cnn
przegląd artykułów internetowych: ONET.PL GAZETA.PL DZIENNIK.PL
poniedziałek, 30 października 2006
Znalazła się Krwawa Julka

Znalazła się Krwawa Julka

Piotr Płatek, Józef Krzyk
2006-10-27, ostatnia aktualizacja 2006-10-27 10:26

Helena Mathea, zwana Matejanką, domniemana agentka gestapo, przez którą mieli zginąć dowódcy antyhitlerowskiego podziemia na Śląsku, żyje w Londynie. Od kilkudziesięciu lat jest poszukiwana przez polski wymiar sprawiedliwości, a odnalazł ją dziennikarz "Gazety"

Zobacz powiekszenie
Powojenne zdjęcie Heleny Matejanki

Mathea obok Salomona Morela (byłego komendanta komunistycznych obozów) i stalinowskiej prokurator Heleny Wolińskiej jest osobą najdłużej poszukiwaną przez polskich prokuratorów.

W 1941 roku była łączniczką i najbliższą współpracownicą Karola Kornasa, szefa Sztabu Okręgu Śląskiego Związku Walki Zbrojnej (poprzedniczki Armii Krajowej). Wraz z nim i kilkuset innymi wpadła w ręce gestapo. Większość pozostałych została przez hitlerowców osadzona w obozach koncentracyjnych i zgładzona, ale ona wyszła na wolność. Dla wielu osób już w czasie wojny był to wystarczający dowód, żeby oskarżyć ją o zdradę. "Krwawą Julką" (od jej konspiracyjnego pseudonimu) miał ją podobno nazwać w przemyconym z więzienia liście sam Kornas.

Wyrok śmierci na nią wydał Wojskowy Sąd Specjalny Śląskiego Okręgu ZWZ, ale nie zdołano go wykonać. Wyjechała do Lipska, a potem do Wiednia, gdzie jako wolny słuchacz studiowała medycynę, zaś po zakończeniu wojny przez prawie rok pracowała w szpitalu w Katowicach, zanim przez Austrię wyjechała do Wielkiej Brytanii. Polska wystąpiła w 1949 roku o jej ekstradycję, ale spotkała się z odmową. W 2001 roku śledztwo w sprawie Mathei podjęła Okręgowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Katowicach, ale po czterech latach postępowanie zawiesiła, gdyż nie udało się jej ustalić adresu podejrzanej kobiety.

Przez kilkadziesiąt lat nazwisko Mathei było symbolem zdrady. Dom jej krewnych w dzielnicy Katowic Ligocie swego czasu ktoś wymalował swastykami i niemieckimi obraźliwymi napisami. Nasi rozmówcy na hasło Matejanka podnoszą głos, niektórzy jakby szykowali się do plunięcia czy przeklinania. Czarna legenda Heleny cały czas obrasta dodatkowymi historiami - ktoś zaklina się, że "Krwawa Julka" współpracowała z Niemcami jeszcze przed wojną, ktoś inny jest przekonany, że dziewczyna nie jest bratanicą księdza kanonika, ale jego... córką! Niektórzy dają głowę, że pracowała dla Niemców jako szpieg w Hiszpanii i Portugalii. A przy tym są przekonani, że Helena jest winna śmierci nie kilku zarzucanych jej przez prokuratora osób, ale kilkuset członków Sił Zbrojnych Polski! Są i tacy, którzy widzieli, jak paradowała w niemieckim mundurze wśród więźniów. W kilku gazetach określono ją mianem "diabła w ludzkiej skórze".

O przeszłość kobiety spierali się historycy i prawnicy, film o jej losach - "Na straży swej stać będę" - nakręcił Kazimierz Kutz.

Po latach starań do mieszkającej w Londynie 85-letniej Mathei dotarł Piotr Płatek, dziennikarz katowickiej "Gazety Wyborczej". Przekonał też ją do rozmowy. Tylko przez telefon, pod warunkiem że nie podamy jej obecnego nazwiska. Kobieta mówi piękną polszczyzną, mimo że od 60 lat mieszka za granicą. Zapewnia, że jest niewinna, ale nie ma zamiaru przyjeżdżać do Polski.

- Wcale się nie ukrywam. W pewnym momencie otrzymałam wezwanie do komisariatu policji. Oficer śledczy wypytywał mnie o zdarzenia z okresu wojny, najwidoczniej to był efekt działań polskiego sądu. Wszystko opowiedziałam, na koniec dodałam, że albo mogą mi wierzyć, albo nie. Dobrze zapamiętałam zdanie angielskiego policjanta: My pani wierzymy! - mówi "Gazecie" Mathea.

Prokurator Ewa Koj, szefowa pionu śledczego Okręgowej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Katowicach: - Mam nadzieję, że "Gazeta" ujawni nam adres Heleny Matejanki. Dopiero wtedy będziemy mogli podjąć następne kroki. Dziś nie przesądzam, że będzie to wniosek o ekstradycję. Wpierw może postaramy się ją przesłuchać, ale na to też potrzebujemy zgody strony brytyjskiej - mówi.
niedziela, 13 listopada 2005
wywiad z Davisem (1): "Ten cholerny Zachód nie ruszył nawet palcem"
http://serwisy.gazeta.pl/df/1,34467,2195472.html?as=1&ias=8

Dlaczego napisał Pan książkę o Powstaniu Warszawskim?

- Dziesięć lat temu, gdy zbliżała się 50. rocznica, spodziewałem się wręcz zalewu podsumowań historii powstania. To było przecież pięć lat po upadku komunizmu, można było pisać bez obawy o jakąkolwiek cenzurę. A tu nie pojawiła choćby jedna porządna synteza.

Czego istotnego o powstaniu do dzisiaj nie wiemy?

- Historycy ciągle nie znają wszystkich kluczowych zespołów archiwalnych. Przede wszystkim w Rosji. Nikt nie miał dostępu do papierów Stalina. Te dokumenty mają ogromne znaczenie, bo przecież Stalin otrzymywał tony raportów, musiał wiele rozmawiać o Polsce i powstaniu z Berią. Nie wiemy do dziś na przykład, dlaczego Stalin zatrzymał sowiecką ofensywę pod Warszawą. Wiemy, że tak zrobił. Domyślamy się, dlaczego, ale są to tylko domysły. Próbowałem zbadać w Moskwie zbiory archiwalne, w których znajdują się dokumenty dotyczące powstania. Od rosyjskich archiwistów dostawałem bardzo ciekawe zespoły akt NKWD, ale dostawałem je "po uważaniu". Nie dali mi żadnego dokumentu z okresu między

1 sierpnia 1944 a 2 października 1944 roku. No, to była czysta kpina, bo przecież nie ukrywałem, że tematem moich badań jest Powstanie Warszawskie. W Rosji nigdy nie można mieć pewności, czy papiery najważniejsze i najciekawsze nie pozostaną w ukryciu.

Czy ten problem dotyczy także archiwów na Zachodzie?

- Oczywiście! Do dziś utajnione są archiwa brytyjskiego wywiadu MI-6. A jego raporty niewątpliwie odegrały istotną rolę w kształtowaniu polityki brytyjskiej wobec Polaków. Ale MI-6 nie ma zamiaru ujawniać wojennych akt i ich wiedza o powstaniu, podobnie zresztą jak i o śmierci gen. Sikorskiego, pewnie jeszcze długo pozostanie niedostępna.

Bez tych niedostępnych archiwów nie można wyjaśnić pewnych epizodów z historii powstania. Jednym z nich jest rola odegrana przez Józefa Retingera. Był on sekretarzem gen. Sikorskiego, ale także postacią o niebywale rozległych i tajemniczych powiązaniach. Niewątpliwie był londyńską szarą eminencją, miał dostęp praktycznie do każdego gabinetu na Wyspach. I on krótko przed powstaniem poleciał do Polski. Proszę pana, ten facet miał tyle lat co ja, gdy skoczył ze spadochronem nad okupowaną Polską! W konspiracji miał jakieś rozmowy, konsultacje, ale dokładnie nie wiadomo, co robił. Czy zbierał tylko informacje, czy miał do przekazania jakieś rozkazy, jakieś posłania, sugestie? Czy miał przekonać polskie podziemie do zaniechania powstania, czy do współpracy z komunistami? Nie wiadomo, co to za misja, nie wiadomo, kto go wysłał. Rozmawiałem z Janem Pomianem, autorem biografii Retingera, i on uważał, że Retinger po prostu chciał polecieć do Polski i poleciał. No, to jest niewiarygodne. To tak, jakby można było sobie kupić bilet lotniczy Londyn - Generalne Gubernatorstwo. Bez pozwolenia i poparcia MI-6 nigdzie by nie poleciał.

Człowiek brytyjskiego wywiadu?

- Tego nie wiemy. Ale być może był człowiekiem zaufanym nie tylko gen. Sikorskiego, ale i najwyższych kręgów brytyjskich? Wiemy, że przed powstaniem, w czasie pobytu w Warszawie, Retinger został otruty. Nie wiadomo przez kogo, nie wiadomo dlaczego. Są podejrzenia, że został otruty przez AK. Jest nawet pewna dama, która twierdzi, że wsypała mu truciznę z rozkazu zwierzchników z Armii Krajowej. Ale rozmawiałem też w Londynie z koleżanką tej pani, która twierdzi, że ona jest mitomanką i że to wszystko nieprawda.

Faktem jest jednak, że podczas konspiracyjnego pobytu w Generalnym Gubernatorstwie Retinger został sparaliżowany. Konsultowałem się w Polsce z profesorem toksykologii i on prawdopodobieństwo otrucia potwierdził. Zaraz po wybuchu powstania, 2 sierpnia, sparaliżowanego Retingera ewakuował z Polski brytyjski samolot, który przyleciał po części rakiet V-2 zdobyte przez wywiad AK. W Londynie czekał na niego luksusowy apartament, a w apartamencie brytyjski minister spraw zagranicznych Anthony Eden. Tak się nie wita zwykłych turystów, przynajmniej w Wielkiej Brytanii. Retinger był kimś bardzo ważnym, jego misja miała - albo w swoich założeniach powinna mieć - istotne znaczenie w grze politycznej poprzedzającej wybuch powstania - ale bez niedostępnych dziś dokumentów brytyjskich nie sposób tego wyjaśnić.

A w archiwach polskich czają się jeszcze jakieś niespodzianki?

- Chyba nie. Polscy historycy bardzo gruntownie zbadali wiedzę o samym powstaniu. To wielka zaleta historiografii polskiej, ale z drugiej strony widzę też w tym jej istotną słabość. Skoncentrowano się za bardzo na sytuacji w Warszawie, w AK, w rządzie RP w Londynie, a nie na szerszym kontekście politycznym, wojskowym i historycznym. Dlatego zdecydowałem się pokazać powstanie w dłuższej narracji, od początku wojny światowej właściwie do dnia dzisiejszego. Dwa duże rozdziały z ośmiu poświęciłem losom powstańców już po wojnie. Dopiero taka opowieść pozwala moim zdaniem oddać w pełni sens walki i ofiary sprzed 60 lat.

Co uważa Pan za największą słabość powstania?

- Fatalne przygotowanie polityczne. Przecież wszyscy - Amerykanie, Brytyjczycy, Polacy - na początku 1944 roku wiedzieli, że sowiecki front w ciągu paru miesięcy wejdzie w serce sojuszniczego kraju. I nikt nic nie zrobił, by ten moment porządnie przygotować politycznie.

Konferencja Wielkiej Trójki w Teheranie w pewnym stopniu przesądziła losy Polski.

- Zgoda, ale tylko w planie generalnym. Stalin upewnił się, że dostanie polskie ziemie wschodnie, że będzie miał poważne wpływy w powojennej Polsce, ale nie rozstrzygano tam żadnych kwestii szczegółowych, zwłaszcza dotyczących wkraczania Armii Czerwonej na polskie ziemie. A sytuacja była bardzo trudna. Po ujawnieniu sprawy katyńskiej wybuchł jawny konflikt między Polakami a Sowietami. Skończyło się jeszcze w 1943 roku na zerwaniu przez Kreml stosunków dyplomatycznych. To z jednej strony dawało Stalinowi niebezpiecznie szerokie pole manewru, bo jego wojska wkraczały na terytorium sojusznika jego koalicjantów, ale nie jego bezpośredniego sojusznika. Z drugiej strony rząd RP w Londynie stracił możliwość w miarę samodzielnego negocjowania z Kremlem. W 1944 roku już tylko mocarstwa zachodnie były w stanie targować się ze Stalinem o przyszłość Polski.

Po zwycięstwie pod Stalingradem, po drugim wielkim zwycięstwie na łuku Kurskim, po wygranej batalii dyplomatycznej w Teheranie Stalin w końcu i tak zrobiłby w naszej sprawie, co chciał.

- Nieprawda, niekoniecznie. Jeszcze na krótko przed wybuchem powstania Zachód miał w ręku trzy ważne karty przetargowe. Po pierwsze, Armia Czerwona miała amerykańskie samochody i amerykańską benzynę, strzelała amerykańską amunicją. Sowieccy żołnierze maszerowali w amerykańskich butach i żywili się "swiną tuszonką", konserwami, które na wieczkach miały wytłoczone "Luncheon meat", bo też były amerykańskie. Sowieci jeszcze pod Kurskiem używali amerykańskich czołgów M-3 "General Lee" i amerykańskich myśliwców P-39 Aircobra, choć ten sprzęt akurat miał mniejsze znaczenie, gdyż sami produkowali świetne czołgi średnie i samoloty myśliwskie. Ogromne dostawy wojenne, bez których sowiecka machina wojenna by ledwo ruszyła, szły od północy, przez Murmańsk, i od południa, od Zatoki Perskiej. Mój polski teść opowiadał mi, jak to enkawudziści elegancko wozili się amerykańskimi dżipami. Amerykański ambasador w Moskwie, dość krytyczny i przytomny dyplomata Averell Harrimann zauważył wtedy, że nie trzeba wikłać się w konflikty ze Stalinem, wystarczyłoby dać mu do zrozumienia: wy dostajecie tak wiele od nas, a my tu chcielibyśmy paru rzeczy od was - usiądźmy i porozmawiajmy.

Rozmowa z prof. Normanem Daviesem, autorem książki o Powstaniu Warszawskim

Drugą kartą przetargową była Organizacja Narodów Zjednoczonych. W czasie Powstania Warszawskiego przygotowywano w Ameryce Kartę Narodów Zjednoczonych i Rosjanie intensywnie współpracowali z Amerykanami w tych negocjacjach. Angażowali się w nie nawet bardziej niż Brytyjczycy, których Waszyngton nie dość, że uważał za niepoprawnych imperialistów, to jeszcze za imperialistów tracących wpływy. Kreml zabiegał wtedy bardzo o przyznanie mu w powojennym ładzie światowym znaczącego miejsca. Cóż było prostszego niż powiedzieć: "Chcecie mieć miejsce w Radzie Bezpieczeństwa, prawo weta? OK, tylko przy okazji załatwmy drobiazg. Otóż nasi polscy przyjaciele prędzej czy później zrobią w Warszawie powstanie. Ustalmy, jak im pomożemy".

Kartą trzecią były powojenne reparacje z Niemiec. Rosjanie bez przerwy dawali do zrozumienia, że chcą odzyskać od Niemców koszty tej wojny.

Wszyscy chcieli.

- Nie, Zachód był wtedy nieprzychylny odszkodowaniom, gdyż po I wojnie światowej program reparacji skończył się fiaskiem i stał się w pewnym stopniu zarzewiem kolejnej wojny. Rosjanie, którzy w I wojnie takich doświadczeń nie mieli, chcieli odszkodowań za wszelką cenę. I w końcu się im udało. A co stało na przeszkodzie, by zgodę na reparacje połączyć z wynegocjowaniem wspólnej polityki wobec Polski?

Zachód miał w ręku mocne karty, ale nie użył ich.

Dlaczego?

- Od 1942 aż do połowy roku 1944. Zachód miał kompleks, że nie wypełnia swych zobowiązań wobec Rosji. Armia Czerwona wykrwawia się pod Stalingradem, w Leningradzie, pod Kurskiem, a my ciągle nie otwieramy obiecanego drugiego frontu w Europie.

W 1943 roku podjęto przecież próbę, był desant pod Dieppe.

- To był tylko rekonesans. Krwawy, tragiczny dla uczestników, ale bez większego znaczenia strategicznego. To nawet nie mogła być poważna wymówka wobec Stalina.

Ale z tym kompleksem niedotrzymanej obietnicy u cynicznych polityków to Pan przesadza.

- Nie, nie, Roosevelt i Churchill czuli się wobec Stalina winni i występowali wobec niego z wyraźnie słabszych pozycji - przede wszystkim w Teheranie.

Wojska sprzymierzonych wylądowały w Normandii dwa miesiące przed wybuchem powstania!

- Churchill i Roosevelt odzyskali pewność siebie dopiero wtedy, gdy Amerykanie przebili front niemiecki z przyczółków w Normandii i zyskali szerokie pole operacyjne. A to nastąpiło

31 lipca, dosłownie w przeddzień powstania w Warszawie. Dziś wiemy, że wcześniej operacja lądowania w Normandii była strasznie ryzykowna. Niewątpliwie zachodni przywódcy skoncentrowani byli w czerwcu i lipcu na walkach w Normandii i nie mieli zbyt wiele czasu dla kwestii przyszłego powstania w Warszawie.

Kłopoty w Normandii to nie wszystko. Przecież alianci ciągle liczyli na pomoc militarną Stalina w wypadku poważniejszego kryzysu na drugim, zachodnim froncie.

I w pewnym sensie niebezzasadnie. W końcu Stalin zgodził się zgrać wielką ofensywę Armii Czerwonej z lądowaniem w Normandii, a w styczniu 1945 roku, gdy niemiecka kontrofensywa w Ardenach wstrząsnęła zachodnim frontem, zgodził się przyspieszyć ofensywę na froncie sowieckim.

- Do ostatnich dni wojny światowej Zachód lękał się urażenia Stalina, bo rozgniewany Wujaszek Joe, jak go nazywano, nie pomoże nam, gdy będziemy w potrzebie.

Szczególnie niechętną postawę wobec powstania prezentowało brytyjskie ministerstwo spraw zagranicznych.
10:30, reporter-cnn , Historia
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 sierpnia 2004
wywiad z Davisem (2)

- Pracowało tam mnóstwo wpływowych ludzi, którzy byli zdecydowanie prosowieccy. Część miała lewicowe sympatie, w tamtym czasie w brytyjskich elitach nierzadkie, część była po prostu sowieckimi agentami. W zeszłym roku dowiedzieliśmy się na przykład, że Christopher Hill, kluczowa figura, urzędnik od spraw sowieckich, był tajnym członkiem brytyjskiej partii komunistycznej. W 1944 roku przez jego biurko przechodziły wszystkie papiery dotyczące Powstania Warszawskiego mające choćby luźny związek ze sprawami sowieckimi.

Sowieccy agenci uplasowani byli na kluczowych stanowiskach w brytyjskich instytucjach: Donald MacLean w ambasadzie Wielkiej Brytanii w Waszyngtonie, Kim Philby i John Cairncross w MI-6. Mieli dostęp do dokumentów wiążących się z powstaniem.
- W samym Foreign Office prócz Hilla mogli działać inni agenci sowieckiego wywiadu, choć nie wszystkich udało się do dziś zidentyfikować. Możemy się domyślać z wielką dozą prawdopodobieństwa, że Kreml miał wgląd w wiele dokumentów dotyczących powstania.

Czy sowieccy agenci w ministerstwie spraw zagranicznych byli w stanie przeforsować wrogą interesom polskim i powstaniu politykę rządu brytyjskiego?

- Oni nie działali tak otwarcie. Nie było przecież tak, że Foreign Office wpadł w pełni w ręce sowieckich agentów - przeciwnie, większość urzędników była raczej prawicowa, imperialna. Ale ludzie Moskwy wcale nie musieli forsować żadnej aktywnej polityki, by osiągnąć swe cele. Wystarczyło nic nie robić, zwlekać, zadawać głupie pytania, dyskretnie siać wątpliwości co do dobrej woli Polaków. Oto przykład: na tydzień przed powstaniem ambasador Raczyński idzie do ministra Edena i zawiadamia go, że według wiarygodnych informacji z kraju Sowieci likwidują polskie podziemie, mordują członków niekomunistycznej konspiracji. Raczyński oburza się, że Brytyjczycy zachęcają Polaków do kooperacji z Sowietami, a ci ich mordują. Eden na to, że musi to sprawdzić. Całe to sprawdzanie trwało dwa miesiące. Dopiero 27 września Eden, przyparty do muru pytaniami posłów, publicznie wyjaśnia Izbie Gmin, że zarzuty o jakoby nagannym zachowaniu się Sowietów w Polsce są nieprawdziwe, bo sam ambasador ZSRR w Londynie zapewnił go, że nie ma mowy o prześladowaniu polskiej konspiracji. Zatem przez dwa miesiące jego ministerstwo nie zrobiło nic, by cokolwiek wyjaśnić. I tyle. A w tym czasie Sowieci stali bezczynnie nad Wisłą, masowo aresztowali akowców na zajętych terenach i odmawiali zgody na loty samolotów z zaopatrzeniem dla powstania.

Czy minister Eden był prosowiecki?

- Nie. Najwyżej w tym sensie, że prosowietyzm był modny, a on nie chciał być niemodny. Był słabym człowiekiem, bez kręgosłupa. W 1944 roku miał ciężką nerwicę, na parę miesięcy przed powstaniem musiał z tego powodu wziąć urlop. Churchill bardzo nisko cenił Edena, ale musiał go trzymać w koalicyjnym rządzie. Czasami zresztą słaby minister był dla niego wygodny.

Eden w najmniejszym stopniu nie był godnym partnerem twardej, brutalnej wręcz dyplomacji sowieckiej. Najlepszy przykład: krótko po upadku powstania zaciągnął premiera Mikołajczyka do Moskwy na rokowania, nie ujawniając przed nim, że w Teheranie alianci wyrazili zgodę na linię Curzona jako wschodnią granicę Polski. Tam, w Moskwie, Eden nie wiadomo na jakiej podstawie roił sobie, że można wynegocjować pozostawienie Lwowa po stronie polskiej. Gdy Sowieci przywołali go do porządku, wieczorem, w ambasadzie brytyjskiej, po kolei zaczepiał swoich podwładnych, i żałośnie dopytywał się, czy jeśli ustąpi Stalinowi w sprawie Lwowa, to przejdzie do historii jako ugodowiec. No zero, zupełne zero.

Wielkim kłopotem dla rządu RP w Londynie była postawa brytyjskiej prasy, która w sprawie powstania praktycznie jednym głosem prezentowała racje sowieckie. Skąd to się brało?

- W środowisku dziennikarskim też byli ludzie Moskwy, ideowi sympatycy i zwyczajni agenci. Powszechna była sympatia dla Rosji jako sojusznika, dla jej wysiłku wojennego i ponoszonych ofiar. Nawet prawica brytyjska popierała Stalina. Ale ważniejszy był inny problem - brak wiarygodnych informacji. W ZSRR działali brytyjscy korespondenci wojenni. Korespondenci frontowi otrzymywali informacje od sowieckich oficerów politycznych. W dodatku ich raporty szły do Moskwy, tam były cenzurowane i dopiero po dwóch, trzech dniach docierały do Londynu. Korespondenci bardziej byli tubą Sowietów niż niezależnym kanałem informacyjnym. W tej sytuacji, jeśli rząd polski twierdził coś sprzecznego z oficjalną linią sowiecką, w większym lub mniejszym stopniu podtrzymywaną przez brytyjskich dziennikarzy, wierzono raczej Stalinowi niż Polakom.

Jednym z nielicznych wyjątków w chórze prosowieckich klakierów był George Orwell, który na łamach "Tribune" ostro krytykował brak niezależnej myśli wśród dziennikarzy.

Dlaczego rząd brytyjski nie wysłał do Polski swojej konspiracyjnej misji wojskowej? Misja przy Komendzie Głównej AK byłaby najlepszym źródłem wiedzy o polskim podziemiu, o okupacji, także o Niemcach i polityce sowieckiej.

- To porażka polskiego rządu, podziemia i w ogóle sprawy polskiej, i jeden z fundamentów niepowodzenia powstania. Rząd RP doskonale zdawał sobie sprawę z wagi takiej misji i od dawna o jej wysłanie zabiegał. Gdy nieformalne sugestie nie przynosiły rezultatów, 22 lutego 1944 roku Mikołajczyk formalnie, w liście, poprosił Churchilla, by w ramach sojuszu wysłano taką ekipę do Polski. Przecież rozbudowane brytyjskie misje wojskowe przy kierownictwach ruchów podziemnych były w Jugosławii, Grecji, Albanii, właściwie wszędzie - tylko nie u największego, najwierniejszego sojusznika, u Polaków. To była klęska Polski i klęska zachodniej koalicji, która pozbawiona była oczu i uszu w newralgicznym punkcie Europy.

Churchill polecił wysłać misję.

Ale nie poleciała.

- Znowu mieliśmy do czynienia ze zwłoką ze strony ministerstwa, na czele którego stał Eden. O swoim poleceniu przypomniał sobie Churchill dopiero na początku września, gdy powstanie trwało już ponad miesiąc. Zapytał, co się stało z misją do AK, i usłyszał, że nie poleciała. Walnął pięścią w stół, zażądał wyjaśnień i wysłania jej do Polski. Natychmiast. A wie pan, kiedy poleciała?

Pod koniec roku.

- Dokładnie na Boże Narodzenie.

Czy brytyjskiemu premierowi wtedy już też zależało na pogrążeniu polskiego sojusznika?

- Nie. Churchill był za młodu bardzo dzielnym żołnierzem. Jego udział w kampanii w Sudanie w końcu XIX wieku to piękna, bohaterska karta. Jako żołnierz bardzo wysoko cenił żołnierza polskiego. Wielokrotnie powtarzał, że mamy dług wdzięczności wobec tych dzielnych Polaków. Z całej galerii pierwszoplanowych postaci koalicji moim zdaniem to on był Polsce najżyczliwszy. Ale już grubo przed Powstaniem Warszawskim jego polityczna siła osłabła. Wielka Brytania, jak zresztą wszyscy alianci, była uzależniona finansowo, zbrojeniowo, wojskowo od Stanów Zjednoczonych. Ameryka stała się w tym czasie supermocarstwem i Churchill nie był już wtedy w stanie przeforsować swoich koncepcji, jeśli Roosevelt był innego zdania. W czasie powstania Churchill kilkakrotnie prosił go o wspólny front wobec Rosji, czasem prosił bardzo ostro, ale amerykański prezydent odmawiał.

Amerykanie także nie mieli misji wojskowej przy dowództwie AK.

- Z grubsza z tych samych powodów co Brytyjczycy - żeby nie drażnić kochanego Wujaszka Joe. To też się zresztą fatalnie odbiło na przebiegu powstania. Po miesiącu, 2 września, AK walczy dzielnie i ma jeszcze przed sobą miesiąc walk. Churchill jest wściekły z powodu pozostawienia powstańców samym sobie i pisze do Roosevelta list, w którym zdecydowanie żąda, by obaj wreszcie stworzyli wspólny protest wobec Stalina i jego niechęci pomocy dla Warszawy. A Roosevelt odpisuje, że już nie możemy Polakom pomóc, bo Armia Krajowa wyszła z Warszawy i pomagać tam nie ma komu. To była fałszywa informacja, podsunięta prawdopodobnie przez Sowietów. W rzeczywistości powstańcy wyszli ze Starego Miasta, a pozostałe dzielnice trzymały się twardo. Taka dezinformacja byłaby niemożliwa, gdyby na miejscu była misja aliancka.Skąd u Roosevelta taka wroga obojętność wobec sprawy polskiej?

- Roosevelt nie czuł spraw europejskich, nie rozumiał prawdziwej natury konfliktu w Europie. On wiedział, że wróg to Niemcy. A skoro Stalin bił się z nimi, to znaczy, że jest dobrym człowiekiem. Taki styl myślenia dominował w politycznym otoczeniu prezydenta.

No i jeszcze sowieccy agenci.

- Właściwie domyślamy się, że byli, ale trzeba pamiętać, że niemało ważnych urzędników przyjmowało sowiecką propagandę za dobrą monetę. Sytuacja w Waszyngtonie pod tym względem przypominała stosunki brytyjskie.

Ale tym bardziej polscy politycy i wojskowi powinni byli odpowiednio wcześniej zmusić przywódców aliantów do oficjalnego opowiedzenia się w sprawie powstania i form pomocy dla Warszawy. Tymczasem zamiast postawienia kwestii na ostrzu noża były w gruncie rzeczy tylko jakieś takie kuluarowe pogwarki, z których nie wynikało nawet, czy alianci popierają ideę powstania, o niesieniu pomocy nie mówiąc.

- Na nieszczęście historia jakby sprzysięgła się, żeby powstanie się nie udało. Dwa wydarzenia utrudniły uratowanie Warszawy. Pierwszym była śmierć gen. Sikorskiego. Polski premier miał wielką rangę w obozie sojuszniczym. Cenił go i szanował zwłaszcza Churchill. Jego następca, Mikołajczyk, to mały człowiek, nieznany na arenie międzynarodowej. Dla mnie wstrząsająca jest jego rozmowa z Rooseveltem o wschodnich granicach. Roosevelt mówi: Stalin jest moim przyjacielem, ten Churchill tego nie rozumie, ale ja zapewniam, że on jest bardzo przyjacielski. Niech pan leci do Moskwy i wszystko pan dobrze załatwi. Polska wyjdzie z tej wojny nieuszczuplona. No i co ten biedny parweniusz Mikołajczyk z jakiegoś PSL ma zrobić, jeśli wielki prezydent Ameryki mówi mu, że będzie dobrze? Bierze to za dobrą monetę.

Sikorski poradziłby sobie z Rooseveltem lepiej?

- To jest gdybologia. Historyk zajmuje się tym, co się zdarzyło, a nie gdybaniem. Ale jedno jest właściwie pewne: z koordynacją polityczną i wojskową przed powstaniem gen. Sikorski radziłby sobie lepiej od Mikołajczyka.

On jako premier trzymał w ręku sprawy polityczne, jako Naczelny Wódz - sprawy wojskowe. Po jego śmierci polityką zawiadywał Mikołajczyk, wojskiem dowodził zaś gen. Sosnkowski. I rzecz charakterystyczna: dwaj wybitni wojskowi, generałowie Sosnkowski i Anders, byli przeciwnikami powstania. Tylko że nie oni byli rządem. To cywil Mikołajczyk miał prawo podjąć decyzję o rozpoczęciu walk w Warszawie.

Jest tu jeszcze jedno ciekawe pytanie - czy Stalin, mając do czynienia z Sikorskim, zachowałby się inaczej. Sądzę, że w sprawach zasadniczych, czyli twardej linii wobec Polski, linii Curzona, komitetu lubelskiego, działań NKWD za frontem, nic by się nie zmieniło. Ale kwestią otwartą pozostaje, czy Sikorski zdołałby jednak z pomocą Churchilla zmontować wspólny front i przeciwstawić się Stalinowi. Nie w sensie awantury, lecz w sensie zmuszenia go do rozmów serio. Stalin, jak mówiłem, miał wiele do stracenia, a był politykiem niesłychanie przebiegłym i cierpliwym. Był niestety o wiele inteligentniejszy od przywódców zachodnich. Być może zdecydowałby się załatwić sprawę tak, jak załatwił z Czechami, odwlekając moment konfrontacji o parę lat, dopuszczając nawet powrót rządu z Londynu do kraju. Można sobie wyobrazić, że w takim wariancie Rokossowski wydarłby ogarnięte powstaniem miasto z cęgów niemieckich. Co nie przeszkodziłoby Stalinowi w przechwyceniu pełni władzy i w stalinizacji Polski, ale już po wojnie.

A to drugie fatalne wydarzenie?

- Ta nieszczęsna sprawa granic. W Teheranie Churchill i jeszcze bardziej Roosevelt dali Stalinowi do zrozumienia, że kwestia granicy na linii Curzona jest już załatwiona. Wprowadzili go w błąd, i nie tylko jego. Wprowadzili w błąd rząd RP i nawet ministerstwa brytyjskie, bo trzymali swoje rozmowy ze Stalinem w tajemnicy. Przez następne dziewięć miesięcy próbowali oni namówić premiera Mikołajczyka do przyjęcia innej koncepcji - kompromisu. Urzędnicy brytyjscy w 1944 roku opracowali aż cztery projekty granicy polsko-sowieckiej. Roosevelt zapewnił polskiego premiera, że co najmniej Lwów, a może i coś więcej, zostanie po polskiej stronie.

Naturalnie efekt takiej nieszczerości był katastrofalny. Stalin łaskawie przyjął Mikołajczyka, gdy ten przyjechał do Moskwy na przełomie lipca i sierpnia 1944 roku, ale na pewno nie w celu dalszych targów granicznych. Musiał się czuć obrażony, kiedy w trakcie spotkania 3 sierpnia ten - z jego punktu widzenia - kliencik zachodnich mocarstw próbował otworzyć już dawno zamknięte kwestie. Musiał również podejrzewać złą wolę partnerów zachodnich. Czy on, wielki Stalin, ma pomagać powstańcom polskim, jeśli patroni Polaków (i jednocześnie koalicjanci z Teheranu) nie dotrzymują słowa? Widać, że podejrzliwy sowiecki wódz nie został dobrze poinformowany o różnych aspektach sytuacji w Polsce. A niefortunny przetarg o sprawy granicy mógł tylko pobudzić jego niepewność.

Rząd RP w Londynie kiepsko politycznie przygotowywał powstanie, ale przecież nie ułatwiali mu też tego alianci. Zatajono przed Mikołajczykiem kwestię tajnej umowy ze Stalinem w Teheranie, nie było też zdecydowanych sygnałów: nie walczcie!

- I Rosjanie, i Brytyjczycy, i Amerykanie przyjęli jako oczywistą normę, że w czasie wojny każda ze stron koalicji zrobi wszystko, by zniszczyć wroga. Walczyć muszą Francuzi, Grecy, Jugosłowianie, Polacy, każdy powinien mieć swój udział w zwycięstwie. Polacy czuli się zmuszeni do czynu, bo inaczej będą uważani za niepoważnych. Parę tygodni przed powstaniem rząd RP dostał od Amerykanów dla Armii Krajowej

10 mln dolarów w złocie, sumę wówczas bajońską. W języku polityki był to wyraźny sygnał, że AK ma walczyć.

20:19, reporter-cnn , Historia
Link Dodaj komentarz »
wywiad z Davisem (3)

 

Co gorsza w brytyjskim rządzie na tle akcji powstańczej Polaków powstał rozłam. I to nie tylko między premierem Churchillem i Foreign Office, ale i między ministerstwem a Kierownictwem Operacji Specjalnych ? SOE. Kiedy w końcu lipca ambasador Raczyński podał oficjalne informacje, że powstanie w Warszawie wybuchnie, natomiast wybór terminu jest w rękach Armii Krajowej, nasze ministerstwo spraw zagranicznych natychmiast odpowiedziało, że nie będzie żadnej pomocy. Ani zrzutów, ani bombardowań, ani polskiej brygady spadochronowej. Natomiast SOE odpowiada pozytywnie: w porządku, zrobimy, co możemy. I to było wiarygodne, bo przecież było tajemnicą poliszynela, że SOE jest oczkiem w głowie Churchilla, a jego szef gen. Gubbins ma nieograniczony dostęp do premiera. Eden takiego dostępu nie miał.

Ale SOE nie było przygotowane do niesienia pomocy.

- Tu wina nie leżała tylko po stronie Brytyjczyków. Rozmowy z Polakami w Londynie na temat zadań podziemia, planowania operacyjnego prowadził brytyjski oficer płk Wilkinson. Kilka lat temu wyszły u nas jego pamiętniki. I jest tam gorzki akapit, że planowanie wojskowe z Polakami miało charakter fantazyjny. Przecież przewiezienie w powietrzu brygady spadochronowej gen. Sosabowskiego, która liczyła sporo chłopaków, przez pół Europy i desantowanie jej nad Warszawą wymagało długich przygotowań. Nie zrobiono nic. Polacy przede wszystkim nie mieli samolotów, którymi mogliby wysłać spadochroniarzy.

Samoloty mieli wyłącznie alianci. Całe mnóstwo. Amerykanie produkowali je jak wykałaczki.
- I co z tego, skoro Polacy i ich sprawy spadali w 1944 roku coraz niżej na liście alianckich priorytetów? Trzeba było sobie te samoloty wcześniej zdobyć. Nie mówię już o tym, że gdy w czerwcu Brytyjczycy przygotowywali wielką operację desantową na zachodnim froncie, poprosili o przekazanie polskiej brygady spadochronowej spod komendy polskiej pod brytyjską. I gorący orędownik powstania, zastępca szefa Sztabu Naczelnego Wodza gen. Tatar się zgodził. Argumentował, że skoro teraz Brytyjczycy potrzebują naszej brygady, to trzeba im okazać dobrą wolę, bo później oni okażą ją nam. To błąd. Gdy tylko brytyjscy dowódcy dostali tę brygadę do dyspozycji, było jasne, że zrobią wszystko, by ją po swojemu wykorzystać, a nie rzucać na Warszawę. Argument braku samolotów do akcji nad Polską był w tej sytuacji bardzo poręczny.

Skąd brał się ten niepoprawny optymizm polskich przywódców w Londynie, to branie wszystkiego za dobrą monetę, liczenie, że jakoś to będzie?

- Z jednej strony rząd RP po ujawnieniu zbrodni katyńskiej i zerwaniu stosunków dyplomatycznych był na strasznie słabej pozycji wobec Sowietów. Na domiar złego był rozdzierany konfliktami wewnętrznymi. Zapewne właśnie stąd brała się skłonność do ucieczki od jedynej konstruktywnej drogi - organizowania współpracy w kwestii polskiej wszystkich, włącznie z Rosją, sojuszników. Współpracy wymagającej ze strony polskiej i nacisków, i ustępstw.

A poza tym nikomu nie przyszło do głowy, że Rosjanie nie pomogą powstańcom. Takiego obrotu sprawy nie przewidywała ani ekipa Mikołajczyka, ani Brytyjczycy, ani Amerykanie. Wiadomo było, że każde z mocarstw ma jakieś szczególne prawa w swojej strefie wpływów, ale odmowa udzielenia pomocy walczącemu na wyciągnięcie ręki sojusznikowi wydawała się niemożliwością.

Muszę też powiedzieć, że przed powstaniem był nie tylko nieuzasadniony optymizm, ale i zwykła manipulacja. Generał Tatar, który z okupowanego kraju przyleciał do Londynu dopiero w kwietniu, był przeciwnikiem politycznym gen. Sosnkowskiego. Gen. Sosnkowski niechętnie patrzył na przygotowania do powstania, więc gen. Tatar odwrotnie, za wszelką cenę chciał je przeforsować. Kluczowym momentem według mnie było spotkanie Mikołajczyka i Tatara w Waszyngtonie z szefami połączonych sztabów brytyjskiego i amerykańskiego, czymś w rodzaju alianckiej najwyższej rady wojskowej. Sojusznicy nie zlekceważyli Polaków, Mikołajczyk z Tatarem spędzili na rozmowach z gospodarzami wiele godzin. W końcu padło ze strony jednego z brytyjskich generałów kluczowe pytanie: no dobrze, ale jakie są wasze stosunki z Sowietami? Gen. Tatar wyjaśnił, że poprawne. Co prawda od czasu do czasu są jakieś trudności, ale nasi partyzanci współpracują z sowieckimi wojskami. Moim zdaniem to było nieuczciwe; on dobrze wiedział, że stosunki są albo złe, albo wręcz fatalne.

Uważa Pan zatem, że to sami Polacy zgotowali sobie w przeddzień wybuchu porażkę powstania?

- Tak nie można powiedzieć. Na pewno nie można obciążać tym zarzutem przywódców powstania, gen. Bora-Komorowskiego i płk. Montera-Chruściela. Oni nie mieli pojęcia, jakie są międzynarodowe stosunki rządu. Wiedzieli tylko, że premier poleci do Moskwy, żeby wszystko załatwić ze Stalinem. Oni zresztą nie mieli tu nic do gadania. Byli zawodowymi wojskowymi, ich zadaniem było wykonać rozkaz rządu. Rozkaz ten wykonali najlepiej jak potrafili, nie oszczędzając siebie ani nawet rodzin. Gen. Bór-Komorowski zatrzymał przecież w Warszawie swoją ciężarną żonę i malutkiego synka, by nie było wrażenia, że wykorzystuje swoją pozycję wojskową do prywatnych celów. Rozmawiałem z jego synem Adamem, który zrelacjonował mi zapiski żony generała. Gen Bór-Komorowski, wydając rozkaz do walki, był przekonany, że najdalej po tygodniu wyląduje w sowieckim więzieniu. Nie miał złudzeń, ale rozkaz rządu wykonał z godnością, do końca.

Zastrzeżenia można mieć natomiast do postawy gen. Sosnkowskiego. Był jednym z nielicznych, którzy przewidzieli katastrofę. Ale skoro nie zgadzał się z decyzją o rozpoczęciu powstania, powinien był z hukiem podać się do dymisji. Ale nie, dalej ciągnął swoje polityczne rozgrywki, a w kluczowym okresie, dwa tygodnie przed rozpoczęciem walk, wyleciał do Włoch. Wrócił już w czasie powstania i zaczął rozrabiać. Awanturował się, dlaczego Brytyjczycy nie pomagają. To było niepoważne i szkodliwe.

Raczej przeciwnie, ktoś wreszcie stanowczo domagał się realnej pomocy dla Warszawy!

- Nawet miał rację, ale efekty tego były szkodliwe. No, proszę sobie wyobrazić, przychodzi polski generał i zaczyna krzyczeć, że my, Polacy, uratowaliśmy was w Bitwie o Anglię, a wy teraz nic nie robicie! To budziło niechęć.

W efekcie adresaci tych pretensji raczej starali się odsunąć od spraw polskich, niż angażować w organizowanie pomocy.

Nieumiejętność Polaków była jednak tylko częścią wielkiej klęski zachodniej koalicji w sprawie powstania. I to nie najważniejszą. Już po wszelkich polskich zaniedbaniach, po wybuchu walk, można było dla powstańców zrobić bardzo wiele. Kto wie, być może uratować ich. Wina za to, że nawet nie podjęto choćby energicznej próby, spada na sojuszników, na Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone. To chcę podkreślić z całą mocą, tym bardziej że w polskiej historiografii dominuje wątek obciążania Polaków winami za porażkę powstania. Owszem, rząd londyński miał w tym swój udział, ale głównymi winowajcami byli zachodni sojusznicy. Koalicja miała formę hierarchiczną. Wielka Trójka podjęła decyzje. Churchill i Roosevelt mieli szansę wpłynąć na Stalina, Mikołajczyk sam - nie bardzo.

Chyba jednak Stalin też był odpowiedzialny?

- To zależy, czy w sprawie powstania traktuje się go jako sojusznika Zachodu, czy jako przeciwnika. Jeśli jako przeciwnika, to o zaniedbaniach i błędach możemy mówić w odniesieniu do Polaków i ich zachodnich sojuszników.

A Pan jak sytuuje Sowietów w tej kwestii?

- W różnym czasie - różnie. Nie ma wątpliwości, że wiosną 1944 roku Stalin postrzega Polskę jako swój łup, i to łup podwójny. Po pierwsze, chce odebrać jej kresy wschodnie, po drugie podporządkować ją politycznie, najlepiej zainstalować jakąś formę władzy komunistycznej. Ale gdy Armia Czerwona pędzi przez Białoruś na zachód, Stalin zapewne nawet nie zastanawia się nad sprawą powstania w Warszawie. Wywiad sowiecki błędnie informował Moskwę, że AK to w polskiej konspiracji margines.

Skąd takie założenie? Przecież sowieckie radiostacje wzywają mieszkańców Warszawy do powstania już od zimy 1941 roku!

- To była rytualna propaganda. Każdy opór na tyłach frontu sowiecko-niemieckiego był w interesie Kremla.

Wezwania do powstania nasilają się w sowieckich radiostacjach w miarę zbliżania się Armii Czerwonej do Warszawy.

- Nie akceptuję wizji wydarzeń, jaka jest bliska wielu Polakom. Wedle niej wezwania do powstania i następnie zatrzymanie Armii Czerwonej tuż przed Warszawą jest kolejnym ciągiem starannie, na zimno zaplanowanych zbrodniczych ruchów Stalina: wymordowanie KPP, pakt Ribbentrop - Mołotow, 17 września 1939, wywózki na wschód, zbrodnia katyńska i w końcu wciągnięcie londyńskiego podziemia w pułapkę, jaką było powstanie. Taka teoria zakłada, że Stalin był nieskończonym geniuszem, że przewidywał w szczegółach rzeczywistość na wiele ruchów naprzód. A tak naprawdę borykał się z tymi samymi ograniczeniami co inni politycy. Powstania w Warszawie moim zdaniem długo, jeszcze kilka dni po wybuchu, nie traktował serio. To miał być parodniowy epizod bez większego znaczenia.Dlaczego?

- Bo przetrwanie powstania dłużej niż trzy, cztery dni wedle ówczesnej wiedzy było niemożliwe. Regularna, potężna armia niemiecka powinna zgnieść niedo-zbrojoną ruchawkę w parę dni.

A doświadczenie Stalingradu?

- Tam walczyły dwie regularne armie. Sowieci mieli artylerię, czołgi, lotnictwo, do obrońców docierało zaopatrzenie i posiłki. Powstanie na tyłach frontu nie mogło tak walczyć. Podobnie zresztą oceniali swe możliwości dowódcy powstania jeszcze przed wybuchem walk - na sześć, siedem dni. Odrzucam zatem pogląd, że Stalin świadomie pchał kierownictwo AK w powstańczą pułapkę. Generalny plan Stawki ? sowieckiego dowództwa ? był taki, że I Front Białoruski marszałka Rokossowskiego w finalnym akordzie wielkiej ofensywy 1944 roku zajmuje Warszawę. Dopiero w ostatnich dniach lipca musiało pojawić się na Kremlu pytanie, co czeka Rokossowskiego w Warszawie. I otóż uważam, że Stalin nie mógł mieć klarownego obrazu.

W Moskwie przekopałem się trochę przez dokumenty NKWD z okresu przed 1 sierpnia. I była to bardzo pouczająca lektura. Raporty generała NKWD Iwana Sierowa ze świeżo zajętego przez Sowietów Wilna są najzwyczajniej bałamutne, fikcji i fantazji jest w nich tyle co faktów. Sierow na przykład pisze o gen. Wilku-Krzyżanowskim, dowódcy operacji wyzwolenia Wilna, że przyleciał tam z Warszawy. Brzmi to tak, jakby w Londynie kupił sobie bilet i na lotnisku w Warszawie wsiadł do samolotu Lufthansy lecącego na Litwę. Później, gdy już sowieckie oddziały stały nad Wisłą, główny oficer polityczny frontu białoruskiego gen. Telegin płonącą Warszawę miał na wyciągnięcie ręki, miał czas, a raporty polityczne pisał takie, jakby nie miał pojęcia, co się tam dzieje. Możliwe, że raporty pisano pod oczekiwania góry, żeby nie podpaść, ale i to nie zmienia faktu, że Stalin dostawał masę informacji mających dość luźny związek z rzeczywistością. A czytał przecież tylko część raportów, najwyżej parę procent z tej góry papieru. Wydaje mi się, że Stalin działał nie według szczegółowego, opracowanego wcześniej scenariusza, lecz raczej w warunkach wielkiej niepewności, niedoinformowania. Na wojnie to raczej reguła niż wyjątek. Wojna to skrajna niepewność i nieuchronne popełnianie błędów. Na wojnie wygrywa nie ten, kto ma bezbłędny plan, ale ten, kto szybko dostosuje się do zmian.

Pańska teza o niedoinformowaniu Stalina stoi w sprzeczności ze skutecznym rozpracowaniem polskiego podziemia wszędzie tam, gdzie pojawiało się NKWD.

- Ależ skąd! Podziemie akowskie było w części wcześniej rozpracowane przez partyzantkę sowiecką i AL. NKWD nikomu nie wierzyło, łapali i zamykali wszystkich wcześniej rozpracowanych, ale i niepewnych, podejrzanych. To w połączeniu z brutalnością i okrucieństwem przesłuchań dawało wysoką skuteczność. Ale zdobyć informacje w Warszawie było już trudniej. Tam nie było sowieckich partyzantów.

20:18, reporter-cnn , Historia
Link Dodaj komentarz »
wywiad z Davisem (4)


Byli pepeerowcy, alowcy.

- Każda pliszka swój ogonek chwali. Przecież oni nie meldowali Moskwie, że są izolowaną grupką bez wpływów, przeciwnie, rozdymali swoje możliwości. Gdy jednostki Rokossowskiego zbliżały się do Bugu, trzy sowieckie jednostki wywiadowcze raportowały, że w polskim podziemiu największe wpływy ma Polska Partia Robotnicza i jej siła zbrojna Gwardia Ludowa. Sowieci nie byli głupi, ich analitycy na takie radosne doniesienia brali zapewne poprawki, ale to nie zmienia faktu, że aż do pierwszych dni walk Stalin nie mógł być pewien, co w tej Warszawie się dzieje.

Druga zasadnicza niepewność dotyczyła postawy Zachodu. Najpierw była to niepewność fundamentalna: czy Zachód powstanie popiera, czy nie. Powściągliwość oficjalnych reakcji aliantów niczego przecież nie przesądzała. Potem, jak sądzę, Stalin musiał nabrać podejrzeń, że za wszystkim stoją Brytyjczycy. Skoro powstanie powinno upaść w ciągu paru dni, a trwa 10, 15 i dłużej, to znaczy, że Brytyjczycy musieli nafaszerować Warszawę bronią i specjalistami. No bo bez tego Niemcy musieliby już dawno powstańców zmiażdżyć.

W tej sytuacji Stalin prawdopodobnie postanowił grać na zwłokę, czekać, aż położenie wyklaruje się, zachowując przy tym możliwość realizacji wszystkich opcji militarnych i politycznych. Nie ma dowodów na istnienie wcześniejszego, makiawelicznego planu.

Nie było wyolbrzymiania skutków porażki pod Radzyminem, by usprawiedliwić pozostawienie Warszawy samej sobie?

- Klęska pod Radzyminem to nie była lipa. Cztery dywizje pancerne SS, które Niemcy zdołali skoncentrować i 2 sierpnia rzucili do walki, reprezentowały potężną siłę. Ale porażka pod Warszawą była jednak porażką tymczasową. Dziś wiemy, że już nazajutrz Rokossowski z Żukowem, dwaj najlepsi sowieccy stratedzy, którzy jak już wstawali znad map sztabowych, to po to, by zwyciężać, zasiedli nad planem dalszej ofensywy. I już 8 sierpnia plan taki był gotowy. Przewidywał, że w ciągu dwóch tygodni ruszy sowiecka kontrofensywa, Warszawa będzie wolna najdalej na tydzień przed końcem sierpnia, a po jej wyzwoleniu ofensywa płynnie ruszy dalej na zachód, na Berlin. To wskazuje, na jakie siły mogli liczyć Rokossowski i Żukow.

Stalin ofensywę tę zatrzymał.

- Nie znamy dokumentów, jak i kiedy się to stało, ale tak było. Można kalkulować, że stało się to 13 sierpnia.

Czyli czekał, aż Niemcy utopią londyńską Warszawę w morzu krwi.

- Niezupełnie. Wykrwawianie prolondyńskich elit było mu na rękę, ale nie uważam, by w sierpniu upadek powstania był jego jedynym celem. Stalin, ciągle w warunkach wielorakiej niepewności, czekał na wyklarowanie się sytuacji. Potępił dowódców powstania, zostawił Warszawę zdaną na swój los i wyruszył na Bałkany. To nie znaczy, że on nie zakładał zmiany swojego stanowiska.

Nie, on powstanie pozostawił Hitlerowi. Przecież decyzja o ofensywie na Bałkany oznaczała przesunięcie strategicznych rezerw spod Warszawy na południe.

- W podjęciu tej decyzji przez Stalina Warszawa nie musiała być elementem decydującym, a być może nawet istotnym. Na początku sierpnia Rokossowski stał 700 km od Berlina. Alianci uwikłani byli jeszcze w bitwę normandzką, do Berlina mieli 2 tys. km. Stalin miał czas. Mógł za radą swojego marszałka uderzyć prosto na Berlin, pozostawiając przyszłość Bałkanów niepewnym rozstrzygnięciom, być może przy dyplomatycznym stole, mógł też uderzyć na południe, zagarnąć miękkie podbrzusze Europy i jeszcze zdążyć wziąć Berlin. Wybrał tę drugą opcję. Co więcej, ofensywa na południe nie oznaczała rezygnacji z zajęcia Warszawy nagłym, lokalnym uderzeniem. Na to Stalin zawsze miał dosyć rezerw. Akurat pod koniec sierpnia wysłał ogromne wojska na Słowację, aby tam pomagać powstańcom. Wsparcie powstania w Warszawie nie wymagało użycia gigantycznych sił. Przecież niesłychanie słabi, nieprzygotowani, pozbawieni wsparcia broni ciężkiej i lotnictwa berlingowcy jednak się przez Wisłę przeprawili i do powstańców dotarli.
Na co więc czekał? Czego nie był pewien?

- Nie mógł być pewien, czy sprzymierzeni nagle nie zagrają którąś ze strategicznych kart, które mieli w ręku. Można się tylko domyślać, ale wydaje mi się, że czekał na jakąś koalicyjną inicjatywę, która nigdy nie przyszła. Doprowadzenie do klęski powstania nie było warte spełnienia żadnej z tak poważnych gróźb, o jakich mówiłem wcześniej. Ale był też możliwy do realizacji scenariusz z punktu widzenia Stalina pozytywny. Oto przyparci do muru Polacy godzą się, za cenę pomocy, na ustępstwa, na daleko idącą rekonstrukcję rządu, może coś jeszcze. A wtedy dlaczego by Warszawy nie uratować? Przecież w czerwcu i w lipcu, tuż przed powstaniem, sowiecki ambasador w Londynie prowadził rozmowy z byłym polskim ministrem Stanisławem Grabskim. Kreml sondował, czy możliwa jest normalizacja stosunków, ze wznowieniem stosunków dyplomatycznych włącznie. Ale te rozmowy były tajne właśnie po to, by Stalin mógł zachować swobodę manewru.

Stalin nigdy nie dostał od Zachodu korzystnej propozycji, nigdy Zachód nie zagroził mu serio poważnymi retorsjami. Nie wiem, czy to, co sprzymierzeni mogli uzyskać od Stalina dla Polaków, uratowałoby Warszawę. Ale wiem, że ten cholerny Zachód nawet nie kiwnął palcem. Nawet nie przymusił Kremla do zgody na lądowanie samolotów ze zrzutami. Tylko raz na 63 dni walk

? 18 września ? większa flota powietrzna mogła latać nad Warszawą.

Niech pan zauważy, że żadne z trzech powstań w okupowanej Europie roku 1944 nie wybuchło porządnie przygotowane politycznie i militarnie. Słowacy zaczęli trochę na wariata, bez przygotowań, bez porozumienia z Sowietami, którzy byli kilkaset kilometrów na wschód, w dodatku oddzieleni potężnym łańcuchem górskim - notabene powstanie słowackie nie udało się. Na Zachodzie Amerykanie w ogóle nie mieli najmniejszego zamiaru wyzwalać Paryża. Paryż to była kwestia drugoplanowa, coś dla wojsk tyłowych, do zajęcia parę tygodni później. Front miał toczyć się prosto na Niemcy. Oba te powstania zostały wsparte, bo sojusznicze armie, mimo braku porządnego planowania politycznego i wojskowego, zmieniły swoje cele. Sowieci ruszyli na Słowację, kosztem straszliwych ofiar forsowali Przełęcz Dukielską. Amerykanie, zgrzytając zębami, zmienili jednak marszrutę swoich dywizji bardziej na południe. W obu wypadkach powstańców można było wesprzeć, bo wesprzeć ich chciano.

Pod Warszawą Stalin ruszyć się specjalnie nie chciał, a Zachód, choć mógł, nie zrobił nic, by zechciał.

Czy w ogóle można było powstania uniknąć?

- Nie, chyba nie. Przywódcy podziemia przez ostatnie dwa tygodnie lipca rozważali kwestię powstania, także kwestię skutków rezygnacji z walki. Zgodnie doszli do wniosku, że jeśli Armia Krajowa nie wyjdzie na ulice, będą się dziać straszne rzeczy.

Jakie?

- Argumentem pierwszym była obawa, że Niemcy zamienią Warszawę w fortecę i w zaciekłych walkach frontowych stolica zamieni się w kupę gruzów, zginą dziesiątki tysięcy ludzi. Tak jak stało się w Mińsku na Białorusi.

Słaby argument. Jeśliby Rosjanie weszli do Warszawy i wsparli powstańców, czekałaby nas w stolicy powtórka Stalingradu.

- Nie, bo istotna była sytuacja w szerszej skali. Sowieci mieli już przyczółki na lewym brzegu i pozbawienie Niemców ważnego węzła komunikacyjnego w centrum tej strefy znacznie zwiększało szanse szybkiego zajęcia centralnego sektora frontu przez Armię Czerwoną.

Ale był i drugi argument: jeśli nie AK, to sami warszawiacy ruszą na okupanta. Atmosfera w mieście była straszliwie podminowana, wystarczył pretekst albo nieodpowiedzialne wystąpienie konspiracji komunistycznej, by doszło do spontanicznego, niekontrolowanego wybuchu i nieuchronnej rzezi mieszkańców. Chyba każdy odpowiedzialny dowódca, wiedząc tyle, ile wiedział gen. Bór-Komorowski, i mając takie rozkazy, jakie on otrzymał z Londynu, zdecydowałby się na walkę.

Które z błędów dowodzenia kosztowały powstanie najwięcej?

- Powtarzam, na wojnie każdy popełnia błędy, jednak na błędach się uczy. Błędem było wysyłanie powstańców do frontalnych ataków, jak żołnierzy regularnej armii. Wstrząsnął mną opis nieudanego, frontalnego szturmu na siedzibę policji niemieckiej na Szucha w pierwszych chwilach powstania. Brał w nim udział 15-letni syn przedwojennego polskiego premiera. Stał na pozycji, na której stać mu kazano, i było jasne, że tam zginie. Kolega namawiał go, by się wycofał, ale on odpowiedział: dostałem rozkaz, który musi mieć uzasadnienie. I zginął. A jego kolega wycofał się i przeżył. Taki frontalny atak na lotnisko na Okęciu skończył się prawdziwą rzezią powstańców. Dopiero później akowcy nauczyli się technik walki w ruinach. I po sześciu tygodniach historia powtórzyła się: kiedy berlingowcy przekraczają Wisłę, robią te same błędy, a powstańcy krzyczą do nich, że nie wolno biegać po ulicy i szturmować wprost umocnionych pozycji, bo to pewna śmierć.

Dzięki czemu powstanie trwało osiem razy dłużej niż wedle zawodowych wojskowych mogło trwać?

- Po pierwsze, dzięki niesłychanemu bohaterstwu, poświęceniu, dyscyplinie i wyszkoleniu prostych żołnierzy. Wyszkoleniu, które rosło wraz z upływem czasu. Powstańcy walczyli z o niebo lepiej wyposażonym wrogiem jak równy z równym. W walkach - nie w rzeziach i egzekucjach - zginęło mniej więcej tyle samo powstańców co Niemców. Co więcej, akowcy zabili dwa razy więcej Niemców, niż ranili. W normalnych walkach zawsze było na odwrót. To najlepiej świadczy o determinacji i wyszkoleniu. Okazało się również, wbrew analizie specjalistów, że ten ocean gruzów, pustych podwórek, piwnic i małych uliczek jest idealnym terenem dla walki partyzanckiej. Niemcy, używając ciężkiej artylerii i lotnictwa, tylko utrudnili sobie działania.

Bardzo dobrze sprawdzili się dowódcy, zwłaszcza niższych i średnich szczebli. Dowództwo powstania chyba raczej nie zabłysło, ale też i nie popełniało rażących błędów.

Ostatni powód to wiadomość dla Polaków nieprzyjemna: do stłumienia powstania Niemcy często używali jednostek kiepskiej jakości, pułków policyjnych, tyłowych czy azjatyckich, przymusowo wcielonych do armii - po prostu hołoty. Jednostki Dirlewangera i Kamińskiego, zamiast atakować nieprzygotowanych powstańców, mordowały dziesiątki tysięcy bezbronnych cywilów na Ochocie i Woli. Dowództwo 9. Armii Wehrmachtu z pogardą odnosiło się do oddziałów von dem Bacha, wiele razy odmawiało oddania mu swoich jednostek. Gdyby do Warszawy weszły w pierwszych dniach sierpnia liniowe dywizje Wehrmachtu, byłoby dużo gorzej.

Ale we wrześniu, gdy do walki weszły formacje Wehrmachtu, wcale nie szło im z powstańcami dobrze.

- Bo wtedy powstańcy, mimo zmęczenia, braku wyposażenia, byli doświadczonymi wygami w walce w ruinach.
Jak długo mogli jeszcze walczyć?

- Jeśli miałoby to sens, sądzę, że jeszcze co najmniej tydzień, dwa, a może i trzy. W Śródmieściu można było się jeszcze twardo bronić. Zwracam uwagę, że wbrew powszechnemu w Polsce mniemaniu powstanie nie trwało 63 dni, lecz trzy dni dłużej. Przecież tak naprawdę skończyło się, gdy ostatni powstańcy złożyli broń i wymaszerowali z Warszawy, sam rozejm i podpisanie układu o zaprzestaniu walki nie zamieniły automatycznie Warszawy powstańczej w Warszawę okupowaną.

Kiedy padł ostatni strzał?

- Żebym to ja wiedział! Bardzo chciałem ustalić, kto strzelił ostatni raz, bo to byłaby świetna puenta książki, ale okazało się to niemożliwe.

Jakie były polityczne i społeczne konsekwencje powstania?

- Nie ma dwóch zdań, że porażka powstania otworzyła szerzej bramy dla instalowania w Polsce reżimu komunistycznego. Polska i tak wpadłaby do stalinowskiego worka, Stalin nigdy by z niej nie zrezygnował, ale po powstaniu miał łatwiej.

Jednym z kłopotów Sowietów w Polsce był brak komunistów i komunistycznej inteligencji wymordowanej w 1937-38 roku. Wymordowanie przez Niemców polskich Żydów, żydowskiej inteligencji, bardzo licznej, często dominującej w wielu zawodach, a potem wymordowanie przez nich w Warszawie części inteligencji polskiej i niejako wy-pchnięcie wielkiej części tych, co przeżyli - poprzez obozy w Niemczech później wyzwalane przez aliantów - na Zachód pozbawiło Polski kwiatu niezależnej, krytycznej warstwy oświeconej. To było ogromne ułatwienie przy instalowaniu nowej, nielubianej władzy.

Taka powtórka bitwy pod Białą Górą?

- Ciekawe porównanie. W 1620 roku Czesi stracili pod Białą Górą kwiat swej szlachty, co otwarło drogę do germanizacji elit i kraju. Przegrana powstania otwarła drogę do stalinizacji Polski. Ciekawe jest i to, że skutki tej klęski odczuto o wiele szybciej niż skutki Białej Góry.

Ale powstaniu Polacy wiele też zawdzięczają. Jego etos, jego mitologia podtrzymywały społeczeństwo w trudnych chwilach. Jestem przekonany, że w 1956 roku Sowieci wahali się z interwencją, pamiętając o szkole, jaką powstańcy dali Niemcom.



A z drugiej strony krwawa lekcja powstania przydała Polakom, na parę pokoleń, przynajmniej do niedawna, zbiorowej rozwagi i powściągliwości. Dla mnie „Solidarność” jest wprost dzieckiem Powstania Warszawskiego, i to niejako podwójnie: jako owoc umacnianego powstańczą tradycją pragnienia zrzucenia obcych okowów i zarazem jako ruch okazujący zaskakujące w tak przełomowych momentach dziejów umiarkowanie, niewątpliwie także wywodzące się z pamięci powstańczego doświadczenia. A dziś tradycja powstania jest, być może, jednym z nielicznych zworników spajających głęboko podzielone polskie społeczeństwo. Proszę zauważyć, że bohaterstwa powstańców i powstańczej tradycji nie kwestionuje dziś w Polsce nikt.





20:18, reporter-cnn , Historia
Link Dodaj komentarz »
bbc o powstaniu
Poles mark 1944 Warsaw uprising
http://news.bbc.co.uk/2/hi/europe/3943265.stm
Sunday, 1 August, 2004, 02:09 GMT 03:09 UK
Polish Home Army
The insurgents held out for 63 days
Poland is marking the 60th anniversary of the failed Warsaw uprising against the Nazi occupation that left the city in ruins and some 200,000 Poles dead.

For the first time German Chancellor Gerhard Schroeder will attend the ceremonies.

During 63 days of fighting, the Soviet army on the outskirts of Warsaw held back, and the western allies are blamed for not giving more help to the city.

Polish PM Marek Belka said an allies' apology would be welcomed by Poland.

I don't know if 'apology' is the right word, but we should put the history straight
Marek Belka
Polish Prime Minister

The ceremonies will include a dramatic reconstruction of an armed barricade at 1700 local time (1500 GMT) - the exact time the uprising started on 1 August 1944.

This will be followed by a march and several wreath-laying ceremonies by representatives of Poland's wartime allies, including US Secretary of State Colin Powell and British Deputy Prime Minister John Prescott.

The anniversary will end with a concert to honour the heroes of the uprising.

Polish-German reconciliation

Mr Belka - whose father took part in the uprising - acknowledged the progress Germany and Poland had made towards reconciliation since World War II.

The Warsaw 1944 Uprising monument

On this day: Uprising begins

He said Mr Schroeder's visit would highlight the "wonderful steps taken by our two peoples in the last decades".

Mr Schroeder is also expected to issue some form of apology, the BBC's Adam Easton in Warsaw reports.

Soviet leader Joseph Stalin ordered the Red Army to stay out of the fighting because he did not want the Resistance to lay the foundations of an independent post-war Poland.

When the rising was brutally suppressed, the SS carried out Hitler's orders to level the city and deport its inhabitants.

'Good gesture'

Many Poles feel Britain also bears some responsibility for the uprising's failure.

It refused to airlift in Polish troops who had taken refuge in the UK and wanted to join their countrymen's struggle.

On Saturday, Mr Belka the BBC's Today Programme: "Maybe we should start with recognition for the very fact that the uprising in Warsaw was a huge effort of Polish people suffering under the Nazi occupation.

"I don't know if 'apology' is the right word, but we should put the history straight.

"This would be a very good gesture that would be appreciated not only by the soldiers of the Warsaw Uprising - the very few that are still alive - but also by the Polish people.

But Europe Minister Denis MacShane, whose own father was among the Polish commandos unable to fly to the aid of the Polish resistance, said he was "not quite sure" an apology would be appropriate.


13:39, reporter-cnn , Historia
Link Dodaj komentarz »
bbc o powstaniu
Boy messenger remembers uprising
http://news.bbc.co.uk/2/hi/uk_news/3937155.stm
Krzysztof Rowinski
Krzysztof as a young man, shortly after the end of war
Among the thousands of ordinary men, women and children who joined the Warsaw Uprising in August 1944 was 12-year-old Krzysztof Rowinski, who volunteered as a messenger for the Home Army.

Days before the Warsaw Uprising, as it was to become known, everyone in the city knew something was afoot.

Hospitals had started stocking up on supplies and by 1 August the tension was reaching fever pitch.

Krzysztof, now 72 and living in Barnet, north London, told BBC News Online: "I saw a great excitement on the streets and a lot of young men rushing out to various places. Later, I found out these were the starting places for the attack on the Germans.

"They carried packages which sometimes looked a lot like guns but the German patrols didn't try to stop them." Suddenly, at 5pm, Home Army soldiers staged a simultaneous attack on German-held positions throughout the city. The uprising had begun.

Front Line

Krzysztof found himself with his mother at his grandfather's house near the railway station. The building was crowded with young men.

At the moment the shooting began, he heard all the trams in the neighbourhood come screeching to a halt.

Polish Home Army

On this day: Uprising begins

A German soldier ran down the street, looking up at a hotel window, only to be gunned down by someone inside.

Krzysztof watched as a man on a loaded rickshaw dodged a line of bullets as he pedalled up the street to the house.

The man was admitted to the inner courtyard, where, to Krzysztof's amazement, he ripped off the covers to reveal a load of guns, machine pistols and grenades.

He said: "Next a man ran through the basements and emerged in the house, machine gun in hand and said: 'Are there any Germans here?' and everybody started singing the Polish national anthem.

"All the young men pulled out red and white armbands and put them on. They were becoming an army in front of me. It was a very moving moment, very exciting."

Overnight, Krzysztof's street became the front line, with Germans guns firing at his house and tank shells raining onto the street. To escape the battle, the family moved to stay with friends in another part of Warsaw. As they fled they saw the streets were covered with glass from the fighting.

Wildcat

They arrived in the quieter district of Powisle, but life was not peaceful for long. Despite his mother's qualms, Krzysztof volunteered to be a messenger for the Home Army and was taken to a local headquarters.

There he found another boy messenger, about his age, who told him what he was expected to do.

It was no longer cowboys and Indians - it was the real thing
Krzysztof Rowinski

He said: "I was middle class and a little bit spoilt but he was a real street urchin and as we were so different, we got on very well and we spent the night chatting.

"The next day I heard he had been killed on one of the barricades while he was delivering a message and a mortar shell exploded.

"It was the first big shock for me. It meant it was no longer cowboys and Indians - it was the real thing."

Over the next month, Krzysztof got used to dangerous missions and terrible sights as he roamed Warsaw as a messenger, using his code name Zbik, or Wildcat, and wearing a captured German army cap and oversized uniform.

Blood

He said: "I had some near misses. Once I was on a steep street heading down to the river where there was a gun boat shelling the street.

"I had to go all the way down the street into this fire. So I would hide in doorways and wait and then there would be an explosion and I would go on to the next doorway.

"As I was going down I could see a man coming up the street doing the same thing.

"When I was about halfway, a shell exploded and I was knocked unconscious but I was not injured. When I got up I could see blood coming into the street and I thought the man had lost his head.

Home Army medal
Medals were given to the Home Army after the war

"I looked - it was very terrifying - and I saw he had in fact lost both his legs and that was the blood was coming from. His face was completely stunned from the pain.

"People came to help and I carried on with my order and delivered my message. Then I went back to my quarter and cried my eyes out."

By September, it was clear the Home Army could no longer defend Powisle district. He was relieved of his duties and his family was advised to flee.

The district was soon under heavy bombardment, with the asphalt on the roads melting from the heat of blazing buildings.

The family left as the battle raged, crawling under barricades as they went.

He said: "The Germans were shooting at the barricades but because they were made of sand and so on, they would hold the bullets. Everyone was shaking. I saw one woman who was shot in the head because she put her head up too high."

Krzysztof Rowinski
Krzysztof eventually settled down to live in the UK

Once, they sheltered in an embassy district on the front line, where the bombardment was lighter, as the Germans feared hitting their own positions.

He said: "At one point there was a lull in the fighting and one of the Home Army soldiers sat at a piano and played some Chopin and when he finished, we heard applause form the German positions. The Germans were always very fond of music."

Getting enough food was a major struggle.

Krzysztof said: "Everyone in Warsaw was starving. Someone would offer you a rabbit and you knew it was a cat. All the animals and birds and pigeons disappeared from the city."

I carried on with my order and delivered my message. Then I went back to my quarter and cried my eyes out
Krzysztof Rowinski

It was while out looking for food for his family that he again came close to death.

He said: "I went to a building in Hoza Street to meet an engineer to trade - I think I had some sugar.

"I was talking to him on the fourth or fifth floor and I suddenly had the feeling I had to leave. So in the middle of a sentence I stepped back and ran to the ground floor as fast as I could. I can remember the astonishment on his face.

"I ran along the street and I stopped in a hole by a staircase. There were heavy explosions as bombs fell.

"When the dust had settled I went back to look and the building I had been in was destroyed. It had been hit and I suppose everyone in there was killed." By now the end was near. The Home Army negotiated an honourable capitulation with the Germans, who evacuated the population and systematically destroyed Warsaw before losing it to the Russians.

Iron Curtain

Krzysztof and his mother stayed in Poland until 1947, when they escaped over the German border and eventually made it to England, where his father had settled after fighting with the Allies.

His older brother Marek was captured as he tried a different route over the border and was sent back to Poland, where he remained stranded on the other side of the Iron Curtain throughout the Cold War.


13:38, reporter-cnn , Historia
Link Dodaj komentarz »
cnn o powstaniu

Museum honors Warsaw uprising

Saturday, July 31, 2004 Posted: 1040 GMT (1840 HKT)

http://edition.cnn.com/2004/WORLD/europe/07/31/warsaw.uprising.ap/index.html
story.memorial.ap.jpg
Uprising veteran Zbigniew Scibor-Rylski reads the names at the museum of those who died in the battle.

WARSAW, Poland (AP) -- Sixty years after Poles rose up in vain against Nazi occupiers in Warsaw, the first museum devoted solely to the 63-day battle opened Saturday with tributes to the fighters by Poland's premier and Pope John Paul II.

Some 3,000 aging veterans attended the ceremony, part of an emotionally charged three-day remembrance of the revolt that left an estimated 200,000 fighters and civilians dead and most of Warsaw destroyed by the Germans.

"This (museum) is about truth and remembrance for all Poles and to show Europe and the rest of the world our true history and what happened in Warsaw," Prime Minister Marek Belka told a large crowd in the museum garden.

He stood in front of a granite wall inscribed with the names of thousands of combatants who fell in the fighting.

In a message read out at a Mass held before the opening, the Polish-born pope said "I wish to pay homage to the fallen and living heroes of the August uprising."

This week's ceremonies culminate Sunday in a day of solemn wreath laying and speeches by U.S. Secretary of State Colin Powell, German Chancellor Gerhard Schroeder and Polish leaders -- 60 years after the insurgency began on August 1, 1944.

Compounding the tragedy for Poles, the uprising was written out of official history during 40 years of communist rule, when leaders hoped to suppress the fact that the Red Army watched from the other side of the Vistula river as SS-led Nazi troops put down the uprising.

Russian President Vladimir Putin sought to strike a conciliatory note Saturday, paying tribute in a statement to "the heroes of Poland's resistance movement" and saying both countries should look to the future.

Putin said the Warsaw fighters made "a significant contribution to our joint victory" over Nazism that "will remain in the memory of Russians forever."

"The lessons of this terrible war are not forgotten," said the statement distributed by the Russian Embassy. "Today we should jointly do everything that is possible toward strengthening the stability, partnership and trust in Europe and in the world."

At the museum, researchers are collecting the fighters' individual stories and many of their keepsakes -- such as letters, photographs and helmets -- to document daily life during the insurgency.

"The main idea of the museum is to remember the uprising when some of the insurgents are still alive," museum spokesman Marcin Roszkowski said. "There are 7,000, but their numbers are decreasing rapidly. It's a race against time."

Poland's poorly armed and out-manned Home Army -- made up of many teenagers -- rose up after five years of brutal Nazi occupation as the Soviet Army was positioned just outside of Warsaw and two months after D-Day victories had propelled the Allied forces eastward.

After the city's defeat, the Germans imprisoned fighters, expelled civilians -- many to concentration camps -- and then began to systematically raze most of the city to the ground.

Since the fall of communism in 1990, political bickering has held back efforts to get the museum open. Even with the anniversary ceremonies underway, the museum is not completed and officials will close it after several days and open a section to the public in October. The entire museum won't open until the fall of 2005.

"It should have been opened in 1945," Roszkowski said. "We Poles usually do not commemorate failures of uprisings and other wars, but this one is unique."


13:25, reporter-cnn , Historia
Link Dodaj komentarz »