cnn
przegląd artykułów internetowych: ONET.PL GAZETA.PL DZIENNIK.PL
Kategorie: Wszystkie | Afery | Biznes | Historia | Kultura | Linki | Nauka | Polska | Prawo | Rozrywka | Sport | Społeczeństwo | Wywiady | Śląsk | Świat
RSS
sobota, 25 listopada 2006
Co trzeci student i co ósmy uczeń korzysta ze stypendiów
Aleksandra Pezda, lat
2006-11-25, ostatnia aktualizacja 2006-11-24 22:57

Pierwszy raport o stypendiach. Prawie 600 tys. studentów i 800 tys. uczniów dostaje stypendium z budżetu państwa. O 350 tys. więcej niż rok temu

Zobacz powiekszenie
Fot. Bartosz Bobkowski / AG
Adam Puchalski studiuje na UW prawo, socjologię i stosunki międzynarodowe. Do naukowego stypendium zabrakło mu 0,02 punktu w średniej. Rok dostawał stypendium MEN za osiągnięcia (1,3 tys. zł co miesiąc), dwa lata stypendium Jana Pawła II od Rady Miasta Warszawy (rok 600 zł i rok 1,3 tys. zł na miesiąc). W osiągnięciu stypendium pomogło: średnia, olimpiady, działalność społeczna - był wolontariuszem, przewodniczącym samorządu


Do studentów i uczniów trafiło w ostatnich dwóch latach prawie 2,5 mld zł z budżetu - wynika z pierwszego w kraju raportu "Rynek Stypendiów w Polsce" przygotowanego przez Akademię Rozwoju Filantropii w Polsce, Metro Group i Fundację Agory.

Drugim dużym fundatorem jest Unia Europejska - na wyrównanie szans uczniom i studentom z małych miejscowości przeznaczyła w latach 2004/2005 oraz 2005/2006 ponad 700 mln zł.

Oprócz tego stypendia fundują samorządy, organizacje pozarządowe, banki i prywatne firmy.

Z budżetu państwa stypendium dostawał w 2005 r. niemal co trzeci student, czyli prawie 600 tys. osób. To o 100 tys. osób więcej, niż w roku poprzednim.

Wśród uczniów (do 18 roku życia) stypendium dostaje 12 proc. To 795 tys. osób w 2005 r., prawie 250 tys. więcej, niż rok wcześniej.

Studenci dostają przede wszystkim stypendia socjalne - od 90 do 280 zł, oraz naukowe 150-600 zł.

Uczniowie dostają szkolne stypendia od 44 zł do 112 zł.

Za dużo za niskich stypendiów

Według raportu, system stypendialny obejmuje zbyt wielką liczbę osób i dlatego są zbyt niskie. - Nie można ich traktować inaczej, niż skromny dodatek do dochodu - uważa socjolog dr Anna Giza-Poleszczuk, współautorka badań.

- Zdarza się, że student dostaje 80 zł miesięcznie socjalnego, a naukowego mniej niż 200 zł - przyznaje Artur Lompart, rzecznik prasowy Uniwersytetu Warszawskiego. - Beneficjentów mamy coraz więcej, a pieniędzy? Lepiej nie mówić. W tym roku UW dostał o cztery miliony mniej, niż rok temu.

Uczelnie są ustawowo zobligowane, żeby przeznaczyć na stypendia socjalne tyle samo pieniędzy, co na naukowe. Jeśli chętnych do puli naukowej jest zbyt wielu, wydziały podnoszą średnią ocen, kwalifikującą do stypendium i w ten sposób ograniczają liczbę stypendystów.

Maciej Chmielewski, który studiuje na prestiżowym MISH na UW, ze średnią 4,9, dostaje 180 zł. Jego zdaniem "lepiej motywować najlepszych, niż żeby wielu dostawało małe kwoty".

- Jesteśmy zablokowani, tak sztywne są reguły stypendiów socjalnych - mówiła na wczorajszej debacie nad raportem Hanna Palska, prorektor warszawskiej Collegium Civitas. - Stypendium dostanie uczeń, w którego rodzinie dochód na głowę nie przekracza precyzyjnie 569 zł. Ma 570 i już nie możemy mu pomóc - ubolewała Palska.

Chaos stypendialny

- Organizacje rozdzielające stypendia nie współpracują i często "strzelają do jednej tarczy", czyli udzielają stypendiów tym samym grupom - mówiła dr Giza-Poleszczuk.

Z raportu wynika też, że za mało o stypendiach wiedzą najbardziej zainteresowani: - Studenci, owszem, jako tako się orientują, ale licealiści czekają aż stypendium samo przyjdzie. Nie szukają na własną rękę.

Według dr Gizy-Poleszczuk nie jest to zresztą takie łatwe. Kiedy w wyszukiwarkę wstukamy "stypendium", dostaniemy linki do milionów haseł. To zniechęca. Potrzebny jest portal internetowy dla stypendystów.

Taki portal powstał na bazie Raportu. Strona www.mojestypendium.pl ma tym co dają dotarcie do stypendystów, a uczniom - znalezienie stypendium.
Bez seksu, bez sensu
Wiesław Sokoluk
Czy można obyć się bez seksu? Czym to grozi? Kiedy to się udaje? Jakie życie toczy się w białych małżeństwach? Dlaczego nie ma oziębłych kobiet? O znaczeniu seksu i o tym dlaczego potrzeby seksualne ludzi są różne z Wiesławem Sokolukiem rozmawia Dorota Krzemionka.
Dorota Krzemionka: – Czy można obyć się bez seksu?
Wiesław Sokoluk: – Można. Tylko po co?

– Ale niektórzy z niego rezygnują...
– O rezygnacji możemy mówić wtedy, gdy istnieje sprawność seksualna i potrzeba. Czyli chcę i mogę uprawiać seks, ale z tego rezygnuję. Można bez niego żyć. Pod warunkiem głębokiej akceptacji tej decyzji. Natomiast jeśli abstynencja jest w jakiś sposób wymuszona, na przykład zaburzeniami seksualnymi, niesprawdzeniem się w tej dziedzinie lub traumą, to nie mamy do czynienia z rezygnacją. Bywa, że w takich wypadkach człowiek uwzniośla swą niemożność, dorabia sobie do niej ideologię.
– Przynajmniej część młodych osób wstępujących do zakonu ma potrzeby seksualne i akceptuje je, a mimo to rezygnuje z ich zaspokajania.
– Choć nie wszystkim się to udaje. Mimo że mają umowę z nie byle kim, bo z panem Bogiem, to niektórzy ją łamią. Można zrozumieć ich trudności. Tym bardziej, że część z nich przed wstąpieniem do seminarium była aktywna seksualnie. Jeśli mają jakieś doświadczenia w tej dziedzinie, to jest im tym trudniej. Bo wiedzą, co tracą.

– Jakie mogą być konsekwencje abstynencji seksualnej?
– Pojawia się frustracja, bo potrzeba seksualna ma skłonność raczej do kumulacji niż rozpływania się. Być może niezaspokajanie jej przez długi czas sprawia, że następuje jakaś adaptacja. W końcu z powodu braku seksu nikogo szlag nie trafi. Ale z seksem wiąże się wiele innych ważnych rzeczy. Kiedy ktoś podejmuje decyzję o wstrzemięźliwości, to sądzi, że dotyczy to tylko odbywania stosunków płciowych. Tak naprawdę rezygnuje z wielu innych ważnych ludzkich potrzeb, które są przy okazji seksu realizowane. Z seksem wiąże się bowiem intymna bliskość z drugim człowiekiem, miłość, jakiś rodzaj więzi emocjonalnej, poczucie bezpieczeństwa i przynależności do kogoś. Oczywiście, można sobie wyobrazić różne sublimacje, ale to się jakoś nie sprawdza w praktyce.

– Nie sprawdza? Wydaje się, że osoby, które mają pasjonujące zajęcie, które się twórczo realizują, rozładowują w ten sposób napięcie seksualne?
– Trzeba by najpierw ustalić, jaka była ich potrzeba seksualna, zanim zaczęli oddawać się swojej pasji, i czy mieli warunki do jej realizacji. Wtedy można sprawdzić, na ile to zajęcie sprawiło, że potrzeba seksualna została zaspokojona, a na ile było ono zamiast seksu. Prowadziłem szkolenie dla nauczycieli zajmujących się osobami niepełnosprawnymi. Pewien nauczyciel wychowania fizycznego stwierdził: „Jak ich ćwiczę tak długo, że są zmordowani, a i tak nadal im się chce. I co mam zrobić?”.
– Jakie są skutki tłumienia potrzeby seksualnej?
– Jeżeli jakaś ważna potrzeba jest represjonowana, to albo trzeba ją uwznioślić, stworzyć warunki, które ją usprawiedliwiają, albo zdeptać, zwulgaryzować, pokazać jako coś plugawego. Przykładem jest to jak traktuje się inicjację seksualną. Nie słyszałem, żeby o inicjacji mówiono z młodymi ludźmi pozytywnie. Głównie się ich straszy jej skutkami. Gdyby tak było, to większość z nas byłaby pokaleczona, bo większość jednak inicjowała niekoniecznie w noc poślubną.

– Czy uwznioślanie i zdeptywanie może odbywać się na przemian?
– Tak. I powoduje charakterystyczną ambiwalencję. Weźmy na przykład niektórych polityków i poziom agresji, z jaką poruszają zagadnienia związane z seksem – inkwizycją im wtedy z oczu patrzy. W naszym kraju gorliwie zajmujemy się tylko szóstym przykazaniem, o innych zapominamy, choć szkody społeczne z powodu ich przekraczania są równie duże, a może większe. Spowiednicy w konfesjonale często robią z kobietami wywiad seksuologiczno-ginekologiczny. Trudno jest zrezygnować z seksu bez represjonowania, bez uwznioślania, gdy mam szacunek dla seksu, a równocześnie z tego rezygnuję i nie namawiam innych, by zrobili to samo. Przypominam sobie przypowieść, którą opowiadał mi Wojciech Eichelberger: „Dwóch mnichów buddyjskich – młody i stary – wracało do klasztoru. Padał deszcz i było błoto. Młoda, piękna kobieta poprosiła, żeby ją przenieśli przez kałużę. Młodszy wahał się, bo reguły zakonne zabraniały mu dotykać kobiet. A starszy bez namysłu przeniósł ją przez kałużę. Poszli dalej. Ale młodszy wciąż był zadumany. W końcu nie wytrzymał i mówi: »Mistrzu, dlaczego dotknąłeś tej kobiety? Przecież nam nie wolno«. A starszy mnich na to: »Widzisz, ja ją przeniosłem, postawiłem i poszedłem dalej, a ty ją ciągle niesiesz«”. Im bardziej spychamy potrzebę seksualną do podziemia, tym bardziej zaprząta ona nasze myśli, uczucia, i to w sposób niekontrolowany.
– A przecież istnieją białe małżeństwa, które dobrowolnie rezygnują z seksu...
– Pytanie, czy nie ma tam życia pozagrobowego? Jeśli małżeństwo jest grobem miłości, to związek pozamałżeński jest życiem pozagrobowym. Jakie są rzeczywiste motywy tej rezygnacji? Być może z jakichś powodów partnerzy nie mogą się rozejść, ale ich atrakcyjność seksualna wygasła. Tak przyzwyczaili się do siebie, że seks byłby kazirodztwem. Ewolucja nie przewidywała tak długich związków, z czasem następuje habituacja i próg reakcji na pewne bodźce się podnosi – już nie działają tak jak kiedyś. Czasem udaje się zachować atrakcyjność. Widziałem taką parę w kawiarni – oboje mieli po ponad 70 lat. Ona trącała go kolanem pod stołem. On czasem unosił głowę znad kawy i patrzył na nią z taką charakterystyczną iskierką. Często jednak namiętność wygasa, a wiele innych sił wiąże. Czasem postanawiają nie współżyć ze względu na swoje przekonania. Ale o tym nie opowiadają. Jeśli natomiast publicznie deklarują, że są białym małżeństwem, to jest dla mnie wysoce podejrzane.

– Od czego zależy siła potrzeby seksualnej?
– Każdy z nas ma indywidualny poziom i dynamikę potrzeby seksualnej. To się zmienia na przestrzeni życia, inaczej u mężczyzn, inaczej u kobiet. Mężczyźni mają największe napięcie seksualne wtedy, gdy zarazem mają najmniejszą możliwość jego sensownego rozładowania. Z wiekiem to napięcie słabnie.
– Pamiętam, że Carl Rogers w wieku 75 lat napisał, że ma taką samą potrzebę seksualną jak w wieku 30 lat...
– Mówię o napięciu seksualnym. Potrzeba seksualna obejmuje dwa w jednym: potrzebę więzi i potrzebę rozładowania napięcia seksualnego. Zainteresowanie pozostaje, ale napięcie spada. Nie całkiem i nie u wszystkich. 3 proc. mężczyzn po 80-tce ciągle jeszcze codziennie odbywa stosunki.

– Czy im bardziej regularne współżycie, tym dłużej utrzymują się możliwości?
– Tak, to usprawnia reakcje seksualne.

– U kobiet też?
– Stan pochwy u kobiet aktywnych seksualnie i mających satysfakcję znacznie wolniej ulega zmianom atroficznym po klimakterium. A z wiekiem ich potrzeba seksualna rośnie. Można powiedzieć, że najlepsze lata w życiu seksualnym kobiety to przełom lat 30. i 40. Paradoks polega na tym, że w tym momencie kobieta zauważa już znaki czasu na swoim ciele, a równocześnie z punktu widzenia jej seksualności są to najlepsze lata. Jest dojrzałą i świadomą swych pragnień osobą.

– Statystycznie ujmując, duże szanse na dopasowanie potrzeb seksualnych miałby związek 40-letniej kobiety z 20-letnim mężczyzną?
– Tak, będą dobrym związkiem na 10 lat. Potem atrakcyjność w związku spadnie, ona dostanie wariacji na punkcie swego ciała i będzie zazdrosna o partnera.
– Im mężczyzna ma mniejsze możliwości seksualne, tym szuka sobie młodszej partnerki. Dlaczego?
– Z punktu widzenia seksuologii to ma sens, bo wzmaga dynamikę jego potrzeby seksualnej. Mężczyźni niestety rozgrywają życie rywalizacyjnie i zadaniowo, a posiadanie młodej kobiety wzmacnia ich i nakręca. Stąd szaleństwa panów i zawały nad ranem. Natomiast z punktu widzenia prokreacji to jest niedobry pomysł, bo wzrasta możliwość spłodzenia dziecka uszkodzonego. Starość była nieprzewidziana. Zwierzaki żyją tak długo, jak długo trwa ich aktywność płciowa. Gdy się kończy, to one giną dość szybko.

– Co jeszcze wpływa na poziom potrzeby seksualnej?
– Aktywność i zdrowie psychiczne. Często spadek potrzeby seksualnej jest pierwszym sygnałem depresji. Pora dnia i roku też mają znaczenie. Mimo że człowiek jest zwierzęciem polirujowym, czyli jego potrzeba seksualna utrzymuje się przez cały rok, to w okresie wiosenno-letnim ta potrzeba rośnie. Czasem gwałtowne wydarzenia i totalne zagrożenie życia paradoksalnie powodują wzrost napięcia seksualnego.

– Dlaczego?
– Są co najmniej dwa tego powody. Biologiczny, by zapewnić przetrwanie gatunku. I ludzki, bo seks zapewnia obniżenie stresu. Mówimy o sytuacjach, gdy zagrożona jest cała populacja. Przykładem może być stan wojenny, którego owocem był wyż demograficzny lat 80. Choć czasem ludzie używają seksu też z zupełnie innych, nieseksualnych powodów – kompensacyjnie, zamiast czegoś.
– Kiedyś mężczyzna szukał pomocy, bo chciał, a nie mógł. Teraz może, ale nie chce. Woli poserfować w Internecie.
– Chce, ale potrzebę zaspokaja w inny sposób. Gdyby w ogóle stracił zainteresowanie i robił w komputerze tylko sprawozdania i kalkulacje, to byłby problem. Życie wymaga dziś od nas więcej energii niż kiedyś. Każdy dodatkowy wysiłek staje się problemem, choć seks jest najlżejszym z ludzkich wysiłków. Korzystamy z okazji, by zrobić to prościej, choć jak każde uproszczenie seks wirtualny jest żałosny.

– W badaniach, które prowadzili Russell Clark i Elaine Hatfild, profesor psychologii z Uniwersytetu Hawajskiego, średnio atrakcyjna osoba składała komuś dość obcesową propozycję. Na taką propozycję zgodziło się aż 70 procent panów i ani jedna kobieta.
– Pewien pułkownik spytany, co jest źródłem jego miłosnych sukcesów, stwierdził: „Podchodzę i pytam: »Czy pani Marysieńska nie dałaby mi d...?«. „Ale, panie pułkowniku, za takie coś można w pysk dostać” – oburzył się słuchacz. „Można, ale częściej dostaje się to, co się chce”. Dla kobiety atrakcyjność partnera opiera się na większej liczbie parametrów. Ale gdy się wyciśnie oczekiwania kobiet wobec mężczyzn, to okazuje się, że chodzi im o skrzyżowanie komandosa z siostrą miłosierdzia. Tylko, że te gatunki ciężko się ze sobą krzyżują. Nawiasem mówiąc, po antykoncepcji hormonalnej zmieniają się kobietom preferencje co do typu mężczyzny. Bardziej poszukują wtedy opiekuna niż rozpłodowca, bo są w stanie jakby ciąży hormonalnej, więc prokreacja odpada.
– Kiedyś mężczyzna szukał pomocy, bo chciał, a nie mógł. Teraz może, ale nie chce. Woli poserfować w Internecie.
– Chce, ale potrzebę zaspokaja w inny sposób. Gdyby w ogóle stracił zainteresowanie i robił w komputerze tylko sprawozdania i kalkulacje, to byłby problem. Życie wymaga dziś od nas więcej energii niż kiedyś. Każdy dodatkowy wysiłek staje się problemem, choć seks jest najlżejszym z ludzkich wysiłków. Korzystamy z okazji, by zrobić to prościej, choć jak każde uproszczenie seks wirtualny jest żałosny.

– W badaniach, które prowadzili Russell Clark i Elaine Hatfild, profesor psychologii z Uniwersytetu Hawajskiego, średnio atrakcyjna osoba składała komuś dość obcesową propozycję. Na taką propozycję zgodziło się aż 70 procent panów i ani jedna kobieta.
– Pewien pułkownik spytany, co jest źródłem jego miłosnych sukcesów, stwierdził: „Podchodzę i pytam: »Czy pani Marysieńska nie dałaby mi d...?«. „Ale, panie pułkowniku, za takie coś można w pysk dostać” – oburzył się słuchacz. „Można, ale częściej dostaje się to, co się chce”. Dla kobiety atrakcyjność partnera opiera się na większej liczbie parametrów. Ale gdy się wyciśnie oczekiwania kobiet wobec mężczyzn, to okazuje się, że chodzi im o skrzyżowanie komandosa z siostrą miłosierdzia. Tylko, że te gatunki ciężko się ze sobą krzyżują. Nawiasem mówiąc, po antykoncepcji hormonalnej zmieniają się kobietom preferencje co do typu mężczyzny. Bardziej poszukują wtedy opiekuna niż rozpłodowca, bo są w stanie jakby ciąży hormonalnej, więc prokreacja odpada.
– Manuela Gretkowska powiedziała kiedyś, że mężczyzna to nieskomplikowane urządzenie – ma tylko jedną dźwignię.
– Coś w tym jest, seksualność kobiet jest bardziej złożona. Neurofizjolodzy twierdzą, że są trzy zupełnie odrębne drogi fizjologiczne, które mogą być odpowiedzialne za orgazm u kobiet. Jak mówi mój kolega: „Nie ma kobiet oziębłych, tylko u niektórych orgazm zbyt długo się zastanawia, którą drogę wybrać. A gdy już wybierze, to jest za późno”. Jeśli coś jest skomplikowane, to trudniej to uruchomić i łatwiej zepsuć. Ale niepokoi mnie to, że gdy mówi się o różnicach między płciami, to za tym idzie przekonanie o wyższości jednej płci nad drugą. W naturze wszystko jest przemyślane i komplementarne. Siła kobiet jest ogromna, bo czyni nas mężczyznami. A to, że jesteśmy, nakręca waszą kobiecość. I niech tak zostanie.

– Dziękuję za rozmowę.

Wiesław Sokoluk jest pedagogiem, seksuologiem i terapeutą. Przez wiele lat prowadził terapię czynnościowych zaburzeń seksualnych oraz terapię par. Zajmował się też edukacją seksualną i profilaktyką HIV/AIDS. Specjalizuje się w seksuologii rozwojowej. Jest członkiem Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego. Napisał „Wychowanie do życia w rodzinie. Poradnik metodyczny dla nauczycieli” oraz – razem z Ewą Klepacką – książkę „Seks czemuś smutny, antyporadnik dla tych, którzy grają o miłość”.
 
Źródło: Charaktery
 
środa, 01 listopada 2006
Odpowiedziała: Dam sobie radę, mamo cz. 1
Bożena Aksamit, Piotr Głuchowski
2006-10-31, ostatnia aktualizacja 2006-10-27 21:25

Laski napisały w zeszycie żalów, że chłopaki Anię prześladują. I nic. Musiała zapłacić życiem, żeby się nami wreszcie zainteresowali

Poniedziałek

Dwa dni po samobójstwie Ani w gdańskim Gimnazjum nr 2 trwają normalne zajęcia. Łukasz i koledzy z II f jak co rano przyjechali gimbusem ze swojego Kiełpina. W drodze było jajcowanie - ni mniejsze, ni większe niż zwykle. Puszczali SMS-y. Opowiadali sobie "Mumię", która poprzedniego dnia leciała na TVN. O Ani nie rozmawiali. Dopiero w szkole.

Wiadomość idzie z ust do ust jeszcze przed pierwszą lekcją.

- Dziewczyna z II f powiesiła się na skakance.

Chłopcy ustalają, że filmik, który skręcili w piątek, lepiej skasować. Bo jednak może być dym.

Daria, trzecioklasistka: - Po pierwszej lekcji chłopaki od nas opowiadali sobie, że była zajebista jazda, bo kolesie z II f obracali laskę i cała klasa miała bekę. A na długiej przerwie nasze laski mówiły już, że dziewczyna się w weekend powiesiła. Na początek nawet nie zakumałam, że to ta sama, ale zaraz potem już wszyscy wiedzieli.

- Nauczyciele też? - pytamy.

- Nie. Nauczyciele to potem.

Jacek z II f: - W poniedziałek to jeszcze była atmosfera jaj. Willy, czyli Łukasz, chodził nawet dumny. Michał, co kręcił komórką, też. Tamci, reszta, bardziej posrani. Tylu ludzi już wiedziało, że musiało się wydać.

Daria: - Cała klasa widziała przecież tę jazdę.

Dyrektor: Nie sprawiali większych kłopotów

Trzy dni wcześniej, w piątek, polonistka Maria K. wyszła z II f, by na polecenie dyrektora przygotowywać do apelowego występu trójkę dzieci z innej klasy. Poprosiła kolegę prowadzącego lekcje w sali obok, by od czasu do czasu zajrzał do jej podopiecznych.

Zajrzał raz. Kiedy wyszedł, Łukasz z Mateuszem i trzema innymi 14-latkami wyciągnęli Anię z ławki. Nikt z 25-osobowej klasy nie protestował, gdy szarpiąc i popychając, prowadzili dziewczynkę pod tablicę.

Sandra z II f: - Anka była cała sztywna ze strachu. Już wcześniej miała z nimi do czynienia. Wyzywali ją od najgorszych. Zaczepiali w gimbusie, na korytarzu, rzucali mięchem. Kurwo, szmato.

Dyrektor szkoły Mirosław Michalski kilka dni później do dziennikarzy zebranych pod szkołą: - Ani ci chłopcy, ani Ania nie sprawiali większych problemów wychowawczych. Zdarzały się pojedyncze incydenty, ale nie było to nic wielkiego. Spożywanie posiłków czy picie napojów podczas zajęć. Takie rzeczy się zdarzają wśród dzieci.

Sandra: - Rzucali w Ankę kawałkami jedzenia, pluli na nią. Ona była taka trochę ofiara. Drobna, cicha. I taka ładna.

- Dzieci bywają teraz potwornie rozwydrzone - mówi nauczycielka, która uczyła Anię jeszcze w podstawówce w Kiełpinie. - A ona była podobna do tych uczniów, których pamiętam sprzed dwudziestu, trzydziestu lat. Grzeczna, pilna, obowiązkowa. Uczynna, skromna. Gdy coś trzeba było w szkole zrobić, od razu zgłaszała się do pomocy. Zbyt delikatna, by rozpychać się łokciami, radzić sobie z tym dzisiejszym chamstwem.

Iwona: Przestańcie się wygłupiać!

Na co dzień w spodniach i w jasnym sweterku, gdy szła na imprezę, Ania potrafiła wyglądać szałowo.

Sandra: - Pomadka, paznokcie... Miała ekstrafigurę. Mateusz się chyba podkochiwał i ten Łukasz też.

- Tam od razu podkochiwał... - Wiktoria jeździła tym samym gimbusem co Ania i jej prześladowcy. - Oni nie wiedzą, co to miłość. Dla nich laska to świnia. Tak o dziewczynach mówią: "poznałem zajebistą świnię". Wszyscy tak mówią. Dla nich miłość to taka, jak sobie na filmach z sieci ściągają. Dwóch pajaców obraca laskę na rożnie. To jest miłość dla takiego kartofla. Sama słyszałam, jak jeden opowiadał, że wyrwał dupę na imprezie, nie chciała się z nim całować, to ją wylutował o mur i mu dała.

Pod tablicą chłopcy pchnęli Anię na ścianę. Jeden stanął przy drzwiach - na czatach. Ania jeszcze nie płakała. Przerażonym wzrokiem szukała swej przyjaciółki Iwony. Iwona siedziała w ławce. Milczała, gdy chłopcy, ciągnąc za obie ręce i nogę, rzucali Anię na ławkę. Dopiero kiedy zaczęli jej rozpinać spodnie, krzyknęła: - Przestańcie się wygłupiać!

- Odpierdol się! - rzucił jeden z piątki.

- Klasa przez to, że nie zareagowała, była tak naprawdę współuczestnikiem napaści - mówi Wisanna Szymańska, psycholog i konsultant ośrodka kształcenia nauczycieli z Trójmiasta. - Nauczyciele zachowali się podobnie. Gdyby Ania nie popełniła samobójstwa, nic by pewnie nie zrobili, bo dopóki nie wybuchnie skandal, to w szkole przymyka się oko na różne wybryki.

Wtorek

We wtorek po południu dyrektor "dwójki" wysyła do kuratorium lakoniczny faks. Informuje, że jedna z uczennic popełniła w domu samobójstwo. O tym, co się stało w piątek - ani słowa.

Dyrektor twierdzi, że zostawianie dzieci samych w sali nie jest w jego szkole normą. Pytani przez nas uczniowie z kilku klas mówią, że to się zdarza. Jeden z nich przedstawiający się w internecie jako "skinner, uczeń gimn. nr 2" napisał na portalu wp.pl: "Mówiąc krótko o nauczycielkach od polskiego... one w czasie lekcji przychodzą jedna do drugiej i plotkują na oczach całej klasy, śmieją się i głupio patrzą. Dyrektor też udaje głupiego i nic nie widzi. Mydlą oczy, że to nie wina szkoły".

Dyrektor: - W tym fatalnym przypadku zadziałał splot nieszczęśliwych okoliczności. Między uczniami był jakiś zadawniony konflikt, traf chciał, że do przesilenia doszło akurat w klasie.

- Ale po tym, gdy już pan wiedział, że dziewczynka się zabiła, chłopcy dalej chodzili na lekcje. Najlepiej udawać, że nic się nie zdarzyło?

Dyrektor: - Miejscem tragedii był dom.

- Dlatego nie zgodził się pan, aby uczniowie mogli postawić przed szkołą znicz?

- Między innymi dlatego.

Psycholog: To był gwałt

Kiełpino Górne - obrzeże Gdańska. Stara kaszubska wieś w ostatnich latach przekształciła się w zasobne osiedle willowe: rezydencje nowych mieszkańców toną w żółtych o tej porze roku ogrodach. Między nimi odremontowane, ogrodzone na nowo domy chłopów, którzy kilka lat temu podzielili ziemię na działki budowlane i do dzisiaj dobrze z tego żyją. Rodzice Ani i piątki jej prześladowców to właśnie miejscowi.

W czerwcu ojciec Ani skończył budowę nowego domu. Przenieśli się we czworo z mniejszego, w którym Ania musiała dzielić pokój ze starszym bratem Patrykiem. Teraz dostała własny.

- Tak się cieszyła... - mama Ani jest blada, ale spokojna. Rozmawiamy na schodach nieotynkowanej jeszcze willi. - Napiszcie, że ja matkom tych chłopców z serca współczuję i wybaczam.

Rodzina Ani mieszka tu od pokoleń. Rodziny chłopców napastników w większości tak samo. Jeden z nich, Mateusz, to kuzyn ofiary.

- Nie będziemy na siebie skarżyć dziennikarzom - ojciec Ani wychodzi z domu i obejmuje żonę. - Nie obwiniam nikogo i wy też nie obwiniajcie, dopóki nie będziecie pewni.

Sąsiad mówi, że do ojca ciągle jeszcze nie dotarło, co się naprawdę stało córce.

- A to był gwałt, i do tego potworny - tłumaczy Wisanna Szymańska. - Najgorsze, co można zrobić piętnastoletniej dziewczynce, to rozebrać ją i obmacywać w obecności rówieśników. Dzieci w tym wieku potrafią się zamartwiać z powodu pryszcza, przetłuszczonych włosów. Dobra opinia w grupie rówieśników jest ważniejsza od dobrych ocen, od opinii rodziców. Dzieci potrafią się zabić z bardziej błahego powodu niż to, co spotkało Anię.

Policjant: Poczuli, że mogą wszystko

Piątkowa napaść na Anię trwała prawie 20 minut. Pchnięta na ławkę dziewczynka, leżąc na plecach, próbowała się jeszcze wyrwać. Iwona - w swojej ławce - zaczęła płakać. Dwie inne koleżanki wstały z ławek, prosząc: "przestańcie". Łukasz i koledzy nie przestali. Po spodniach ściągnęli Ani majtki. Dziewczynka - trzymana za obie ręce - zaciskała powieki, gdy jeden z napastników wkładał jej ręce między nogi.

Sandra: - Powtarzał przy tym coś w stylu: "I co teraz? Kurwa! I co?". A ci debile w ławkach jeszcze się chichrali, walili w blaty. Mieli polewkę.

- Nie przyszło ci do głowy, by pobiec po pomoc?

- Myślałam, że nauczycielka zaraz wejdzie. Wejdzie i może jeszcze złapie ich na gorącym uczynku.

- Ale nikt nie wchodził.

- No właśnie. Wszystkich nas jakoś zamurowało. Ankę chyba też. Zaciśnięta taka w sobie była. Jakby jej tu nie było, jakby odleciała. Leżała, a ci debile kręcili na komórę. Michał kręcił. A Willy od razu obiecywał chłopakom z klasy, że da im przegrać film. Dwaj z ławki zaczęli w ich stronę czymś rzucać. I tak to trwało, aż Ania się im wyrwała i uciekła na drugą stronę klasy. To ci za nią pobiegli. Skakali wokół niej jak małpy. Oni już nie pierwszy raz ją gnoili.

Policjant, który dzień później przesłuchiwał chłopców, mówi, że prześladowali Anię co najmniej od września. - Chodziło o zaimponowanie klasie. Znaleźli sobie ofiarę. Dziewczynka nie umiała się bronić, nie skarżyła się dorosłym. To pozwalali sobie na coraz więcej. W końcu poczuli, że mogą sobie pozwolić na wszystko. Wiedzieli, że Ania nie będzie stawiać oporu. Klasa nie była w stanie się im przeciwstawić, bo większości takim zachowaniem imponowali, a reszta się ich po prostu bała.

Środa

Mieszkańcy Kiełpina opowiadają, że latem tego roku Łukasz, Mateusz i kilku innych nastolatków - świeżych absolwentów tutejszej podstawówki - popili wina. Skopali samochody nauczycieli stojące pod ich byłą szkołą.

Po wsi szybko się rozniosło, kto to zrobił. Ale kary nie było. Ojciec jednego z chłopców powiedział nauczycielce z podstawówki, żeby porozmawiała raczej z jego adwokatem niż z dzieckiem.

W środę rano, gdy gwałt na Ani był już pierwszą informacją w gdańskiej prasie i radiu, do "dwójki" - jeszcze przed dziennikarzami - przyjechała policja. Cała piątka - Mateusz, Łukasz, Dawid, Michał i Arkadiusz - została zabrana na odległą o kilometr komendę. Po kilku godzinach przyjechali z Kiełpina

ojcowie.

- Chłopak jest słabego zdrowia, a traktują go jak przestępcę - powiedział dziennikarzom tata Łukasza.

Ojciec Mateusza nie ukrywał złości. - Wy robicie to samo co policja - rzucił w stronę kamer. - Morderców z dzieci robicie! A mój syn tylko tę dziewczynę podszyczypywał. Takie rzeczy są u dzieciaków normalne. Czy za naszych czasów tego nie było?

- Ona podobno już wcześniej planowała samobójstwo - dopowiedział ojciec Dawida.

- Od pilnowania porządku w klasie jest nauczyciel. A dziennikarze nie są od tego, żeby decydować kto winny, a kto nie - orzekli ojcowie wspólnie.

- Media robią tu tylko niepotrzebną sensację. A nam trzeba ciszy i spokoju, by dyrekcja szkoły mogła wykonywać należne czynności - oświadczyła na schodach "dwójki" wiceprezydent Gdańska ds. oświaty Katarzyna Hall. - Tę sprawę trzeba wyciszyć.


Odpowiedziała: Dam sobie radę, mamo cz. 2

Psycholog: Anonimowość rodzi bezkarność

"Dwójka" to betonowy, trzypiętrowy blok. Do ścisłego centrum Gdańska pięć minut piechotą. Przed szkołą płot z zielonej siatki, zakurzone boisko, wyszczerbione schody, w środku szare, pamiętające PRL korytarze. W klasach 20-30 dzieci. W sumie 600.

- By prawidłowo kontrolować rozwój uczniów w szkole, nie powinno być ich więcej niż 400 - mówi psycholożka Szymańska. - Kiedy jest pół tysiąca, nauczyciele tracą kontakt z dziećmi, często mają nawet problemy z ich rozpoznawaniem, nie mówiąc już o jakimkolwiek procesie wychowawczym. Młodzież jest anonimowa w takim tłumie. A anonimowość rodzi poczucie bezkarności. Uaktywniają się jednostki agresywne. Dzieci wrażliwe, gdy znajdą się w mniejszości, zaczynają się zachowywać podobnie, by po prostu przetrwać. Agresja staje się normą.

- Te, hieny! Hawudeer! - śliczna uczennica z kolczykiem w nosie, która stoi na przystanku tramwajowym pod szkołą, pokazuje dziennikarzom środkowy palec.

HWDP to hasło grafficiarzy wypisywane na murach. Tylko w najbliższej okolicy "dwójki" widać je w dwóch miejscach - na znaku drogowym i ścianie kiosku z napojami.

Znaczy: "Huj w dupę policji".

HWDR to zawołanie, które dzieci z "dwójki" przekazują sobie od środowego ranka.

Znaczy: "Huj w dupę radiostacji".

- Radio to hieny i oszuści - powtarza dziewczyna z kolczykiem. Nie chce się przedstawić. Ale tramwaj nie nadjeżdża, więc w końcu z nudów zaczyna z nami rozmawiać. Zna Dawida - jednego z piątki.

- Normalny kolo. Przecież to na niby było, taki dżakas. Dawid i Willy nie pierwszy raz jakieś jaja wkręcali. Wysyłali to na maksiora.

Koledzy dziewczyny z kolczykiem, którzy od dłuższej chwili słuchają naszej rozmowy, potakują ze śmiechem. Co rusz popychają jeden drugiego na przechodzących chodnikiem ludzi.

Dżakas to filmik własnej roboty kręcony zwykle po to, by umieścić go w internecie.

Popularne dżakasy: nastolatek skacze po dachach zaparkowanych samochodów, dwaj chłopcy okradają budkę z hot dogami i uciekają. Są też ostrzejsze produkcje. Na wspomnianej przez gimnazjalistkę stronie www.maxior.pl link "śmieszne filmy" prowadzi przez obrazki udawanych strzelanin, gwałtów i bijatyk. Obok autentycznie dowcipnych i w większości niegroźnych obrazków z życia ludzi na całym świecie są (udawane) scenki przebijania głowy siekierą, wycinania wnętrzności itp.

Kiedy tramwaj zabiera uczennicę z kolczykiem i jej kolegów, zza zamkniętych drzwi cała trójka pokazuje nam na pożegnanie faki. Drugą ręką dziewczyna znacząco klepie się po biodrze.

- To jest zgraja dzikich - mówi ekspedientka z kiosku ruchu sąsiadującego z "dwójką". - Przybiegają tu po gumę, po papierosy... Ledwo co mu głowa sterczy w okienku i już chce palić. Gonię ich. Wyzywają mnie. Mają usta pełne śmieci.

Brat: Przemoc była normalką

Gwałcona na ławce Ania po kilku minutach uciekła przed napastnikami. Chwilę miotała się bezradnie po klasie, biegając z kąta w kąt. Nastolatki w ławkach cały czas krzyczały i gwizdały. Zaszczuta dziewczynka przewróciła się o któryś z tornistrów, gdy próbowała w biegu zapiąć spodnie.

- W nocy mi się to od nowa przyśniło - mówi Sandra. - Normalnie jakbym tych debili widziała jeszcze raz.

Gwałciciele krzyczą, biegnąc za Anią: "uuuuuaaaaa!!!". Spomiędzy ławek lecą niewybredne uwagi: "pokaż więcej!". Ścigana kuli się pod biurkiem nauczycielki, ale Łukasz i reszta dopadają ją także tutaj. Michałowi pierwszy film w komórce już się skończył. Zaczyna kręcić drugi raz. Kilka dziewcząt krzyczy: "wystarczy!", ale nikt Ani nie pomaga. Wreszcie napastnicy zaczynają się nudzić. Widowni też ubywa. Dwaj uczniowie jedzą w ławce śniadanie, dwaj inni puszczają po podłodze metalowe krążki. Ania ucieka z klasy. Płacząc, biegnie przez pusty szkolny korytarz, potem przez boisko. Zatrzymuje się na przystanku.

Polonistka wraca przed dzwonkiem. Zauważa brak Ani i płaczącą Iwonę. Pyta, co się stało. Iwona nie chce mówić. Dopiero na osobności zdradza: chłopaki dokuczali Ance, obmacywali ją. Nauczycielka informuje wychowawczynię II f. Ta dzwoni do Kiełpina. W domu Ani słuchawkę telefonu podnosi brat. Polonistka, sądząc, że rozmawia z ojcem, prosi o szczególne zajęcie się córką, bo "w szkole był jakiś incydent".

Patryk też chodził do "dwójki". Nie wspomina jej dobrze: - Przemoc była normalką. Moczyli pierwszakom głowy w toalecie, bili na zlecenie. Można było zapłacić silniejszemu za pobicie, jak się kogoś nie lubiło.

Mama Ani: - Wcześniej syn tego nie mówił. Jak mieliśmy wybrać szkołę dla córki, to specjalnie się zdecydowaliśmy na tę samą, do której Patryk chodził. Myśleliśmy, że jak Łukasz, Mateusz i inni chłopcy z Kiełpina tam chodzą, to będzie dla Ani lepiej i bezpieczniej, niż gdyby miała się uczyć z obcymi. Przecież Mateusz to nasza rodzina...

Czwartek

Na pierwszym policyjnym przesłuchaniu chłopcy są pewni siebie. Spokojnie opowiadają o prześladowaniu Ani.

Policjant: - Traktowali to na zasadzie świetnej zabawy. Mówili tak, jak się mówi o pogodzie. Mali durnie, którzy nie potrafią imponować rówieśnikom niczym mądrym. Znaleźli sposób, by zaistnieć. Dopiero jak się zorientowali, że nie wrócą na noc do domów, miny im zrzedły.

Kiedy pod okiem mundurowych żegnają się z matkami, płaczą. Noc spędzają za kratami policyjnej izby dziecka. W czwartek rano sąd rodzinny wysyła całą piątkę do ośrodka wychowawczego na trzy miesiące. Słuchając decyzji, chłopcy znów płaczą. Ośrodek to taki areszt dla nieletnich. Tam będą czekali na główną rozprawę, która może się zakończyć poprawczakiem.

Gdyby byli pełnoletni, groziłoby im 12 lat.

Arcybiskup: Współwinne są media

Tragedia w "dwójce" jest już tematem numer jeden w Gdańsku. Ludzie rozmawiają o tym, co się stało, w kawiarniach, w bankach i w kolejce SKM. Na lekcji religii w jednej z gdańskich podstawówek ksiądz mówi dzieciom: "Ania, odbierając sobie życie, popełniła ciężki grzech". Uczniowie pytają, czy nie gorzej należy ocenić jej prześladowców. Ksiądz tłumaczy: - Są występki przeciw ciału, ale najcięższe są grzechy przeciw życiu. Także życiu nienarodzonemu.

Arcybiskup metropolita Tadeusz Gocłowski ocenia: - Współwinne są media, które upowszechniły ludzkie przestępstwa, a zło uczyniły zabawą. Młodzież obserwuje taki stosunek do zła i przenosi to w codzienność.

Fora internetowe zapychają się od wpisów. Internauci porzucili komentowanie spraw Mazura i Lesiaka. Nawet na stronach, gdzie na co dzień wymieniają poglądy fani zabytkowych motocykli, pisze się głównie o śmierci Ani i o jej prześladowcach.

Minister: Może zlikwidować gimnazja?

Roman Giertych zwołuje konferencję. - Nie mam żadnych wątpliwości, że tego typu chuligani powinni zostać odizolowani - oświadcza minister edukacji. - Te wydarzenia najlepiej pokazują konieczność zrobienia zdecydowanego porządku w szkołach. Jeżeli się go nie zrobi, tego typu nieszczęść będzie więcej.

Pod "dwójką" ktoś zapala pierwszy znicz.

Dyrektor Michalski podaje się do dymisji.

Przeciek z prokuratury: on i polonistka mogą się spodziewać zarzutów niedopełnienia obowiązków (kara do trzech lat). Nauczycielka będzie jeszcze odpowiadać za "poświadczenie nieprawdy", bo w dzienniku wpisała, że przeprowadziła feralną lekcję polskiego.

Giertych zapowiada debatę na temat "sensu dalszego istnienia gimnazjów". - Należy rozważyć powrót do ośmioklasowych podstawówek - mówi.

Marcin Bednarz, terapeuta z Sopotu: - To jest taka prosta metoda ministra. Są niegrzeczne dzieci, to je zostawmy za bramą. Są problemy ze gimnazjami, to je zamknijmy...

- A ja się z Giertychem zgadzam - mówi Wisanna Szymańska. - Coraz więcej specjalistów dochodzi do wniosku, że gimnazjum jest nieszczęściem polskiego systemu edukacji. Z psychologicznego punktu widzenia

14-15 lat to najtrudniejszy etap w rozwoju dziecka. Zmiany hormonalne sprawiają, że dorastający mają poważne problemy z nastrojem i emocjami. Wiele zachowań między dziewczętami a chłopcami przybiera formę arogancką. Poprzedni system szkolny w naturalny sposób buforował nastolatków. Pozycję w grupie dzieci ustalały od pierwszej klasy podstawówki. Siódma klasa była w opinii nauczycieli zawsze najtrudniejsza, ale przynajmniej role między uczniami były dawno rozdane. Nie musieli się prześcigać, żeby zaistnieć.

Joanna Własów, nauczycielka z Trójmiasta: - Rozmawiam z koleżankami i kolegami po fachu i nie zdarzyło się jeszcze, żeby któreś broniło gimnazjów.

Szymańska: - Szkoła, która trwa trzy lata, jest za krótka, by pedagog mógł skutecznie rozpoznać zagrożenia, a co dopiero by im skutecznie przeciwdziałać.

Naukowcy z Uniwersytetu Szczecińskiego zbadali niedawno poziom bezpieczeństwa w gimnazjach. Pytali, jak oceniają go sami uczniowie. 70 procent badanych zetknęło się z przemocą. Jako głównych sprawców ataków agresji dzieci wskazały swoich kolegów i koleżanki. Do bicia bądź obrzucania rówieśników wyzwiskami przyznało się 40 procent chłopców i 20 procent dziewcząt.

W czwartkowy wieczór na chodniku przed "dwójką" jest już kilkanaście świec. Przechodnie kładą kwiaty.

Piątek

Gdański PiS domaga się od rządzącej miastem Platformy zmian w ratuszu. Na początek ma polecieć głowa wiceprezydent Katarzyny Hall. Jarosław Kaczyński i Zbigniew Ziobro robią wspólną konferencję - zapowiadają "rewolucyjne zmiany w kodeksie karnym oraz opracowanie całościowego kodeksu nieletnich".

- Będzie można orzekać kary, które będą łączyły zakład poprawczy z pozbawieniem wolności - mówi premier.

To oznacza, że nieletni przestępcy będą mogli dostawać wieloletnie wyroki. Do pełnoletności odsiedzą je w poprawczakach, potem przeniosą się do więzień.

- Obecnie obowiązujące przepisy są nieadekwatne do skali demoralizacji i przestępczości wśród nieletnich - ocenia Ziobro. Minister chce obniżyć wiek "normalnej" (a nie orzekanej przez sąd rodzinny) karalności z 17 do 15 lat.

Uczennica: Dziewczyny się wpisywały i nic

Piątek to dzień żałoby w polskich szkołach. Przed "dwójką" od rana wiszą flagi przybrane kirem. Pod bramą coraz więcej zniczów i świec. Obok stoi kobieta z transparentem własnej roboty: "Ani nie zabiła szkoła. Ile jeszcze tragedii musi się stać, by ktoś na górze zrozumiał, że pornografia jest szkodliwa?".

- Protestuję tu jako katoliczka. Te dzieci, które to zrobiły, musiały wcześniej oglądać drastyczne filmy. Bo skąd by im coś takiego przyszło do głowy, żeby nakręcić scenę gwałtu? Dziennikarze, nie róbcie ludziom wody z mózgów! To nie nauczycielka jest winna, że wyszła z klasy. Rozejrzyjcie się dookoła, a sami znajdziecie winnych.

Rozglądamy się. Na przystanku tramwajowym pięć metrów od płonących zniczów atmosfera jak zwykle: śmiechy, przepychanki, przekleństwa. Na widok dziennikarzy rozmowy milkną. Znowu trzeba chwili, by młodzi oswoili się z naszą obecnością.

Uczeń I: - Trochę wszyscy przesadzacie z sensacją.

Uczeń II: - Ale Willy i ta reszta powinni ze spuszczonymi majtkami przywiązani pod szkołą stać.

Uczennica: - Żeby poczuli to co Ania.

Uczeń I: - I powinni ich ojców posadzić za to, jak ich wychowali. Moja ciotka tak mówi.

Uczennica: - Bo co ci ojcowie opowiadają? Że Ania sama sobie winna?! Zawsze kobieta jest winna, bo prowokuje!

Uczeń II: - Ale te z klasy Ani laski, to mogły po nauczyciela pobiec...

Uczennica: - Dobrze, że dziennikarze się za to wzięli, bo dyrektor i nauczyciele mieli w dupie. Dwie dziewczyny z II f mi mówiły, że kilka razy wpisywały się do zeszytu żalów.

Zeszyt jest wyłożonym na korytarzu brulionem, do którego uczniowie "dwójki" mogą anonimowo wpisywać skargi na szykany ze strony nauczycieli lub kolegów.

Uczennica: - Laski napisały w zeszycie żalów, że chłopaki Anię prześladują. I nic. Musiała zapłacić życiem, żeby się nami wreszcie zainteresowali.

Ania: Nie wytrzymam

Po powrocie do Kiełpina Ania nie powiedziała o gwałcie ani rodzicom, ani bratu. Patryk powtórzył jednak mamie słowa nauczycielki, która wcześniej dzwoniła.

- Zapytałam Aneczkę: "Dziecko, czy tobie się coś złego w szkole nie stało?". Odpowiedziała: "Dam sobie radę, mamo".

Jeszcze tego samego popołudnia Ania zamyka się w swoim pokoju i wysyła SMS-a do Iwony. Pisze, że nie wytrzyma szkolnego upokorzenia i chce ze sobą skończyć. Iwona odwiedza przyjaciółkę, rozmawiają w jej pokoju. Rodzice nadal niczego się nie dowiadują. Iwona mówi mamie Ani tylko tyle, żeby uważała na córkę.

Ania wiesza się nazajutrz.

Arcybiskup: Młodość pokazała swe ciemne oblicze

Piątkowe popołudnie w Kiełpinie. Wiejski kościół nie mieści tysiąca osób zgromadzonych na pogrzebie. Sztormowy wiatr pędzący niskie, poszarpane chmury świszcze tak, że zebrani pod świątynią słyszą tylko fragmenty homilii koncelebrującego mszę arcybiskupa Gocłowskiego.

- Młodość, która kojarzy się nam z czystością, śmiechem, zabawą... tym razem pokazała swe ciemne oblicze... agresja i nietolerancja... Dużą winę ponoszą nowoczesne media, także winne temu, co się stało. Mam tu na myśli przemoc w telewizji... w grach komputerowych, w internecie. Nie bez winy są i rodzice, którzy pędzą za pieniędzmi. Ileż to razy słyszymy, wzywając rodzicieli, aby posłali dzieci do kościoła, na religię... nie mamy czasu tego przypilnować, bo musimy zarabiać pieniądze.

Po nabożeństwie arcybiskup wychodzi na czele konduktu. Za białą, złoconą trumną idzie na cmentarz czternastu księży i rodzina Ani. Jest prawie cała jej klasa.

*Imiona niektórych dzieci zostały zmienione



ŹRÓDŁO:

 

piątek, 20 października 2006
Nagroda literacka Nike 2006 dla Doroty Masłowskiej

2006-10-01

Najważniejszą polską Nagrodę Literacką "Nike" dostała 23-letnia Dorota Masłowska za książkę "Paw królowej". Laureatka odebrała czek na 100 tys. zł i statuetkę Nike dłuta Gustawa Zemły

Zobacz powiekszenie
- Nie wiem, jak to przeżyję! - mówiła z przejęciem 23-letnia laureatka po usłyszeniu werdyktu jury


- Nie wiem, jak to przeżyję! - mówiła z przejęciem 23-letnia laureatka, gdy odbierała czek i statuetkę dłuta Gustawa Zemły. - Chodzi o to, by pisać książki, które jeszcze nie zostały napisane - tłumaczyła swoją strategię pisarską.

Na tej jubileuszowej 10. gali napięcie budowało nie tylko oczekiwanie na werdykt, ale i strzelające za oknami pioruny. A w środku gość specjalny - słynny pisarz Salman Rushdie, autor "Szatańskich wersetów". Pisarz odpowiadał naczelnemu "Gazety" Adamowi Michnikowi, który pytał o trzy podstawowe kwestie współczesnego świata: co robić, kto winien i jak żyć.

Andrzej Stasiuk, ubiegłoroczny laureat nagrody Nike nie przybył, by zgodnie z tradycją wygłosić przemówienie. Jego nastrojową, nostalgiczną refleksją o cudzie pierwszych dziecięcych lektur, "dziecięcej tęsknoty starzejących się czytelników" odczytała prowadząca galę Hanna Smoktunowicz z Polsatu.

- Druga książka Doroty Masłowskiej już przez to jest wyjątkowa, że jest chyba wybitniejsza od pierwszej. W "Pawiu królowej" autorka daje dowody wirtuozerii, że w języku wolno jej już właściwie wszystko - uzasadniał szef jury prof. Henryk Bereza.

Masłowska wyprzedziła w wyścigu po nagrodę nie tylko legendy polskiej literatury - jak Wisława Szymborska czy Eustachy Rylski - ale też młodego autora kontrowersyjnej powieści o środowisku homoseksualnym, Michała Witkowskiego.

Nagroda Literacka Nike

Nagrodę - już po raz dziesiąty - ufundowała Agora, wydawca "Gazety Wyborczej". W tym roku królowała powieść - wśród siedmiu finalistów było ich aż pięć. Oprócz Masłowskiej - "Lubiewo" Michała Witkowskiego, "Waryne" Eustachego Rylskiego, "Wszystkie języki świata" Zbigniewa Menzla i "Wołoka" Mariusza Wilka. No i dwa tomiki poezji - "Dwukropek" Wisławy Szymborskiej i "Ta chmura powraca" Piotra Matywieckiego.

"Paw królowej" to druga książka Masłowskiej. Pierwsza - "Wojna polsko-ruska pod flagą biało czerwoną" - to bodaj najgłośniejszy w Polsce debiut i od razu finał Nike 2003. Wszyscy czekali więc niecierpliwie na drugą. Pytanie, czy wyzwoli się z wizerunku cudownego dziecka, w który ją wtłoczono po znakomitym debiucie, dręczyło i miłośników, i przeciwników jej pisarstwa.

Większość recenzji była pozytywna. W „Gazecie” napisaliśmy: „Język » Pawia królowej «jest tak znakomity, że czytelnik obdarzony słuchem literackim poczuje skurcz w żołądku - każde słowo tej 150-stronicowej powieści jest na swoim miejscu”. - To będzie hit sezonu - wieszczyła w „Gazecie” recenzentka Magdalena Miecznicka.

Z bohaterami "Pawia królowej" dzieje się to, co po ogłoszeniu "Wojny polsko-ruskiej" działo się z samą Masłowską. "Równolegle ze mną funkcjonuje jakaś pani o takim samym nazwisku i jest tworem równie osobowym jak drużyna piłkarska" - mówiła.

O czym jest książka?

Jednodniowe sensacje brukowców, tandetna estrada, którą łatwo myli się z kulturą, dziwny smak popularności - to świat, z którego kpi monologująca MC Doris. Bo "Paw królowej" ma w formie przypominać piosenkę rap.

„Popkultura to cały świat równoległy do prawdziwego, gdzie wszystko jest spłaszczone i skompresowane, gdzie w programie TV można przeczytać streszczenie filmu » Hamlet «. Ponieważ ja przeżyłam takie streszczenie mnie samej, widziałam w gazecie obok Jennifer lopez, proszę mi nie mówić, że to nie jest duże przeżycie” - wyjaśnia pisarka.

Bohaterowie "Pawia" myślą i zachowują się tak, jak zachowywałyby się ich spłaszczone karykatury. Prawdziwym bohaterem książki nie są te wymyślone ludziki, ale jednodniowa tandeta, w której władaniu jest wszystko - język, zachowania, myśli, marzenia i wielkie, na miarę telenoweli, uczucia i namiętności.

MC Doris snuje monolog ozdabiany częstochowskimi rymami, wyszydza i deformuje to, co już wcześniej zostało wyszydzone i zdeformowane przez reklamę i media. Bohaterowie powieści są tak samo papierowi, jednowymiarowi i infantylni jak ta sztuczna, naiwna mowa, z której ich ulepiono i którą sami się posługują. O czym może marzyć Katarzyna Lep, która "u źródeł swych pochodziła z Bielska-Białej, do Warszawy przyjechała karierę robić jako modelka, ewentualnie handlowa przedstawicielka i hostessa". Pewnie o tym tylko, żeby "pojechać na Ojca Świętego, by choć raz zobaczyć sobie na żywo kogoś naprawdę znanego".

Karykaturze podlegają wszyscy i wszystko - kariera estradowa Stanisława Retry, literackie ambicje poetki neolingwistki Anny Przesik, promocje, fundusze, Unie Europejskie i w ogóle Polska cała jak długa i szeroka.

Ale "Paw królowej" nie jest zawieszony w próżni. W powieści odnajdziemy prawdziwe miejsca - warszawską Pragę, ulicę Jagiellońską, dostrzeżemy aluzje do prawdziwych zdarzeń i postaci.

Przed kpiną nie ustrzeże się sama MC Doris: "Ona gotuje wodę w wyścigu szalonym z dziecka swego głodem, para powiewa jej włosy, szarpie poły szlafroka". Dostanie się też książce: "Należy tłumaczeniu tej książki na inne języki zapobiec, ponieważ postawy bohaterów zdradzają niski moralny poziom, co w złym świetle na Zachodzie stawia Polskę i powszechnie kultywowane tu wartości".

Masłowska: Obarczam swoich bohaterów wszystkim co najgorsze

Masłowska nie ukrywa, że nie lubi swoich bohaterów. "Pisarz nie powinien się z bohaterami zbytnio pieścić, współczuć im. Ja bohaterów obarczam wszystkim, co najniższe, bo przez to są prawdziwsi, żywi. Największym poślizgiem młodego pisarza jest mylenie samego siebie z narratorem czy bohaterem - bo to zawsze kończy się obrazem skrzywdzonego, niezrozumiałego, wrażliwego intelektualisty gdzieś na tle okrutnego, chcącego skorumpować go świata. Jak się siada do pisania, to trzeba wybrać, czy chce się siebie pieścić, czy chce się siebie przekroczyć" - mówiła "Gazecie" w wywiadzie prezentującym finalistów Nike.

A o dzisiejszej Polsce tak powiedziała: "Zawsze mogłam sobie trochę pojechać po tym, co mnie doprowadza do rozpaczy. Polska teraz bardzo rozmija się z moim wyobrażeniem państwa, w którym chciałabym żyć".

wtorek, 27 lipca 2004
Nie chcą żyć bez nadziei

z http://serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34474,2198891.html

Nie chcą żyć bez nadziei
Socjologowie twierdzą, że wysoka liczba samobójstw świadczy o złym stanie całego społeczeństwa. Samobójstwo wynika z decyzji, że się już chce wyjść ze społeczeństwa, że się nie chce w nim żyć - mówi prof. Maria Jarosz

Grzegorz Sokół: Według statystyk, które niedawno opublikowała "Gazeta", wyraźnie wzrasta liczba samobójstw wśród młodzieży i dzieci. Skąd to się bierze?

Prof. Maria Jarosz: Jeśli chodzi o młodzież i dzieci, to w oczy rzuca się nie tyle liczba, ile tendencja - rzeczywiście niebezpieczna. To tzw. odmładzanie się struktury samobójstw. Kiedyś najwyższe wskaźniki były w najstarszych grupach wiekowych, dziś samobójstwa coraz częściej popełniają młodzi.

O czym to świadczy?

- O tym, że ludzie, także młodzi, żyją w stresującej sytuacji nieprzystosowania zarówno w rodzinie, szkole, jak i w szerszych strukturach, np. społecznościach lokalnych. W przypadku samobójstwa trudno mówić o jednej konkretnej przyczynie. Na ogół wywołuje je zbiór wielu czynników, choć jakieś konkretne zdarzenie może być kroplą, która przepełnia czarę goryczy. Patrząc szerzej, trudno nie łączyć tej tendencji z transformacją w Polsce i rosnącym bezrobociem. Stres wynikający z bezrobocia czy zagrożenia bezrobociem rodziców dotyka też dziecka. Z drugiej strony są rodziny, w których rodzice robią kariery i intensywnie pracują, a dziecko zostaje osamotnione albo czuje, że nie sprosta ich wymaganiom.

Jednak nadal typowy samobójca w Polsce to nie dziecko, ale 45-letni mężczyzna ze wsi lub małego miasteczka, bezrobotny, rolnik albo robotnik. W tej grupie jest największa liczba samobójstw zakończonych śmiercią. Najczęściej - 75 proc. wszystkich przypadków - jest to śmierć przez powieszenie. Ta metoda jest też najłatwiej identyfikowana jako samobójstwo - trudno wziąć powieszenie za wypadek.

Badała Pani zjawisko samobójstw w Polsce od 1951 roku. Jak się ono zmieniało?

- W 1951 roku byliśmy państwem o bardzo niskich wskaźnikach śmierci samobójczych. Rosły one jednak z roku na rok i do dziś wzrost wyniósł już 300 proc. - liczba zgonów samobójczych na 100 tys. mieszkańców powiększyła się z 5,1 do 15,4. W skali świata przeszliśmy do grupy średniej, ale w porównaniu z innymi krajami postkomunistycznymi nasz wskaźnik jest najniższy. To niewątpliwie powód do zadowolenia - o ile można tu w ogóle mówić o zadowoleniu.

Pierwszy od 1951 roku bardzo wyraźny spadek - aż o 35 proc.! - wystąpił w roku 1981. To była "Solidarność", nadzieja na lepsze jutro, mobilizacja społeczna i duch obywatelski. Był to taki ewenement, że w 16 krajach wydrukowano moje artykuły na ten temat. Największy spadek wystąpił wtedy wśród robotników. Bo wbrew temu, co znamy z literatury - że to inteligenci, poeci i pisarze odbierają sobie życie - największy udział w strukturze samobójstw od początku lat 50. mieli właśnie robotnicy, i to zwłaszcza "trzon klasy robotniczej" - górnicy, hutnicy, stoczniowcy oraz robotnicy wiejscy.

Dlaczego właśnie oni?

- W przypadku tej grupy naprawdę za duża była rozbieżność między oczekiwaniami i deklaracjami - że to wiodąca część klasy robotniczej i to od niej wszystko zależy, i jej się należy - a rzeczywistością. Np. wśród górników wyraźne tąpnięcie nastąpiło już w latach 50.-60. po tym, jak do kopalń zaczęto zsyłać więźniów. Bo jak to: taki honor być górnikiem, a tu się przysyła więźniów za karę, żeby pracowali?

W okresie "Solidarności" liczba samobójstw nie spadła za to wśród rolników indywidualnych i hodowców. Mówię o strukturze zawodowej, a nie o podziale wieś/miasto, bo tu już od połowy lat 70. dominuje wieś, gdzie mieszkają też np. chłoporobotnicy, ludzie często wykorzenieni. Także wśród inteligencji utrzymywała się wtedy średnia krajowa. Była tylko jedna grupa, w której liczba samobójstw wtedy wzrosła, i to wyraźnie - decydenci średniego i wyższego szczebla. Także ci z rządu i KC.

Ale czas pierwszej "Solidarności" szybko się kończy...

- Przychodzi rok 1982, stan wojenny - liczba samobójstw znowu gwałtownie rośnie. Można powiedzieć, że część to były samobójstwa odroczone. Ludzie, którzy myśleli o tym wcześniej, ale na chwilę odzyskali nadzieję, że może będzie lepiej, teraz znów ją stracili. I od tego czasu zwiększa się liczba samobójstw wśród rolników. Rozczarowanie i niezadowolenie z systemu zaczęło się przenosić także na nich, choć dotąd we wskaźnikach materialnych było im lepiej. Tendencja wzmocniła się w latach 90., kiedy zaczęły się problemy z kredytami. Nawet niektórzy działacze chłopscy grzmieli, że rolnicy masowo popełniają samobójstwa, ale brzmiało to nieco absurdalnie... Do dziś rolnicy lokują się w statystykach bardzo wysoko.

A jak wyglądały tendencje samobójcze po roku 1989?

- W 1989 roku sytuacja z 1981 się powtórzyła: wskaźniki spadły, znów - choć nie tak wyraźnie - powiększyły się wśród decydentów. Rok później znów poszły w górę, po drodze był moment względnej stabilizacji, a dziś znów mamy bardzo mocny wzrost. Rocznie odbiera sobie życie 6 tys. osób - to tyle, ile zabitych w wypadkach drogowych, o których tak dużo się mówi.

A dlaczego o samobójstwach nie jest tak głośno?

- Pokutuje tu pogląd lansowany w XIX wieku, że człowiek, który popełnia samobójstwo, jest niezrównoważony psychicznie, bo normalny by tego nie zrobił. Tymczasem socjologowie już od stu lat twierdzą, że samobójstwa są zjawiskiem społecznym i że to najlepszy wskaźnik integracji i kondycji społeczeństwa.

Jest to więc w pewnym sensie naturalna reakcja na okoliczności życiowe?

- Tak. Potwierdzają to reprezentatywne badania prowadzone od ponad dwudziestu lat w centrach reanimacji - w Paryżu, Lyonie, Los Angeles, częściowo też w Łodzi - na samobójcach, których udało się odratować. Okazywało się, że nie odbiegają oni od norm, nie mają zaburzeń zdrowotnych czy psychicznych. Nawet wskaźnik spożycia alkoholu był wśród nich taki sam jak w całym społeczeństwie. Mieli tylko niższy wskaźnik optymizmu przy ocenie przyszłości. Wśród młodych ludzi ryzyko zwiększają młodzieńcze depresje czy spadki nastrojów - ale to nie choroba psychiczna. Wrażliwość też zwiększa ryzyko.

Tu warto dodać, że samobójstw prawie się nie popełnia w sytuacji zagrożenia - w czasie wojny, w obozach koncentracyjnych, łagrach... Wtedy życie jest cenne i chodzi o to, by przeżyć.

Co wyróżnia polskie społeczeństwo?

- Przede wszystkim jedna z najwyższych na świecie dysproporcji między śmiercią samobójczą kobiet i mężczyzn - na jedną kobietę przypada u nas 5,5 mężczyzny. Z jednej strony wskaźnik śmierci samobójczej kobiet jest w Polsce bardzo niski, z drugiej - wśród mężczyzn jest wysoki. Mężczyźni zresztą wszędzie zabijają się częściej, choć np. w Japonii różnica jest niewielka.

W Polsce więcej jest tylko prób samobójczych wśród kobiet. Ale próby to zupełnie inna sprawa. Śmierć wynika z decyzji, że się już chce wyjść ze społeczeństwa, że się chce nie żyć - i to właśnie jest wskaźnikiem kondycji całego społeczeństwa. A podejmowanie próby samobójczej, choć to też skutek frustracji, wynika często z powodów wprost przeciwnych - z chęci nawiązania kontaktu z otoczeniem.

Na jedną śmierć samobójczą przypada średnio 10 lub nawet 15 prób. Z drugiej strony, co drugi samobójca ma za sobą jej próbę.

Skąd się bierze ta różnica między kobietami a mężczyznami?

- Oczywiście są różne czynniki, na pewno powstrzymuje macierzyństwo. Niestety, dziś wskaźnik urodzeń spada. Praca zawodowa raczej nie pomaga, bo np. w byłym NRD prawie wszystkie kobiety pracowały, a wskaźniki były bardzo wysokie. Sądzę więc, że ważną rolę odgrywa tradycyjnie silna u nas pozycja kobiet. W kulturze polskiej pozycję kobiet kształtował m.in. wzór kobiety matki, kult maryjny, ich wyjątkowa rola podczas wojen i powstań. Dziś polskie kobiety lepiej radzą sobie ze stresami, są przedsiębiorcze [z ostatniego raportu Banku Światowego wynika, że Polska ma najwyższy w Europie odsetek samozatrudnienia wśród kobiet - red.]. Z drugiej strony kobiety, które mają pracę związaną z dużą odpowiedzialnością, popełniają samobójstwa równie często jak ich koledzy.

Ale skąd taki kłopot z mężczyznami?

- Wydaje mi się, że stres transformacyjny bardziej uderza w mężczyzn. Bo jeśli mężczyzna np. nie ma pracy, nie może utrzymać rodziny, to co mu zostaje?

Rola męska w naszej kulturze raczej nie przewiduje możliwości spełnienia się np. na polu rodzinnym...

- U nas inaczej wychowuje się dziewczynki, a inaczej chłopców - dziewczynka niekoniecznie musi pracować, może zwyczajnie być matką, robić jeszcze inne rzeczy. A chłopcu nie wolno płakać, ma być macho. Warto pamiętać, że wśród dzieci i młodzieży też zabijają się głównie mężczyźni. Mężczyzna czuje, że powinien być silny, zarabiać na rodzinę, powinien być szanowany przez żonę... A bezrobocie - dziś tak wysokie - jest bardzo silnym czynnikiem suicydogennym. W małych miasteczkach, gdzie likwiduje się ostatni zakład pracy, mężczyźni często popełniają samobójstwa, zanim jeszcze się zamknie firmę, bo boją się, że zostaną zredukowani.

Mężczyzna ma znacznie większe niż kobieta poczucie przegranej. A kobieta ma duże wymagania, bo on powinien dużo zarabiać, mieć czas dla niej i jeszcze być świetny w łóżku... Jak tu temu sprostać?

A jak jest z podziałem na regiony?

- Już w pierwszej klasycznej pracy socjologicznej na ten temat, "La suicide", wydanej w 1897 roku, Émile Durkheim zauważa, że najmniej samobójstw występuje w Poznańskiem, bo tam ludzie żyją na miejscu z dziada pradziada. Ruchliwość - ludzie napływowi, niezakorzenieni - niewątpliwie wpływa na agresję i autoagresję.

Dziś najwięcej samobójstw jest w "Polsce B" - przeważa ściana wschodnia i województwa dolnośląskie (19,5) i zachodniopomorskie (17,5). Różnice są bardzo wyraźne - najlepiej jest w centrum (świętokrzyskie - 10,9). Jednak najbardziej wyraźna jest różnica między wsią a miastem. Dziś - odwrotnie niż u Durkheima - im większe miasto, tym niższy wskaźnik samobójstw. Procesy, które sto lat temu zachodziły w miastach - gwałtowne zmiany sytuacji życiowej, zerwanie więzi społecznych - teraz dotykają wsi.

Na wsi ludzie nie przywykli do zmian. Przez pokolenia, czego jak czego, ale pracy tam nie brakowało. Teraz to się załamuje i ujawnia nieprzystosowanie ludzi. To nie jest tak, że człowiek biedny jest bardziej podatny na samobójstwo niż bogaty - na decyzję samobójczą wpływa nagła niekorzystna zmiana sytuacji życiowej, do której człowiek nie przywykł. Może to być też np. nagłe osamotnienie - śmierć żony, rozwód. Jeśli do tego dochodzi jeszcze brak pracy, człowiek nie widzi wyjścia, zwłaszcza w małym miasteczku. To dotyka też młodych - oni widzą, co się dzieje w rodzinie, w kraju, i myślą: "Ja nie mam perspektyw. Radzą sobie ci lepsi, z lepszych rodzin". Przecież 50 proc. absolwentów nie ma pracy.

W swojej książce pisze Pani o teorii, zgodnie z którą istnieje odwrotnie proporcjonalny stosunek między agresją skierowaną na zewnątrz a autoagresją.

- Mówi ona, że reagując na nieprzystosowanie do sytuacji, jedni ludzie zabijają innych, a drudzy siebie. Najbardziej skrajnym przykładem jest Kolumbia, gdzie są aż 73 zabójstwa na 100 tys. mieszkańców i bardzo mało samobójstw - 3,2, czyli jeden z najniższych wskaźników na świecie. Podobnie jest w Meksyku, Portoryko, Albanii. W Polsce współczynnik samobójstw wynosi obecnie 15,4, a zabójstw w roku 2000 - 2,1. Jednak dziś, np. w Rosji czy krajach nadbałtyckich, bardzo wysokie są obydwa wskaźniki.

Dlaczego Polska wygląda tak dobrze na tle innych krajów regionu?

- Nasza transformacja przebiegła łagodniej niż u nich. Już na starcie byliśmy "najweselszym barakiem obozu", ziemia należała do chłopów, nie było kołchozów. Rodzina u nas nieźle się trzymała, mieliśmy np. Kościół - warto dodać, że katolicy w ogóle rzadziej popełniają samobójstwa niż protestanci, choć nie tak rzadko jak żydzi. No i była opozycja - dzięki niej transformacja była pożądana i wiedzieliśmy, czego chcemy.

Z drugiej strony rosnące dziś wskaźniki samobójstw pokazują, że dezintegracja postępuje. Czy jest szansa, żeby coś się zmieniło na lepsze?

- Wskaźnik samobójstw pewnie szybko nie spadnie, ale myślę, że pozytywny efekt może wywrzeć integracja z Unią Europejską - oznacza ona możliwość pracy, zwłaszcza dla młodych ludzi na Zachodzie, poprawę sytuacji gospodarczej, zwłaszcza na wsi, gdzie przecież samobójstw jest najwięcej. Jeśli młodzi - zwłaszcza z biednych środowisk - będą mieli większe szanse edukacyjne, szanse wyrwania się z tego, to się musi poprawić. Ludzie poczują się też mniej bezradni, jeśli zmniejszy się korupcja, prawo będzie bardziej przejrzyste, a zakres dowolności urzędnika mniejszy. To nie są czynniki bezpośrednio wpływające na samobójstwa, ale one mogą zmniejszyć poczucie rozczarowania. Społeczeństwo jest coraz lepiej wykształcone, zaczynamy radzić sobie w Unii. To są wskaźniki optymistyczne.

*prof. Maria Jarosz, socjolog, autorka książki "Samobójstwa. Ucieczka przegranych", PWN 2004

rozmawiał Grzegorz Sokół