syn krzyczał mi z drugiego pokoju, że w doliczonym czasie gry Anglicy wyrównali na 2:2, to ja jeszcze obstawiałem. To dopiero jest zabawa i adrenalina. Raz się wygrywa, raz przegrywa, ale trzeba próbować - kończy z uśmiechem.

Podstawowa zasada grających to tak grać, żeby nie przegrywać. Ważna jest statystyka, czyli porównanie wkładu finansowego z dochodami uzyskanymi z wygranych. Mimo wszystko wśród typujących nie ma zbyt wielu takich, którzy w starciu z firmą bukmacherską są na plusie. Nielicznym uda się coś wygrać, niektórzy przyznają, że nawet z tego żyją lub poważnie zasilają domowy budżet. Ale większość zostawiła w okienku więcej, niż z niego odebrała. Bo przecież jak się jest na minusie, to korci, żeby się odegrać. - Dla mnie przegranie 30 złotych już jest denerwujące - mówi pan Andrzej. - Wtedy odmawiam sobie wielu rzeczy, żeby się odegrać, nie chodzę na mecze, do kina. Zaoszczędzone pieniądze wydaję na zakłady - podkreśla.

Pan Andrzej szybko oblicza, że przez trzy lata na czysto zarobił na zakładach około dziesięciu tysięcy złotych. Należy więc do tych nielicznych. Niektórzy tracili wszystko. - Znam takich paru, którym pożyczałem nawet i po 80 groszy, bo brakowało im, żeby obstawiać. To nałogowcy, ale żaden się nie przyzna. Oni utrzymują się przy życiu, grając. I takich ludzi jest bardzo dużo - opowiada pan Andrzej. - Dzisiaj jeden poszedł szukać puszek, żeby mieć pieniądze na grę. On musi zagrać. Sport i wyniki to dla niego taka odskocznia od rzeczywistości.

Zdecydowana większość zakładów zawierana jest za dwa, pięć góra pięćdziesiąt złotych. Ale zdarzają się też gracze kamikadze. Potrafią postawić kilkaset złotych. - Pewien człowiek postawił kiedyś u mnie na jeden mecz 10 tysięcy złotych - opowiada kasjerka w jednym z punktów bukmacherskich. - Pamiętam to dokładnie i chyba będę pamiętała do końca życia. Chodziło o mecz Valencii w piłkarskiej lidze hiszpańskiej. Valencia przegrała i on też przegrał.

Co skłania do takiego rodzaju hazardu?. Nałogowcy grają, bo muszą. Natomiast zdecydowaną większość, poza chęcią zysku, przyciąga wspomniana adrenalina. Obstawiają, żeby przeżyć dodatkowy dreszczyk emocji podczas późniejszego oglądania meczów i sprawdzania kuponów. - Podnosi się wtedy poziom adrenaliny. A przy okazji może wpaść parę złotych na piwo albo imprezę - opowiada student czwartego roku Politechniki.

- Pieniądze zawsze są potrzebne. Dzisiaj zawiozłem auto do mechanika. Naprawa nie będzie tania. Zaraz sobie myślę: a jakbym tak coś trafił? Problem byłby z głowy - dodaje pan Andrzej, którego wygrana nie pierwszy raz poratowałaby w potrzebie. Zdradza, że za wygrane pieniądze był już na Teneryfie i w Dominikanie. Pan Andrzej naliczył kilkanaście wygranych po prawie tysiąc złotych. Jego największa jednorazowa wygrana to cztery tysiące.

Często jednak wraca myślami do lata 2002 r., kiedy to mógł wygrać 16 tys. złotych. Za jednym zamachem. Trwały mistrzostwa świata w piłce nożnej. Długo wahał się, jak obstawić wynik meczu Hiszpania - Irlandia. Postawił na Hiszpanów. W ostatniej minucie meczu prowadzili jeszcze 1:0. W doliczonym czasie Irlandczycy wyrównali. To był jedyny nietrafiony typ z kilkunastu postawionych. Do dzisiaj ten mecz śni mu się po nocach.

Wygrane zwykle przeznaczane są na nowe ubrania, grę komputerową, czy inne drobiazgi. Młodsi gracze próbują pomnożyć sobie w ten sposób kieszonkowe od rodziców. Zdarzają się jednak i tacy, którzy grają o parę groszy, żeby jutro mieć za co postawić. Prędzej czy później pieniądze znów trafiają do bukmacherów.

Jak wiec grać, żeby wygrywać - to pytanie zadają sobie wszyscy gracze? Każdy ma swoją własną teorię i tylko jedno jest pewne: na systematyczne wygrywanie nie ma żadnej reguły i przepisu. Na pewno trzeba znać się na sporcie - wiedzieć, czy dany zespół będzie zmotywowany, czy podejdzie do meczu na luzie. - Patrzę na rozkład meczów i wiem, który zespół już spadł, który będzie walczyć, a który nie musi - tłumaczy student Politechniki. - Albo że Rooney na treningu skręcił kostkę, a O'Neal wraca do gry po kontuzji. Czasami decydują właśnie takie szczegóły - przekonuje. Ale to też nie zawsze się sprawdza. - Śledząc takie szczegóły, nie zakłada się przecież, że drużyna może mieć słabszy dzień albo sprzeda mecz. Pozostaje więc zdać się po prostu na intuicję. Trzeba czuć wynik, mieć ulubiony zespół - twierdzi jeden z obstawiających.

Pan Andrzej jednak nie pozostawia złudzeń: - Mając 100 zł i idąc do kasyna, trzeba z góry założyć, że te pieniądze się przegra. I jak się wygra 30 zł, to można wyjść z podniesioną głową. A jeżeli straci się tę stówę, to nie jest się przegranym, bo tyle się przyszło przegrać. Podobnie jest z zakładami sportowymi i trzeba o tym pamiętać. Pan Józef, emeryt wtrąca: - W tym tygodniu gram trzeci raz. Życie byłoby zbyt monotonne bez obstawiania. Nie zdarzyło mi się, abym nie grał przynajmniej raz w tygodniu. No, chyba że jestem chory. Nie wyrządzam sobie szkody. Za to zawsze czuję emocje.

Bombowy zakład

Co pewien czas dochodzi do wydarzeń wyjątkowych, do których obstawiający często po latach wracają. A to eksperci się pomylili i ustalili za wysoki kurs, a to system firmy bukmacherskiej zawiódł i wypłacał pieniądze nawet przegranym lub jakieś wydarzenie sportowe miało nieoczekiwane rozstrzygnięcie. Tak było w 2004 roku.

Do niespotykanej sytuacji doprowadził mecz ligi hiszpańskiej pomiędzy Realem Madryt i Realem Sociedad San Sebastian. Ze względu na alarm bombowy na stadionie pojedynek został przerwany w 87 minucie przy wyniku 1:1. Początkowo przypuszczano, że taki wynik meczu zostanie utrzymany. Jednak kilkanaście godzin później podjęto decyzję, że tek kilka minut spotkania zostanie dograne kilka dni później.

Sytuacja wywołała poruszenie w środowisku graczy, bowiem jedna z firm bukmacherskich po dwóch dniach milczenia podjęła decyzję, że wszystkie kupony, w których obstawiano mecz Real Madryt - Real San Sebastian, są nadal ważne, gdyż mecz zostanie dograny do końca. Teoretycznie, od strony sportowej, wszystko wyglądało prawidłowo, ale grający w zakładach bukmacherskich twierdzili, że firma złamała warunki regulaminu i może na tym zyskać.

Powoływali się oni się oni na jeden z paragrafów regulaminu, który mówił: "Stawka zwrócona zostanie zawierającemu zakład w przypadku, gdy wybrane wydarzenie nie odbyło się lub zostało niedokończone w przypadku wydarzenia z określonym czasem jego zakończenia. W zakładzie wielokrotnym takie wydarzenie ocenia się kursem 1, a zakład jest ważny Jeżeli jednak obstawione wydarzenie odbędzie się przy niezmienionych warunkach zakładów w ciągu dwóch następnych dni kalendarzowych, to zakład jest ważny. Za rozstrzygający uważa się czas, gdzie wydarzenie ma miejsce".

Gracze uważali, że mecz w lidze hiszpańskiej nie został dokończony w ciągu następnych dwóch dni kalendarzowych od momentu jego przerwania (zakończenia) i w związku z tym firma bukmacherska powinna w zakładach wielokrotnych (a więc obejmujących typowania kilku lub kilkunastu pojedynków) uznać go za nierozegrany i wypłacić pieniądze za pozostałe trafne typy. Natomiast jeśli ktoś obstawił tylko ten jeden mecz, powinna mu być zwrócona stawka, jaką obstawił.

Gracze twierdzili, że na decyzji, iż zakłady są nadal ważne i trzeba czekać na dogranie meczu zyskuje firma bukmacherska. Dlaczego? W momencie przerwania pojedynku w Madrycie był remis 1:1, co można było traktować jako niespodziankę. Z pewnością więcej typujących obstawiało zwycięstwo Realu Madryt, który był faworytem. Miało to kolosalne znacznie dla wypłaty ewentualnych wygranych. Jeśli po dograniu meczu wynik 1:1 nie uległby zmianie, wszystkie kupony, na których nie widniał taki typ - są przegrane.

Gdyby postanowiono, że na kuponach typujących mecz w Madrycie zostaje to spotkanie unieważnione firma bukmacherska musiałaby wypłacić wygrane wszystkim grającym, którzy dobrze wytypowali wyniki innych spotkań, a niekoniecznie trafili wynik w Madrycie. Firma bukmacherska jednak nie zarobiła, bowiem Real Madryt w nieprawdopodobnych okolicznościach w dogrywanym meczu zdołał strzelić zwycięskiego gola. Na tym, że mecz nie został anulowany nieoczekiwanie zyskali grający, bo ich ewentualne wygrane były wyższe o kurs za mecz w Madrycie.

Warto wiedzieć

- w zakładach bukmacherskich można typować do 32 meczów na kuponie

- maksymalna wygrana netto nie przekracza 50 tys. zł.

- w przypadku wygranej wynoszącej powyżej 2280 zł potrącany jest podatek w wysokości 10 proc.

- najprościej jest obstawić zwycięstwo, remis lub porażkę, ale można wytypować również konkretny wynik.

- każdy zakład ma swój kurs; im wyższy, tym większa może być wygrana, ale równocześnie mniejsze prawdopodobieństwo trafienia; kursy ustalają specjaliści zatrudniani przez zakłady sportowe; często bywają nimi trenerzy, działacze i zawodnicy

- u bukmacherów można postawić niemal na każdą dyscyplinę - od najpopularniejszej w naszym kraju piłki nożnej zaczynając, a na golfie kończąc

- są też przyjmowane zakłady na wydarzenie nie sportowe, np.: wybory na prezydenta, konkurs tańca w programie "Taniec z gwiazdami".

 

piątek, 03 listopada 2006
PUEFA: Wisła znów przegrała, trwa niemoc polskich klubów
ŁW /02.11.2006 21:52
Cleber
Wisła Kraków przegrała na wyjeździe z AS Nancy 1:2 (1:1) w swoim drugim spotkaniu w grupie E piłkarskiego Pucharu UEFA. To druga porażka wicemistrza Polski w rozgrywkach.

Po dwóch kolejkach Wisła ma zerowy dorobek punktowy i o awans do fazy pucharowej będzie musiała walczyć w meczach z FC Basel i Feyenoordem Rotterdam.

Spotkanie na stadionie Marcela Picota rozpoczęło się od zdecydowanych ataków gospodarzy. W 11. minucie było już 1:0. Zdobywcy Pucharu Ligi Francuskiej sprytnie wykonali rzut wolny, piłka trafiła do Kima, który przy biernej postawie Marcina Baszczyńskiego wpakował piłkę do siatki z pięciu metrów.

Siedem minut później brazylijski napastnik mógł podwyższyć prowadzenie, jednak przegrał pojedynek sam na sam z najlepszym w krakowskim zespole Emilianem Dolhą.

Sytuacja ta zmobilizowała piłkarzy Dragomira Okuki. Wiślacy atakowali coraz śmielej. Taka taktyka opłaciła się, bowiem w 32. minucie Jakub Błaszczykowski popisał się precyzyjnym, prostopadłym podaniem do Pawła Brożka, a napastnik Wisły nie dał szans Gennaro Bracigliano.

Niestety, okres dobrej gry wicemistrzów Polski nie trwał długo. W 52. minucie, po błyskawicznym kontrataku, w idealnej okazji znalazł się Kim, jednak minimalnie przestrzelił z 10 metrów. Wiślacy nie wyciągnęli wniosków z tej sytuacji i cztery minuty później przegrywali 1:2. Cleber nie upilnował w polu karnym Pascala Berenguera, który wpakował piłkę do siatki.

Od 68. minuty krakowianie mieli utrudnione zadanie. Po drugiej żółtej kartce czeski arbiter Pavel Kralovec wyrzucił z boiska Norberta Vargę.

Grający w liczebnej przewadze gospodarze uzyskali przygniatającą przewagę. Jedynie dobrym interwencjom Dolhy piłkarze Okuki zawdzięczają rozmiary porażki.

Pomimo słabej postawy krakowianie mogli w Nancy zremisować. Tuż przed końcem regulaminowego czasu gry, po szybkim kontrataku Pawła Brożka do opuszczonej przez Bracigliano bramki nie trafił jednak Michael Thwaite.

Spotkanie Wisły z Nancy było szóstym występem polskiego klubu w historii fazy grupowej Pucharu UEFA. Po czterech porażkach Amiki Wronki fatalną passę kontynuuje Wisła.

W następnej kolejce (23.11) krakowianie będą pauzować. Tydzień później podejmą na własnym boisku FC Basel.

AS Nancy - Wisła Kraków 2:1 (1:1)
Bramki: Kim (11 min.), Pascal Berenguer (56 min.) - Paweł Brożek (32 min.).
Żółte kartki: Frederic Biancalani - Cleber, Norbert Varga, Paweł Brożek.
Czerwona kartka - Norbert Varga (68 min. - za drugą żółtą).
Sędzia: Pavel Kralovec (Czechy).

Nancy: Gennaro Bracigliano - Mickael Chretien, Pape Diakhate, Damian Macaluso, Frederic Biancalani (73 min. - David Sauget) - Pascal Berenguer, Emmanuel Duchemin, Landry N'Guemo, Monsef Zerka - Kim (65 min. - Issiara Dia), Tosin Dosunmu (81 min. - Andre Luiz).

Wisła: Emilian Dolha - Marcin Baszczyński, Dariusz Dudka, Cleber, Michael Thwaite (89 min. - Branko Radovanovic) - Jakub Błaszczykowski, Norbert Varga, Radosław Sobolewski, Mauro Cantoro (64 min. - Jean Paulista), Marek Zieńczuk (59 min. - Piotr Brożek) - Paweł Brożek.

 

 

Wisła - Blackburn: Dramatyczna końcówka
ŁW/PAP /19.10.2006 18:21
Od porażki na własnym boisku z Blackburn Rovers 1:2 (1:0) rozpoczęli piłkarze Wisły Kraków udział w fazie grupowej Pucharu UEFA.
Pierwsi okazję do objęcia prowadzenia mieli krakowianie. W 8. minucie po dośrodkowaniu z prawej strony Jakuba Błaszczykowskiego przed bramką gości stał nie pilnowany Branko Radovanovic, jednak nie sięgnął piłki. W odpowiedzi krakowian "postraszył" David Bentley, który próbował zaskoczyć Emiliana Dolhę strzałem z dystansu. Po chwili sam przed bramkarzem Wisły znalazł się z piłką Morten Gamst Pedersen, lecz z około 10 metrów przestrzelił.

W 28. minucie wicemistrzowie Polski objęli prowadzenie po strzale Mauro Cantoro. Argentyński pomocnik zdecydował się na uderzenie zza pola karnego. Piłka odbiła się od Robbie'ego Savage'a, co całkowicie zmyliło Brada Friedela. Gol Cantoro był premierowym trafieniem w obecnej edycji fazy grupowej Pucharu UEFA.

W końcówce pierwszej połowy goście osiągnęli przewagę. Bliski jej udokumentowania był w 41. minucie Shabani Nonda, który pomylił się minimalnie po zgraniu piłki przez Bennedicta McCarthy'ego.

Po przerwie obraz gry nie zmienił się. Anglicy przeważali i stwarzali coraz groźniejsze sytuacje. W 49. minucie błąd popełnił Nikola Mijailovic, który dał się w polu karnym oszukać Nondzie, ale strzał tego ostatniego zdołał odbić dobrze dysponowany Dolha.

Rumuński bramkarz skapitulował w 56. minucie. Po dośrodkowaniu Bentleya Radosław Sobolewski nie upilnował Savage'a, który popisał się precyzyjną "główką" z kilku metrów.

Po stracie bramki wiślacy zaczęli znów grać śmielej i gra się wyrównała.

W 78. minucie wspaniałą akcję przeprowadził Jakub Błaszczykowski, minął kilku przeciwników, po czym oddał piłkę wychodzącemu na czystą pozycję Jeanowi Pauliscie. Strzał tego ostatniego obronił jednak Friedel.

W końcówce spotkania, gdy wydawało się, że bliżej strzelenia zwycięskiej bramki są krakowianie, gola zdobyli goście. Ku rozpaczy piłkarzy i kibiców "Białej Gwiazdy", do siatki trafił Bentley, który popisał się skuteczną dobitką po strzale McCarthy'ego.

Kolejny mecz podopieczni Dragomira Okuki rozegrają 2 listopada. Na wyjeździe zmierzą się z francuskim AS Nancy.

Wisła Kraków - Blackburn Rovers 1:2 (1:0)
Bramki: Mauro Cantoro (28 min.) - Robbie Savage (56 min.), David Bentley (89 min.).
Żółte kartki: Nikola Mijailovic, Marek Zieńczuk, Mauro Cantoro - Shabani Nonda, Tugay Kerimoglu, Andre Ooijer.
Sędzia: Stefan Johannesson (Szwecja).
Widzów: 11 000.

Wisła: Emilian Dolha - Marcin Baszczyński, Ceber, Dariusz Dudka, Nikola Mijailovic - Jakub Błaszczykowski, Mauro Cantoro, Radosław Sobolewski, Marek Zieńczuk (66 min. - Piotr Brożek) - Branko Radovanovic (84 min. - Paweł Kryszałowicz), Jean Paulista;

Blackburn: Bradley Friedel - Brett Emerton, Andre Ooijer, Zurab Chizaniszwili, Lucas Neill - David Bentley, Tugay Kerimoglu, Robert Savage (87 min. - Aaron Mokoena), Morten Garnst Pedersen (74 min. - Jason Roberts) - Benedict McCarthy, Shabani Nonda.

 

 
1 , 2