cnn
przegląd artykułów internetowych: ONET.PL GAZETA.PL DZIENNIK.PL
środa, 08 sierpnia 2007
Trzy Polki zginęły w wypadku autokaru we Francji

Trzy Polki zginęły w wypadku autokaru we Francji

mp, kt, PAP, IAR
2007-08-08, ostatnia aktualizacja 2007-08-08 17:17
Zobacz powiększenie
Autokar marki Setra należał do firmy Polonia Transport z Zamościa
Fot. DENIS CHARLET AFP

Trzy, a nie cztery osoby zginęły w wypadku autokaru wiozącego polskich turystów, do którego doszło koło Dunkierki w środę rano. Wcześniej belgijski dziennik Le soir w swoim interentowym wydaniu napisał o czterech ofiarach wypadku. Polskie władze potwierdziły dotychczas śmierć trzech osób. - Cztery osoby są ciężko ranne - powiedział rzecznik MSZ Robert Szaniawski. Radio RMF podało, że kierowca został umieszczony przez francuską policję w areszcie tymczasowym.

Zobacz powiekszenie
Fot. STRINGER/FRANCE Reuters Zobacz powiekszenie
Fot. STRINGER/FRANCE Reuters
W wypadku autokaru koło Dunkierki zgineło 3 polskich turystów
Zobacz powiekszenie


Kierowca autokaru powiedział, że w momencie wypadku nie zdawał sobie sprawy, że zjeżdżał boczną drogą na parking i nie jechał już po autostradzie. Francuscy funkcjonariusze podejrzewają, że przedstawiając taką wersję wydarzeń kierowca próbuje z góry usprawiedliwić fakt, że - być może - jechał po wąskim zjeździe z autostrady z nadmierną prędkością - informuje RMF FM. Policja nieoficjalnie mówi, że kierowca jechał za szybko, nawet 100 kilometrów na godzinę. Autobus, który uległ wypadkowi, należał do firmy Polonia Transport z Zamościa.

- Śledztwo dopiero się rozpoczyna. Kierowca autokaru jest na razie jedyną osobą, którą przesłuchujemy. - powiedziała radiu Claire Munzer z prokuratury w Dunkierce.

Autobus przewrócił się na zakęcie

Attache prasowy ambasady we Francji Ireneusz Bochenek powiedział, że do wypadku doszło ok. godz. 6.30 na autostradzie A16 na północy Francji, w pobliżu Dunkierki.

Autokar, który jechał z Chełma (Lubelskie) do Londynu i dalej do Dublina w Irlandii, przewrócił się na zakręcie, przy zjeździe z autostrady A16 na parking. W miejscu, w którym doszło do tragedii, teren jest równinny, ale padał silny deszcz, co mogło doprowadzić do poślizgu. Na wypadek mogła mieć też wpływ zła widoczność - kierowca pojechał prosto zamiast skręcić na zjeździe. Prawdopodobne jest również, że kierowca jechał zbyt szybko. Według informacji policji, w wypadku nie uczestniczył żaden inny pojazd.

- Przyczyną środowego wypadku był prawdopodobnie padający deszcz oraz nadmierna prędkość, jaką rozwinął kierowca - potwierdził przedstawiciel prefektury w Dunkierce płk Vanber Selaert.

Według informacji podanych przez polską Inspekcję Transportu kierowca jechał z prędkością 88km/h.

Podróżni z Chełma, Radomia, Łodzi, Konina, Piotrkowa Trybunalskiego i Poznania...

- Autokar wyjechał we wtorek rano z Chełma. Po drodze zabierał pasażerów z Radomia, Piotrkowa Trybunalskiego, Łodzi, Konina i Poznania - powiedziała pracownica firmy Polonia Transport Iwona Flis.

Spośród 33 osób, które po wypadku przewieziono do szpitala w Dunkierce, 16 zostało hospitalizowanych, a 12 udzielono pomocy ambulatoryjnej.

Pięć lżej rannych osób w wypadku polskiego autokaru na północy Francji opuściło szpital w Belgii i jest w drodze do Dunkierki.

"Sześć osób jest na tyle ciężko rannych, że pozostają w Belgii" - wyjaśnił Bochenek.

Rzecznik sprostował informacje, jakoby do Dunkierki miało zostać przetransportowanych 11 osób, czyli wszyscy hospitalizowani w Belgii.

Prokuratura bada sprawę

Autokar, który dzisiaj miał wypadek pod Dunkierką we Francji był nowy. Jego ostatnie badania techniczne wykonane przed wyjazdem w trasę nie budzą na razie zastrzeżeń - takie są wstępne wnioski prokuratury. Śledczy kontrolują zamojskie biuro Polonia Transport, którego autobus rozbił się nad ranem.

"Zabezpieczamy dokumenty związane z tym wyjazdem, m.in. listę pasażerów, nazwiska kierowców. Będziemy starali się otrzymać jak najwięcej informacji z miejsca wypadku i w zależności od tego jakie one będą podejmiemy dalsze czynności" - powiedziała PAP szefowa tej prokuratury Dorota Kamińska-Piluś.

Kamińska dodała, że na jutro spodziewana jest kontrola Inspekcji Transportu Drogowego, która również będzie badać przyczyny wypadku.

Jak przypomniała podlaska policja, w czerwcu w Łomży zatrzymany został przez policję inny autokar tej firmy z Zamościa, ponieważ obaj kierowcy - prowadzący pojazd i jego zmiennik - byli pijani. Autokar miał kurs do Londynu.

U 39-letniego kierowcy alkomat wskazał promil alkoholu, u jego zmiennika - blisko 3,5 promila. Pijany kierowca zdołał w tym stanie przejechać ok. 70 km z Białegostoku do Łomży, zanim tam autokar został zatrzymany.

Jak poinformował PAP rzecznik prasowy podlaskiej policji Jacek Dobrzyński, kierowca, który prowadził wtedy autokar, skazany został przez sąd na 8 miesięcy więzienia w zawieszeniu na trzy lata, roczny zakaz prowadzenia pojazdów i 500 zł grzywny. Funkcjonariusze nie wiedzą, czy właściciel firmy wyciągnął wobec obu kierowców jakieś konsekwencje służbowe. Policja wystąpiła natomiast do wojewódzkiego inspektora transportu drogowego o przeprowadzenie w niej kontroli.
niedziela, 05 sierpnia 2007
Bush podpisał ustawę z rozszerzeniem programu bezwizowego - bez Polski
PAP
2007-08-03, ostatnia aktualizacja 2007-08-04 10:45

Prezydent USA George W. Bush podpisał w piątek ustawę Kongresu o nowych środkach bezpieczeństwa przeciw terroryzmowi, której częścią jest zniesienie w praktyce wiz wjazdowych do USA dla obywateli niektórych krajów - jednak nie dla Polaków.

Zobacz powiekszenie

Ustawa, uchwalona w zeszłym tygodniu przez obie izby Kongresu, przewiduje bowiem, że bez wiz będą mogli przyjeżdżać do USA obywatele krajów, w których konsulaty amerykańskie odmawiają dotąd wiz nie więcej niż 10 procentom ubiegających się o nie osób. W Polsce odsetek odmów wynosi 26 procent.

Poprzednio limit odmów był jeszcze surowszy - w programie ruchu bezwizowego mieściły się tylko kraje, w których nie przekraczał on trzech procent.

Czesi i Estończycy bez wiz

Z rozszerzenia programu ruchu bezwizowego skorzystają niektóre kraje Europy Środkowej i Wschodniej, takie jak Czechy i Estonia, gdzie odsetek odmów jest mniejszy niż 10 procent.

Administracja prezydenta Busha utrzymuje, że popiera włączenie do programu Polski - która pomaga militarnie USA w Iraku i Afganistanie - ale jej argumenty nie przekonały większości członków Kongresu.

Podpisana ustawa przewiduje jeszcze alternatywną drogę do zniesienia wiz: nieprzekroczenie określonego limitu nielegalnych przedłużeń pobytu w USA, czyli liczby osób pozostających w tym kraju po wygaśnięciu ważnej wizy.

Limit ten nie został jeszcze ustalony; będzie to możliwe dopiero po wprowadzeniu w życie planowanego systemu kontroli wyjazdów z USA, co może potrwać kilka lat.
wtorek, 26 grudnia 2006
Turkmeński tyran nie żyje
Wojciech Jagielski
2006-12-22, ostatnia aktualizacja 2006-12-21 18:56

W nocy ze środy na czwartek w Aszchabadzie umarł władca pustynnej Turkmenii Saparmurad Nijazow, który życzył sobie, by jego poddani nazywali go Turkmenbaszą, Wodzem Turkmenów. Był jednym z najbardziej groteskowych i bezwzględnych tyranów współczesności

Zobacz powiekszenie
Fot. SHAMIL ZHUMATOV REUTERS
Cały naród miał czcić swego przywódcę. Na zdjęciu urzędnik całuje Turkmenbaszę w rękę w 2002 r. w Aszchabadzie
Zobacz powiekszenie
Fot. BURT HERMAN AP
Jeden z niezliczonych pomników władcy - złote popiersie Turkmenbaszy w stolicy
 
"10 minut po pierwszej w nocy przestało bić serce Turkmenbaszy" - tak wieść o śmierci 66-letniego Nijazowa przekazała wczoraj turkmeńska telewizja. Ogłoszono siedmiodniową żałobę, a na ulicach Aszchabadu pojawili się robotnicy, którzy zaczęli ściągać z drzew i budynków noworoczne dekoracje. Święto odwołano.

Zdrowie przywódcy pozostawało przez lata najpilniej strzeżoną tajemnicą państwową. Siwiuteńki Nijazow przefarbował nawet włosy na kruczoczarne, by wyglądać młodziej. Od lat chorował serce, a gdy w październiku podczas uroczystego spotkania z oficerami tajnej policji zasłabł, lekarze orzekli, że może nie dożyć końca roku.

Kto po Nijazowie

Jak przystało na tyrana, nie zostawił po sobie następcy i wszystko wskazuje na to, że walka o sukcesję rozpoczęła się na dobre. Stawką jest nie tylko władza, ale też miliardy dolarów z wydobycia gazu, którego złoża uważane są za jedne z najbogatszych na świecie.

O tym, że walka o władzę trwa świadczy to, że następcą Turkmenbaszy nie został zgodnie z konstytucją przewodniczący parlamentu Auezgeldy Atajew. Ogłoszono, że prokuratura rozpoczęła właśnie przeciwko niemu kryminalne śledztwo, co przekreśla go jako prezydenta choćby tymczasowego.

Tymczasowym prezydentem został wicepremier i minister zdrowia, a także przewodniczący Państwowej Rady Państwa Kurbanguli Berdymuhammedow. Według przebywających na wygnaniu turkmeńskich dysydentów - a ci niemal w komplecie są dawnymi dygnitarzami Turkmenbaszy i wiedzą, co mówią - Berdymuhammedow jest krewnym zmarłego.

O tym, że Turkmenbasza szykował go na następcę, ma świadczyć to, że w listopadzie reprezentował go na naradzie przywódców WNP na Białorusi.

Ktokolwiek zostanie nowym władcą, oprze się, przynajmniej początkowo, na wszechwładnej tajnej policji. Niewykluczone, że właśnie przez nią zostanie wyznaczony. Nie ogłosi się Turkmenbaszą i raczej nie spróbuje naśladować starego prezydenta, ale będzie wykorzystywał jego kult, by umocnić rządy.

Potem czeka Turkmenię odwilż. Choćby dlatego, że trudno sobie nawet wyobrazić surowszą, polityczną epokę lodowcową, jaka dotąd tam panowała.

Z aparatczyka chan

Pogrzeb wyznaczono na niedzielę. Kondukt wyruszy z pałacu prezydenckiego w Aszchabadzie i pokona 50-kilometrową drogę do Kipczaku, rodzinnej wioski władcy. Dwa lata temu Francuzi zbudowali tam za 100 mln dolarów największy w kraju meczet. Właśnie tam, w mauzoleum, w którym spoczywają już prochy jego rodziców i dwóch braci, spocznie Turkmenbasza.

Ściany meczetu ozdabiają cytaty z Koranu i fragmenty "Ruchnamy", świętej księgi Turkmenów napisanej przez Turkmenbaszę, którego dworzanie (za przyzwoleniem władcy) ogłosili najnowszym z proroków.

Ogłoszono go także dożywotnim prezydentem, szefem rządu, naczelnym dowódcą i przewodniczącym jedynej legalnej partii, którą Turkmenbasza nazwał Demokratyczną.

Przez 21 lat panowania Turkmenbasza zbudował groteskowe państwo, którym władał, narzucając swą wolę 5 mln poddanych. Kiedy z namaszczenia komunistycznego sekretarza-reformatora Michaiła Gorbaczowa obejmował w 1985 r. władzę w Turkmenii, nikt nie podejrzewał tego partyjnego kacyka o takie ambicje i megalomanię.

Przemiana zaczęła się w 1991 r., gdy rozpadł się ZSRR, a Nijazow ze skromnego namiestnika ubogiej, pustynnej prowincji stał się prezydentem niepodległej Turkmenii. Wyzwolony spod kontroli Kremla Nijazow zaczął przepoczwarzać się w Turkmenbaszę, sardara, chana. Gabinet kazał wymościć dywanami, by jak najbardziej przypominał namioty chanów. Jak chanowie nosił złote pierścienie wysadzane drogocennymi kamieniami.

Śmieszny i straszny

Tych, którzy nie chcieli go słuchać, zamykał w więzieniach albo przeganiał z kraju. Wynosząc lub strącając dworzan i generałów, trzymał ich w strachu i zmuszał do gorliwego posłuszeństwa.

Z kultu własnej osoby Nijazow uczynił państwową i narodową ideologię. Jego imieniem nazywano wszystko - miasta, ulice, szkoły, rzeki, gatunki wódki, perfum i jogurtu, a nawet kratery na Księżycu i gwiazdę z konstelacji Koziorożca. Gdy kilka lat temu Turkmenbasza postanowił zmienić nazwy miesięcy, dotychczasowy styczeń poświęcił sobie.

Miasta obwieszono jego portretami i pozastawiano jego pomnikami. Najbardziej znany kilkunastometrowy i ze złota zdobi wzniesioną w Aszchabadzie azjatycką wieżę Eiffela - 70-metrowy Łuk Neutralności.

Lista ekstrawaganckich pomysłów nie miała końca. Zakazał Turkmenom nosić złote zęby i długie włosy. Zakazał hazardu, filharmonii, opery, baletu, a także cyrku jako sprzecznych z turkmeńskimi wartościami. Postanowił zbudować 40-metrową piramidę, sztuczne jezioro i cyprysowy las w środku pustyni Kara-Kum.

Aby mieć święty spokój i długie panowanie, Turkmenbasza przestał wpuszczać cudzoziemców, a poddanym odradzał podróże za granicę. Ci, którzy mimo wszystko to robili, byli wzywani przez tajną policję na "rozmowy wyjaśniające i pouczające". Na rozmowy takie wzywano też tych, którzy utrzymywali nazbyt przyjazne kontakty z mieszkającymi w Turkmenii cudzoziemcami i nazbyt często odwiedzali zagraniczne ambasady w Aszchabadzie.

Tajna policja podsłuchiwała rozmowy telefoniczne i czytała listy. Izolacji Turkmenii posłużyło też ogłoszenie wieczystej neutralności, która miała gwarantować przede wszystkim, że świat nie będzie się wtrącać w sprawy Turkmenii.

Megalomańskie kaprysy Turkmenbaszy sprawiały, że przez lata był bohaterem szyderczych artykułów o władcy dziwaku. Jego fanaberie odciągały natomiast uwagę dziennikarzy i polityków od brutalnej tyranii, jaką zaprowadził, by z dala od światowych stolic realizować swoją utopię. W podobny sposób, wśród przyzwalających szyderstw tworzyli zbrodnicze państwa kambodżańscy Czerwoni Khmerzy, środkowoafrykański cesarz Bokassa, a ostatnio afgańscy talibowie.
Zbrodnie wojenne Saddama Husajna cz.3

Kat czuje się dobrze

Ludobójstwo dokonane na Kurdach idealnie wpisuje się w ten wzór. "Chemiczny Ali" rozpoczął od definicji. Służby bezpieczeństwa typowały wioski, w których działali peszmergowie - automatycznie uznawano je za "tereny zakazane", a wszystkich ich mieszkańców za "sabotażystów". Sabotażystom oraz ich najbliższym krewnym groziła śmierć i przepadek majątku. Jeden z rozkazów poleca "prowadzić bombardowania w dzień i w nocy tak, by zabić jak największą liczbę mieszkańców zakazanych wiosek". Inny mówi, że "wszyscy schwytani powinni zostać uwięzieni, przesłuchani, a ci między 15. a 70. rokiem życia po wydobyciu z nich ważnych informacji zgładzeni".

Po raz pierwszy Bagdad użył broni chemicznej przeciw własnej ludności 15 kwietnia 1987 r. w ataku na biuro KDP w Zewa Szkan oraz kwatery Patriotycznej Unii Kurdystanu w wioskach Sergalu i Bergalu. Następnego dnia zagazowano cywilów w dwóch innych wioskach - zginęło ponad sto osób, głównie kobiet i dzieci. Wiele ofiar uprowadzono następnie ze szpitala w Arbil, gdzie leczyli się z poparzeń i ślepoty. Porwanych nikt więcej nie widział. Rodziny zaginionych nadal wierzą, że ich synowie i mężowie żyją gdzieś w irackich więzieniach.

Kolejna faza Anfalu to niszczenie wiosek. Osady równano z ziemią, a mieszkańców osadzano w obozach. Sporządzano akta rodzin "sabotażystów" i po kolei ich wyłapywano. Machina biurokratyczna pracowała pełną parą. Jej celem nie było jednak ustalenie winy lub niewinności człowieka, ale tego, czy zalicza się do zdefiniowanej grupy, tzn. czy jest Kurdem mieszkającym na terenach "zakazanych" bądź jego krewnym.

Metody ludobójstwa były te same co w hitlerowskich Niemczech: grupy więźniów ustawiano w szeregu przed plutonem egzekucyjnym, a po zastrzeleniu zaciągano do wspólnych mogił; albo na odwrót: najpierw wrzucano do dołów, a następnie masakrowano ogniem z karabinów maszynowych; lub też ustawiano na krawędzi dołu i strzelano w plecy, by sami spadli do grobu. Spychacze zasypywały mogiły.

Irak nie próbował ukryć zbrodni. Przeciwnie, każdy sukces propaganda nagłaśniała z takimi samymi fanfarami jak zwycięstwa na froncie wojny z Iranem.

We wrześniu 1988 r. Bagdad ogłosił amnestię. Większość kobiet, dzieci i starców została zwolniona z więzień i przeniesiona do obozów. Ale mężczyźni zniknęli. Zlokalizowano kilka masowych grobów, reszta poczeka na odkrycie co najmniej do czasu upadku reżimu Saddama Husajna. Amnestia nie zakończyła antykurdyjskiej kampanii - aresztowania i egzekucje wciąż trwały.

"Chemiczny Ali" wykonał zadanie i prezydent przeniósł go na inne ważne stanowiska - gubernatora okupowanego Kuwejtu, a w 1993 r. ministra obrony. Kat czuje się bezpiecznie. Kilka miesięcy temu, gdy nad Irakiem zaczęły gromadzić się wojenne chmury, al Madżid odbył propagandowe tournée po krajach arabskich - udzielał na prawo i lewo wywiadów, zapewniając, że Irak nie posiada broni masowego rażenia, a Amerykanom chodzi o ropę.

Absurdalną biurokratyczną logikę ludobójstwa dobrze ilustruje fakt, że o ile uciekinierzy z "wywrotowych" wiosek byli - zgodnie z rozkazem - wyłapywani i osadzani w obozach, a następnie zabijani, o tyle uchodźców z Halabdży nie zatrzymywano. Dlaczego? Irak nie uważał tego akurat ataku za część Anfalu z banalnego powodu - Halabdża była miastem, a Anfal był skierowany przeciw ludności wiejskiej. Zagazowanie Halabdży miało stanowić odwet za współpracę Kurdów z Iranem.

Przygraniczna Halabdża leżała przy tamie na jeziorze, które dostarczało wodę do Bagdadu, miała zatem dla Iraku strategiczne znaczenie. Jednocześnie od prawie 30 lat miasto było ogniskiem podziemnego oporu Kurdów. Działali tu nacjonaliści z PUK, komuniści, socjaliści oraz proirańska Partia Ruchu Islamskiego. Kurdowie próbowali wykorzystać dla swoich celów wrogość między Bagdadem i Teheranem. Od połowy lat 80. PUK prowadziła samodzielną walkę z irackim reżimem, za co już w maju 1987 r. Irak zrównał z ziemią dwie dzielnice Halabdży. W 1988 r., gdy wojska Husajna oblegały kwaterę główną tej partii, PUK podjęła zgubną decyzję otwarcia drugiego frontu na spółkę z armią irańską - właśnie w Halabdży. Bagdad upewniał się, że wojna z Iranem i wojna z Kurdami to jedno i to samo.

13 marca Radio Teheran poinformowało o nowej ofensywie w regionie Halabdży, prowadzonej na spółkę z peszmergami - miał to być odwet za ostatnie irackie ataki chemiczne przeciw Kurdom. Irańscy żołnierze, którzy wcześniej pojawiali się pod osłoną nocy, teraz otwarcie paradowali po ulicach miasta w towarzystwie Kurdów. Tańczyli z radości wokół zajętych kwater irackiej służby bezpieczeństwa i wywiadu wojskowego, wznosząc okrzyki "Allah Akbar!". Kazali kurdyjskim rodzinom przygotowywać sobie posiłki i pytali, jak daleko jest do świętych szyickich miast Karbala i Nadżaf.

Na iracki odwet nie trzeba było długo czekać. Masakra z 16 marca nie miała strategicznego znaczenia, bo zaatakowano północną część miasta, z dala od baz dowodzenia, i tak zresztą już opuszczonych. Była to zwykła zemsta.

Chemiczny atak na Halabdżę był największy, ale nieostatni. Według późniejszych badań trującym gazem na przestrzeni 17 miesięcy zaatakowano aż 280 kurdyjskich wiosek i miast. Zdaniem lekarzy na działanie broni chemicznej zostało wystawionych blisko 400 tys. ludzi, czyli 10 proc. populacji irackiego Kurdystanu.

Ofiar zapewne byłoby mniej, gdyby nie reakcja USA. W sierpniu 1988 r. senatorowie Claiborne Pell, Al Gore i Jesse Helms zaproponowali nałożenie na Bagdad surowych sankcji ekonomicznych za użycie broni chemicznej. Senat zatwierdził tzw. ustawę o zapobieganiu ludobójstwu już następnego dnia. Jednak administracja prezydenta Reagana uznawała Irak za strategicznego partnera w regionie oraz obiecujący rynek dla amerykańskich produktów i inwestycji. Waszyngton co roku zasilał Bagdad gwarancjami kredytowymi o wartości 700 mln dolarów. Białemu Domowi udało się doprowadzić do rozwodnienia, a w końcu odrzucenia ustawy. Kurdowie pamiętają, że lobbował za tym nie kto inny jak ówczesny prezydencki doradca ds. bezpieczeństwa narodowego, a obecny sekretarz stanu Colin Powell oraz prominentny republikański kongresman Dick Cheney, dziś wiceprezydent.

Jak w Hiroszimie

Jest wysoce prawdopodobne, że iraccy naukowcy badali na Kurdach jak na białych myszkach skuteczność poszczególnych rodzajów broni chemicznej i środków jej przenoszenia. Chidhir Hamza, zbiegły z Bagdadu były dyrektor programu nuklearnego Iraku, potwierdził to w rozmowie z dziennikarzem tygodnika "New Yorker": "Przed atakiem [na Halabdżę - red.] wojskowi doktorzy mierzyli miasto, a po ataku weszli w kombinezonach ochronnych, by badać rozrzut zwłok. Wypełniali formularze, jak daleko leżą ciała od pojemników po gazie".

W Halabdży użyto mieszanki gazów - prawdopodobnie musztardowego, sarinu, tabunu i VX - które atakowały skórę, oczy, gardło, płuca, nos i usta. Irak nigdy nie ujawnił, jakich dokładnie środków użył, nie można więc ustalić okresów połowicznego rozpadu toksyn, a tym samym - jak długo jeszcze będą nękać populację. Na miejscu zginęło 5 tys. ludzi. Kolejne tysiące zmarły później, u wielu innych choroby związane z atakiem ujawniły się dopiero po miesiącach lub latach.

- Nigdy wcześniej nie użyto gazów bojowych w takiej ilości przeciwko cywilom - mówi doktor Baban. - Na frontach I wojny stosowano gaz musztardowy, potem Egipt atakował gazem Jemen, broń chemiczna była używana w Wietnamie, dochodziło też do wypadków przy produkcji chemikaliów, jak w indyjskim mieście Bhopal. W sumie wiedza na ten temat jest nikła. Dotychczas sądzono, że głównym efektem długofalowym jest rak płuc. Niestety, nasze badania wykazały, że konsekwencje są znacznie rozleglejsze i poważniejsze dla całego organizmu: mamy mutacje genetyczne, poronienia, choroby skórne, ślepotę i choroby oczu, raka okrężnicy oraz schorzenia płucne, jak astma czy bronchit. Wystąpiły uszkodzenia DNA, co oznacza, że choroby będą nękać kolejne pokolenia. Akt ludobójstwa wciąż trwa i nie wiadomo, kiedy się skończy.

Dziesięć lat po ataku, na spółkę z dr. Babanem, kompleksowe badania populacji Halabdży przeprowadziła - jako jedyny lekarz z Zachodu - dr Christine Gosden, genetyk z Liverpoolu. Gosden porównała częstość występowania chorób w Halabdży z analogiczną populacją jednego z pobliskich miast, które nie ucierpiało od broni chemicznej - okazało się, że w Halabdży choroby występują co najmniej trzy-cztery razy częściej. Rak atakuje osoby w młodszym wieku i częściej jest złośliwy, wyższa jest więc śmiertelność. Coraz więcej dzieci umiera na białaczkę. Mutacje genetyczne i zachorowalność na nowotwory jest taka sama jak wśród ludzi, którzy w 1945 r. mieszkali dwa kilometry od epicentrum wybuchów atomowych w Hiroszimie i Nagasaki.

I jeszcze jeden problem: choroby psychiczne. - Ci ludzie mieszkają w tym samym mieście, w tym samym domu, pamiętają sterty martwych ciał. Dostają manii, depresji, schizofrenii, psychozy - mówi dr Fajad Bakhtiar, ordynator szpitala w Halabdży. W jego szpitalu personel przyzwyczajony jest do wyjmowania kul po próbach samobójczych.

Strach i rozczarowanie

Kurdowie są rozczarowani obojętnością Zachodu na ich los. Wszyscy im współczują, ale nikt nie pomaga. - Brakuje wyposażenia, lekarstw, personelu - podsumowuje dr Bakhtiar. Dzieci w Halabdży umierają na wady serca, które na Zachodzie z sukcesem się operuje. Nie leczy się tu zajęczej wargi, rozszczepionego podniebienia ani innych częstych deformacji. - Prostsza chemioterapia jest dostępna w Sulejmanii, ale radioterapii nie ma w całym Kurdystanie - mówi dr Bakhtiar. - Niektórych chorych wysyłamy na leczenie do Bagdadu, jednak na to mogą sobie pozwolić tylko zamożni i ci bez "problemów politycznych". Ciągle apelujemy o pomoc, o to, by móc wysyłać pacjentów na leczenie do Europy, ale bez skutku.

Christine Gosden nie rozumie, dlaczego Zachód nie prowadzi intensywnych badań na temat ataków w Kurdystanie. - Zbadanie długofalowych skutków działań broni chemicznej leży w naszym własnym interesie, zwłaszcza w obecnej sytuacji zagrożenia terroryzmem - mówi brytyjska genetyk. - Widziałam raka w Europie, ale tak wielkiego jak w Kurdystanie nie widziałam jeszcze nigdzie.

Dr Baban zwraca uwagę, że nikt nie zbadał poziomu skażenia Halabdży - nie wiadomo, czy ludzie nadal nie chodzą po zatrutej ziemi i nie jedzą zatrutego jedzenia. - Uczestniczyłem w kilku seminariach w Europie i Ameryce, próbowałem zainteresować świat tym, co się tu dzieje - dr Baban kręci głową. - To beznadziejne.

W założeniu Bagdadu pamięć o losie Halabdży miała utrzymywać Irakijczyków sterroryzowanych i posłusznych. W 1999 r. iraccy żołnierze w białych ochronnych kombinezonach otoczyli szyickie miasto Karbala w południowym Iraku, gdzie często dochodziło do antyrządowych powstań. Nic nie robili, tylko stali. Przesłanie było jasne: "Co zrobiliśmy w Halabdży, możemy zrobić i tu".

Im bliższa wydaje się wojna, tym bardziej Kurdowie boją się, że tragedia rzeczywiście się powtórzy. Wszyscy powtarzają, że jeśli Saddam będzie miał niewiele czasu na kontruderzenie, to zaatakuje nie Izrael czy Kuwejt, ale Kurdów.

- Nie mamy masek przeciwgazowych, nie mamy niczego - mówi dr Bakhtiar. - Prowadzimy kampanię uświadamiającą: w wypadku ataku należy uciekać pod wiatr i wejść na wzniesienie, bo gaz jest cięższy od powietrza. To jedyne, co możemy zrobić.

Dr Baban uważa, że bardziej od masek i kombinezonów przydałyby się wskaźniki skażenia, środki odkażające i lekarstwa. - Amerykanie - marzy - powinni tu przysłać żołnierzy wyszkolonych w zwalczaniu zagrożenia chemicznego, jak ta jednostka z Czech, która pojechała do Kuwejtu. W końcu uśmiecha się gorzko: - Zachód chyba myśli, że po tylu latach obcowania z toksynami Kurdowie są już uodpornieni.

Zbrodnie wojenne Saddama Husajna cz.2

Miasto-mogiła

Zazwyczaj pomniki przedstawiają narodowych bohaterów w pozach pełnych godności, triumfalnych, bo nawet jeśli za życia przegrali swoją walkę, to prowadzili ją w słusznej sprawie. Monument stojący przy wjeździe do Halabdży jest inny - tak jak inne jest całe miasto. Kamienna postać leży na ziemi i zasłania ciałem dwójkę małych dzieci; pomnik wzorowano na zdjęciu człowieka, który zginął, próbując osłonić swoich synów bliźniaków.

Halabdża leży w części Iraku od 1991 r. rządzonej autonomicznie przez Kurdów, chronionej przez amerykańskie i brytyjskie lotnictwo. Na pierwszy rzut oka nie różni się od innych kurdyjskich miasteczek. Parterowa zabudowa, wzdłuż głównej ulicy małe sklepiki. Może tylko trochę zbyt pusto i cicho - jak w wiosce, a nie w 50-tysięcznym mieście. Tuż obok, w górach, kilka lat temu zagnieździli się powiązani z al Kaidą fundamentaliści islamscy i władze wprowadziły nadzwyczajne środki bezpieczeństwa. Obcemu nie wolno tu przebywać bez zezwolenia. Na pytanie, czy w Halabdży jest hotel, usłyszałem: "Skąd, tam się nikt nie zatrzymuje". Przed atakiem w mieście mieszkało prawie 80 tys. ludzi, dziś o jedną trzecią mniej. - Po tragedii nie wszyscy wrócili, a kto ma pieniądze, to stąd ucieka - tłumaczy doktor Fajad Bakhtiar, młody ordynator miejscowego szpitala. - Populacja nie może się odbudować w naturalny sposób ze względu na powszechną bezpłodność, częste poronienia, wady płodów i wysoką śmiertelność noworodków. To efekt opóźnionego działania toksyn.

W szpitalu w Sulejmanii spotkałem się z doktorem Fuadem Babanem, który urodził się i wychował w Halabdży, a po ataku jako jeden z nielicznych badał skutki użycia broni chemicznej. - Przed 1988 rokiem to miasto tętniło życiem - opowiada dr Baban. - Odbywały się spektakle teatralne, mieszkali tam pisarze. W każdy piątek wszyscy mieszkańcy szli na wielki plac na przedmieściach i grali w różne gry. Dla elity z Sulejmanii w dobrym tonie było wybrać się na weekend do Halabdży i spędzić noc w miejscowym klubie. Teraz ludzie inaczej się zachowują, mają inny charakter. Czują się opuszczeni, zdradzeni, zostawieni bez pomocy.

W północnej części Halabdży jest dzielnica nazywana żydowską, choć ostatni Żydzi wyjechali stąd w latach 50. ubiegłego wieku. Mijam resztki dawnej synagogi, gdzie zginęło 80 osób.

Cmentarz ma słuszne rozmiary. Pojedyncze groby, od zwykłych ledwo rozpoznawalnych wzgórków przykrytych polnym kamieniem po minigrobowce okolone metalowym płotkiem z zawijastymi inskrypcjami. I mogiły zbiorowe. Ziemia otoczona murem i informacja, że w tym miejscu zginęło tyle a tyle ludzi. Poza pasącymi się krowami na cmentarzu ani żywej duszy. Pada deszcz.

- Wróciliśmy miesiąc później, pochować zmarłych - wspomina Dżamal Mohammed. - Trzeba było to robić w rękawiczkach i maskach. Kiedy dotknęło się trupa gołymi rękami, na skórze pojawiały się palące plamy. Ciała wrzucaliśmy do dołów i paliliśmy.

Dżamal, dziś pracownik kurdyjskiej służby bezpieczeństwa, pochował 58 członków rodziny. Jego matka straciła wzrok w jednym oku, siostra czasem potrzebuje aparatu tlenowego, by oddychać. Hadżi, dziś biedak bez zajęcia, stracił 18 krewnych; jego żona 19. Abdullah Ahmad Raszid, sprzedawca warzyw na rynku - 15. Doktor Bakhtiar - 95. Z wyjątkiem Hadżiego, który płacze, mieszkańcy Halabdży podają te liczby beznamiętnie, jak numer mieszkania.

Holocaust, Kambodża, Ruanda, Bośnia... Zawsze na usta ciśnie się pytanie: "dlaczego?" Co powoduje człowiekiem, że z całą świadomością zabija lub każe zabijać bezbronne istoty? Odpowiedź nigdy nie jest wyczerpująca. Rację ma dr Baban, mówiąc: - Wytłumaczenia należy szukać w chorym umyśle Saddama Husajna. Z militarnego punktu widzenia do tego ataku nie było żadnych przesłanek.

Próbując mimo wszystko choć po części zrozumieć przyczyny zagazowania ludności Halabdży, zdarzenie to trzeba analizować w dwóch kontekstach - wojny iracko-irańskiej oraz kampanii Anfal, czyli planowych czystek etnicznych prowadzonych przez reżim w Bagdadzie przeciw swoim Kurdom.

Kurdowie to 25-milionowy naród rozrzucony w granicach Turcji, Syrii, Iranu, Iraku - i zgodnie przez rządy tych państw dyskryminowany. Ich nadzieje na własne państwo nigdy się nie ziściły, poszczególne grupy starały się więc, z marnym na ogół skutkiem, wynegocjować lub wywalczyć autonomię. Kurdowie iraccy, którzy stanowią niecałe 20 proc. ludności tego kraju, też prowadzili takie rozmowy. W 1974 r. Bagdad wydzielił nawet kurdyjski region autonomiczny, jednak składał się on tylko z trzech prowincji - Arbil, Dohuk i Sulejmania - była to ledwie połowa terytorium zamieszkanego przez Kurdów w północnym Iraku, bez terenów zasobnych w ropę. (Obecnie te trzy prowincje tworzą samorządny Kurdystan). Na pozostałych ziemiach kurdyjskich Irak rozpoczął kampanię arabizacji.

Kurdyjska Partia Demokratyczna (KDP) pod wodzą Mustafy Barzaniego ze wsparciem Iranu i CIA wywołała wówczas powstanie przeciw Bagdadowi. Jednak w 1975 r. sojusznicy zdradzili Kurdów - pod naciskiem Waszyngtonu Teheran i Bagdad zawarły porozumienie, a bojownicy KDP musieli uciekać do Iranu. Za karę armia iracka wysiedliła tysiące wiosek klanu Barzanich i przeniosła ich mieszkańców do specjalnych obozów. Po wybuchu wojny z Iranem w 1980 r. syn Mustafy Masud Barzani ponownie sprzymierzył się z Teheranem. W odwecie iracki reżim kazał uwięzić 8 tys. mężczyzn z klanu Barzanich powyżej 12. roku życia. Ślad po nich zaginął - najpewniej po kilkumiesięcznym uwięzieniu zostali zabici. Brak protestów ze strony ONZ i zachodnich rządów, do których Kurdowie zwracali się o pomoc, zachęcił Bagdad do kolejnych takich akcji.

Chemiczny Ali

Kampania Anfal formalnie trwała między 23 lutego a 6 września 1988 roku, a faktycznie w latach 1987-89. Nazwę zaczerpnięto od tytułu rozdziału Koranu, który - według fundamentalistycznej interpretacji - usprawiedliwia walkę z niewiernymi. Można przypuszczać, że Saddam Husajn chciał złamać morale buntowników, by przestali dążyć do niepodległości, zlikwidować problem kurdyjski tak, jak naziści likwidowali problem żydowski, a także poprzez wysiedlenia i morderstwa Kurdów połączone z arabizacją ich ziem uczynić z Iraku kraj w jeszcze większym stopniu arabski, który mógłby - co sobie Saddam wymarzył - w przyszłości objąć przywództwo w mitycznym świecie panarabskiej jedności.

Na czele kampanii stanął Ali Hassan al Madżid, kuzyn Saddama i szef biura partii Baas na północny Irak, znany także jako "Chemiczny Ali" albo "Ali Anfal". Na swoim terenie otrzymał on uprawnienia równe prezydenckim. Wojsko, aparat bezpieczeństwa i wywiad miały pod jego dowództwem "rozwiązać problem kurdyjski i zlikwidować sabotażystów". W ręce obrońców praw człowieka dostała się taśma z nagraniem tego, co al Madżid na zebraniu partii Baas mówił o Kurdach: "Zabijemy ich bronią chemiczną! I kto nas powstrzyma? Społeczność międzynarodowa? Pieprzyć ich!".

Anfal to zbiorowe egzekucje i "znikanie" nierzadko wszystkich mieszkańców wiosek. Szacuje się, że podczas kampanii zginęło sto tysięcy Kurdów. Z ziemią zrównano 4 tys. osad. Niszczono całą infrastrukturę, w tym szkoły, meczety, studnie. Raport Human Rights Watch uznaje, że irackie zbrodnie przeciw Kurdom wypełniają definicję ludobójstwa: "Działanie z zamiarem zniszczenia, w całości lub w części, grupy narodowej, etnicznej, rasowej lub religijnej".

Raul Hilberg w swym dziele o historii Holocaustu pisze, że proces niszczenia rozproszonej grupy przebiega trzystopniowo: ***zdefiniowanie ***skoncentrowanie (lub pojmanie) ***unicestwienie.

Zbrodnie wojenne Saddama Husajna cz.1
redPor
2000-08-22, ostatnia aktualizacja 2003-01-16 00:00

2000-08-22 Dziesięć lat po irackiej inwazji na Kuwejt Waszyngton wzywa do stworzenia międzynarodowego trybunału i osądzenia zbrodni irackiego prezydenta Saddama Husajna

Zobacz powiekszenie
Fot. Piotr Janowski /gencja Gazeta
Nasz fotoreporter Piotr Janowski widział w miasteczku Salmanpak koło Bagdadu masowy grób. Być może tu odbyła się ostatnia egzekucja za czasów Saddama Husajna. Trzy dni przed kapitulacją Bagdadu przez Salmanpak przejechały cztery autobusy bagdadzkiej komunikacji. Inżynier Abdul Kaim Raszid zobaczył w środku ludzi z workami na głowach. Autobusy odjechały w kierunku poligonu. Dwie godziny później wracały do Bagdadu. Puste. W masowym grobie na poligonie odkryto 120 ciał - mówi Raszid.

Od roku w USA są opracowywane tajne irackie dokumenty znalezione w Kuwejcie. Od kilku tygodni ujawniają je stopniowo irackie organizacje opozycyjne finansowane przez Amerykanów. 2 sierpnia, w rocznicę irackiej inwazji na Kuwejt, której następstwem była wojna w Zatoce Perskiej w połowie stycznia '91, amerykański Departament Stanu opublikował tysiące dokumentów. Zawierają one dowody doraźnych egzekucji i tortur przeprowadzonych przez jednostki Saddama Husajna operujące w podbitym Kuwejcie. - To tylko wierzchołek góry lodowej - zapewniał David Scheffer, ambasador ds. zbrodni wojennych przy prezydencie USA, podczas niedawnej konferencji w Waszyngtonie.

Dowody nie tylko kuwejckie

Według Scheffera między 2 sierpnia 1990 r. a wyzwoleniem Kuwejtu przez aliantów Irakijczycy zabili ok. tysiąca kuwejckich cywili. W mieście Kuwejt odnaleziono co najmniej 12 miejsc tortur, gdzie Irakijczycy stosowali elektrowstrząsy, gwałcili kobiety i przeprowadzali egzekucje, zanurzając ludzi w kwasie. - Zdjęcia potwierdzają, że podczas przesłuchań dokonywano amputacji i kaleczono różne części ciała, m.in. oczy, uszy, palce, nos, wargi i genitalia - stwierdził Scheffer.

Brytyjska organizacja Indict finansowana przez USA twierdzi, że ma dość dowodów, by postawić pięciu najwyższych dygnitarzy reżimu w Bagdadzie przed sądem. Dowody dotyczą nie tylko trwającej pół roku okupacji Kuwejtu, ale także wojny z Iranem w latach 1980-88 oraz zbrodni popełnionych w Iraku: prześladowań opozycji, masakr i deportacji mniejszości. Pierwsze miejsca na 12-osobowej liście "A" podejrzanych zajmują Saddam Husajn, wicepremier Tarik Aziz, Ali Hasan al-Madżid, kuzyn Saddama nazywany "chemicznym Alim" z powodu oskarżeń o gazowanie Kurdów, oraz synowie prezydenta Udaj i Kusaj. Na liście "B" znajduje się 31 osób na niższych stanowiskach.

Według Ann Clywd, przewodniczącej Indict, zbrodnie są dobrze udokumentowane: - Irakijczycy, podobnie jak Czerwoni Khmerzy i naziści, zachowują drobiazgowe informacje o swoich działaniach.

Bagdad wysyłał na przykład pisemne instrukcje dotyczące egzekucji kurdyjskich pasterzy na północy Iraku, a następnie fakturował rodzinom koszt kul. Dokumentacja pochodzi częściowo z irackich archiwów porzuconych w Kuwejcie, ale większość - 14 ton - została wywieziona w 1991 r. z północnego Iraku przez Human Rights Watch i amerykański rząd.

Iracki Kongres Narodowy, główne ugrupowanie opozycji popierane przez Waszyngton, chce, by wspólnota międzynarodowa dała irackim władzom wyraźny sygnał, że ich poczynania nie pozostaną bezkarne. - Od 15 lat reżim Saddama mnoży zbrodnie, które można udowodnić: stosowanie broni chemicznej przeciwko Kurdom w Halabdży, czystki etniczne czy masowe przesiedlanie Turkmenów i Kurdów - powiedział "Gazecie" rzecznik Kongresu Salah Szajchli. - W przypadku serbskiego przywódcy Slobodana Miloszevicia, którego, podobnie jak Saddama, na razie nie można aresztować, taki sygnał wysłano.

Jak ich osądzić?

Irackich dygnitarzy można osądzić na mocy trzech międzynarodowych konwencji: o zapobieganiu i karaniu zbrodni ludobójstwa, o zakazie tortur i genewskiej. Konwencja o zakazie tortur obowiązuje od 1984 r. i nie obejmuje zbrodni popełnionych przed jej podpisaniem. Zbrodnie ludobójstwa rozpatruje sąd kraju, w którym do nich doszło, lub specjalny trybunał międzynarodowy, jak ma to miejsce w przypadku b. Jugosławii i Ruandy.

Waszyngton domaga się od Rady Bezpieczeństwa ONZ powołania takiego właśnie specjalnego trybunału dla Iraku. Amerykanie chcą, by decyzja zapadła do końca roku, ale nie będzie to łatwe. Rosja, Chiny i Francja, stali członkowie Rady Bezpieczeństwa, sprzeciwiają się amerykańsko-brytyjskiej polityce wobec Bagdadu. W przypadku Iraku najbardziej obiecująca jest konwencja genewska, która ma uniwersalne zastosowanie. Każdy kraj-sygnatariusz ma obowiązek zatrzymania i osądzenia na swoim terytorium osoby oskarżonej o złamanie konwencji.

- Przykład byłego dyktatora Chile Augusta Pinocheta [zatrzymanego w Wlk. Brytanii na mocy nakazu aresztowania, który wydał hiszpański sędzia - red.] daje do myślenia. Setki Irakijczyków, którzy mogą świadczyć przeciwko reżimowi Saddama, znalazły schronienie w wielu krajach europejskich - mówi Szajchli i przypomina, jak kilka miesięcy temu groźba postawienia przed sądem zmusiła irackiego ministra ds. ropy naftowej do pospiesznego opuszczenia Wiednia, gdzie zamierzał się leczyć. Saddam nie wychyla nosa poza Irak od lat, ale wicepremier Tarik Aziz dużo podróżuje...

Iracki pat

Pomysłodawcy sądzenia irackich zbrodni wiedzą, że trybunał nie zmieni dyktatury w Iraku. Waszyngton zapewnia, że nie zarzucił pomysłu obalenia Saddama Husajna, ale ta koncepcja na razie nie przynosi efektów. Przedstawiając założenia polityki zagranicznej Demokratów na konwencji wyborczej w Los Angeles, wiceprezydent Al Gore spuścił na Irak zasłonę milczenia. Tymczasem izolowanie Bagdadu staje się coraz trudniejsze. Nie bacząc na gniew Waszyngtonu, w ub. tygodniu pojawił się w Iraku wenezuelski prezydent Hugo Chavez. Była to pierwsza wizyta głowy państwa od czasu wojny w Zatoce Perskiej. Saddam poprawił nieco stosunki z sąsiadami i Amerykanom byłoby bardzo trudno odtworzyć szeroką koalicję krajów arabskich, która w 1991 r. poparła wojnę z Bagdadem. W Iraku amerykańskie i brytyjskie samoloty bombardują niemal codziennie cele wojskowe, ale operacje te nie przynoszą wielkich efektów.

Jeszcze do niedawna Amerykanie przedstawiali iracki program zbrojeniowy jako największe zagrożenie dla Bliskiego Wschodu, a nawet świata. Jednak większość ekspertów ocenia dziś, że fabryki broni masowego rażenia zostały w większości unieszkodliwione, a to, co z nich pozostało, można kontrolować bez podtrzymywania sankcji gospodarczych, które w ciągu dziesięciu lat pogłębiły skrajną biedę i zacofanie 22 mln Irakijczyków. Sankcjom sprzeciwia się większość irackiej opozycji. - Po dziesięciu latach straciły sens - mówi Szajchli - a świat nie przestanie się przyglądać irackiemu przemysłowi zbrojeniowemu. W tej sprawie trwa jednak kompletny pat: od 20 miesięcy inspektorzy ONZ nie mają wstępu do Iraku, a Biały Dom nie godzi się na zniesienie sankcji, dopóki Irak nie wpuści inspektorów.

 

Saddam i zagłada Kurdów

Robert Stefanicki
2003-03-14, ostatnia aktualizacja 2003-03-14 00:00

15 lat temu, 16 marca 1988, wojska Saddama Husajna zaatakowały gazami bojowymi miasto Halabdża w północnym Iraku, zabijając pięć tysięcy Kurdów. Artykuł Roberta Stefanickiego

Coś było nie tak. W powietrzu śmigały irackie samoloty, grzmiała artyleria, pociski spadały na ziemię i... nic. Brzdęk metalu o beton i żadnej eksplozji, jedynie złowroga cisza. Hadżiemu Mustafie przemknęło przez głowę, że to niewybuchy. Ale tak wszystkie, jeden po drugim? Był to już kolejny nalot tego dnia i jak dotąd wszystkie bomby wybuchały.

Wróble spadały jak kamienie

Od rana armia spuszczała napalm. Domy, ulice, hektary kamienistego gruntu stawały w płomieniach, jak gdyby nastał Dzień Sądu, a kiedy dotknąć poparzonego ciała, to i na dłoni natychmiast pojawiały się bolesne bąble. Ludzie albo chowali się w piwnicach, albo uciekali w góry, ryzykując wejście na minę. Przez osiem lat wojny iracko-irańskiej na pograniczu zakopano ich miliony.

W przerwie po porannym bombardowaniu Hadżi Mustafa z żoną, trzema synami i synową wyruszył w kierunku miasta Sulejmania oddalonego o 65 km. Na drodze spotkali zrozpaczonego chłopca, który ostrzegał: - Nie idźcie tam! Bagdad zabija wszystkich. Było nas sześciu w rodzinie, teraz jestem sam!

Zawrócili więc. Tuż po południu znowu zaczęły spadać bomby i ludzie popędzili do piwnic. Gdy przestało grzmieć, Hadżi wychynął ze schronu. - Zobaczyłem na niebie wojskowy helikopter. Nie zrzucał bomb, nie strzelał. Przeleciał - Hadżi wskazuje łańcuch ośnieżonych gór wyznaczających granicę z Iranem - w tamtą stronę i stanął w miejscu.

Żołnierze w helikopterze zachowywali się podejrzanie - robili zdjęcia, filmowali, a na koniec wyrzucili kawałki papieru, które rozfrunęły się niczym motyle. Sprawdzali siłę i kierunek wiatru. O 14.30 zaczął się nowy ostrzał, ten bezgłośny. W powietrzu rozniósł się zapach jabłek, potem czosnku. Martwe wróble spadały z nieba jak kamienie.

Razem z rodziną Hadżiego w piwnicy siedziało sześcioro sąsiadów. Spanikowani, nie wiedzieli, co robić. Niektórzy rzucili się do drzwi, ale zawrócili, nie mając odwagi wyjść. Zaraz mogło się rozpocząć nowe bombardowanie, a tu na dole wydawało się tak bezpiecznie, ciepło, spokojnie... Mijały minuty, a może godziny. Synowa Hadżiego próbowała uszczelnić szpary w drzwiach mokrymi ręcznikami.

Kiedy jeden z sąsiadów oślepł, Hadżi zrozumiał, że do piwnicy sączy się śmierć, że trzeba uciekać. Wyszli na zewnątrz. Zmierzchało. W mieście nie było światła, bo poprzedniego dnia ostrzał uszkodził siłownię. Trupy leżały na ulicach pokotem, pokryte bąblami, ze śladami krwi na ustach. Kierowcy zwisali bezwładnie na kierownicach samochodów. Niemowlęta ssały piersi nieżywych matek. Ludzie śmiali się albo wymiotowali. Oślepieni krzyczeli: "Nic nie widzę! Nic nie widzę!" i po omacku szukali drogi ucieczki, potykając się o leżące zwłoki, pośród których walały się spalone ścierwa kóz i psów.

Ci, którzy mieli siłę, ruszyli w kierunku Iranu. Wiatr im sprzyjał, spychając śmiercionośną chmurę w przeciwnym kierunku. - Ten zapach. Nie wiedziałem, czy otacza nas to paskudztwo, czy tylko śmierdzi przesiąknięte ubranie - Hadżiemu drży głos oraz ręka wsparta na lasce, a po policzkach spływają łzy. - Ludzie - opowiada - padali po drodze jak muchy. Rodzice porzucali martwe dzieci na poboczu i szli dalej, z obłędem w oczach. Jakiś chłopiec jechał na rowerze, nagle stanął, rozejrzał się nieprzytomnie, rozebrał do naga i upadł w drgawkach na ziemię.

Najwięcej szczęścia mieli ci, którzy postanowili przeczekać ranne bombardowanie na wzgórzach poza miastem, jak Dżamal Mohammed. Miał wówczas 21 lat. - Patrzyliśmy z góry na piekło. Gęsty dym unosił się trzy metry nad ziemią. Nie było po co wracać. Ruszyliśmy w stronę irańskiej granicy - opowiadał mi w Arbil, dokąd wyprowadził się kilka lat temu. Czy ludzie wiedzieli, że to chemikalia? - Tak, i nie byliśmy zaskoczeni. Po Saddamie można się tego było spodziewać. Zabijanie Kurdów trwało od zeszłego roku. Pobliską wioskę Bamok żołnierze zrównali z ziemią, a każdego, kto nie należał do partii Baas, zastrzelili i pogrzebali w zbiorowej mogile. Broni chemicznej użyli wcześniej w dwóch wioskach, przeciw peszmergom - mówi Dżamal. (Peszmergowie to żołnierze kurdyjscy, ich nazwa znaczy "ci, co patrzą śmierci w oczy").

Następnego popołudnia do wiosek, gdzie zgromadzili się uchodźcy z Halabdży, przybyły irańskie helikoptery. Lekarze z Czerwonego Półksiężyca aplikowali rannym atropinę, najciężej chorych przewieziono do szpitali w Teheranie i Kermanszah. - Irańczycy zgromadzili nas w budynku szkoły. Dali nowe ubrania, nasze zabrali i spalili - opowiada Hadżi. Część uchodźców trafiła do obozów, gdzie czekali na możliwość powrotu. Tyle że nie było dokąd wracać. Irackie wojsko wysadziło w powietrze i zrównało z ziemią większość budynków w Halabdży, zniszczono też instalacje elektryczne. Podobny los spotkał pobliskie miasto Sajed Sadek.

Irańczycy zaprosili zagranicznych dziennikarzy, by nagłośnili tragedię. Potworne zdjęcia obiegły świat. Funkcjonariusze partii Baas stwierdzili, że atak to robota Iranu.

Irak: sąd zatwierdził karę śmierci dla Saddama
mar, cheko, PAP
2006-12-26, ostatnia aktualizacja 2006-12-26 16:13

Sąd apelacyjny zatwierdził karę śmierci dla Saddama Husajna - powiedział doradca rządu irackiego ds. bezpieczeństwa narodowego Muwafak ar-Rubaji.

Zobacz powiekszenie
Fot. DAVID FURST AFP
Saddam Husjan zeznaje na swoim procesie

 

Sąd niższej instancji skazał 5 listopada byłego prezydenta Iraku i dwóch jego pomocników na śmierć przez powieszenie za zgładzenie 148 szyitów z miejscowości Dudżail w odwecie za zamach na dyktatora dokonany tam w 1982 roku.

Saddam odwołał się od wyroku 3 grudnia do dziewięcioosobowej izby apelacyjnej.

Werdykt izby apelacyjnej musi teraz zatwierdzić Rada Prezydencka, czyli prezydent Iraku Dżalal Talabani, iracki Kurd, i dwaj wiceprezydenci, z których jeden jest szyitą, a drugi - tak jak Saddam - arabskim sunnitą.

Talabani jest przeciwnikiem kary śmierci, ale już kilka razy w takich wypadkach prosił jednego z wiceprezydentów, aby podpisał nakaz egzekucji za niego, i tryb ten uznano za zgodny z prawem.

Egzekucja powinna nastąpić 30 dni po "ostatecznej decyzji"

Zgodnie ze statutem trybunału, przed którym toczył się proces, egzekucja skazanego powinna nastąpić w ciągu 30 dni od "ostatecznej decyzji". Na razie nie jest do końca jasne, czy przez "ostateczną decyzję" należy rozumieć werdykt izby apelacyjnej, czy też podpisanie nakazu egzekucji przez Radę Prezydencką.

Od sierpnia Saddam jest sądzony razem z sześcioma innymi osobami w drugim procesie, za ludobójstwo na Kurdach w latach 1987-88, kiedy w trakcie zarządzonej przez niego pacyfikacji irackiego Kurdystanu, zwanej Operacją Anfal (Łupy Wojenne) zginęło lub przepadło bez wieści około 180 tysięcy Kurdów, w tym wiele kobiet, dzieci i starców.

Jeśli Saddam zostanie stracony, proces w sprawie Operacji Anfal będzie kontynuowany w części odnoszącej się do pozostałych sześciu oskarżonych, w tym kuzyna Saddama, Alego Hasana al-Madżida, zwanego "Chemicznym Alim" (bo kazał użyć przeciwko Kurdom broni chemicznej).

Podtrzymano też wyroki na 2 współpracowników Saddama

Agencja Associated Press pisze za anonimowym urzędnikiem trybunału, że izba apelacyjna utrzymała wyroki śmierci także na dwóch pomocników Saddama: byłego szefa saddamowskiej służby bezpieczeństwa, Barzana Ibrahima at-Tikriti, oraz byłego szefa saddamowskiego Sądu Rewolucyjnego, Awada Hamida al-Bandara, który sądził i skazał na śmierć wielu szyitów zatrzymanych po zamachu na dyktatora w 1982 roku.

Izba apelacyjna uznała też, że były wiceprezydent Irak Taha Jasin Ramadan, skazany w sprawie masakry w Dudżailu na dożywotnie więzienie, otrzymał wyrok zbyt łagodny, i odesłała jego sprawę do ponownego rozpatrzenia.

Nie będzie publicznej egzekucji

2006-12-12 13:43 Aktualizacja: 2006-12-12 14:36

Saddam będzie stracony po kryjomu

Nie będzie publicznej egzekucji Saddama Husajna - zapowiada iracki rząd. Jednak były iracki dyktator nie może liczyć na łaskę - zostanie powieszony, gdy tylko sąd potwierdzi wyrok śmierci. Oprócz Saddama straceni zostaną jego dwaj współpracownicy.

Jedno jest pewne - irackie władze nie mają najmniejszego zamiaru zwlekać ze straceniem byłego dyktatora. Członek rządu w Bagdadzie tłumaczy: "Mamy oczy i widzimy, jak niebezpiecznie jest w kraju. Dlatego nie mamy zamiaru tracić czasu".

Wcześniej iracki premier mówił, że Saddam może zawisnąć jeszcze przed końcem roku. Ale teraz to wcale nie jest pewne. Irackie władze zapewniają jednak, że na pewno nie ma mowy o jakimkolwiek monumencie lub obelisku upamiętniającym Saddama. "Na coś takiego nie ma miejsca w Iraku" - podkreślają. Być może po wykonaniu kary ciało Saddama będzie wydane jego krewnym.

Gdzie Saddam zostanie stracony? Tego nie wiadomo i władze wcale nie mają zamiaru o tym mówić. Wszystko ma się odbyć w tajemnicy. Iracki rząd boi się, że w czasie publicznej egzekucji zwolennicy byłego dyktatora mogliby próbować go odbić.

Wraz z byłym dyktatorem straceni mają być też jego dwaj bliscy współpracownicy. Wszyscy zostali skazani na karę śmierci w procesie o masakrę szyitów w wiosce Dudżail w 1982 roku. Była to zemsta za zamach na Saddama. Zginęło wtedy 148 szyitów, w tym kobiety i dzieci. Teraz Saddam odpowiada za mordowanie tysięcy Kurdów. Ale nie wiadomo, czy sąd zdąży wydać wyrok jeszcze przed egzekucją.

niedziela, 10 grudnia 2006
45 ofiar pożaru szpitala w Moskwie
Tomasz Bielecki, Moskwa, mar, cheko, PAP, AP
2006-12-09, ostatnia aktualizacja 2006-12-09 19:23

Podpalenie było prawdopodobną przyczyną pożaru w moskiewskim szpitalu nr 17 w południowej części Moskwy, na oddziale odwykowym dla kobiet. Zginęło 45 kobiet, a ok. 200 osób zostało rannych, większość przebywa w szpitalach w stanie ciężkim. Jak dowiedziała się "Gazeta", do śmierci tak wielu osób przyczyniły się późne wezwanie straży pożarnej i to, że ludzie nie mogli wydostać się z budynku: okna szpitala były zakratowane.

Zobacz powiekszenie
Fot. SERGEI KARPUKHIN REUTERS
Wóz straży pożarnej przed budynkiem szpitala w Moskwie, 09.12.2006 r.
Zobacz powiekszenie
Fot. MIKHAIL METZEL AP
Ratownicy i strażacy przy namiocie medycznym na dziedzińcu szpitala. Moskwa, 09.12.2006 r.

Pierwsze wiadomości o katastrofie nadeszły ok. godziny 1.30.

O prawdopodobnej przyczynie pożaru poinformował rosyjski departament pożarnictwa. Jego szef, Jurij Nenaszew "jest w 90 proc. pewny", że było to podpalenie. Nenaszew przypomniał, że po inspekcjach w lutym i w marcu br. straż pożarna zarekomendowała tymczasowe zamknięcie szpitala, ponieważ nie spełniał on wymogów bezpieczeństwa pożarowego.

Pożar najprawdopodobniej rozpoczął się w stołówce, znajdującej się na pierwszym piętrze budynku - dowiedział się korespondent "Gazety" od radia Echo Moskwy.

- Wstępne ustalenia wskazują, iż ośrodek pożaru znajdował się na drugiej kondygnacji pięciokondygnacyjnego budynku, gdzie poprzedniego dnia prowadzono prace remontowe" - poinformowała prokuratura.

Większość ofiar zatruła się dymem

Większość ofiar zatruła się dymem. Płonące, wykonane z tworzyw sztucznych pokrycie ścian wydzielało toksyczne substancje. Dochodzenie wykazało, że kobiety zmarły zanim straż pożarna przybyła na miejsce. Ułożenie ciał wskazuje, że próbowały wydostać się na zewnątrz, zostały jednak zatrzymane przez kraty, a toksyczne opary szybko pozbawiły je przytomności. Wśród zabitych znalazło się też dwoje członków personelu.

Z pięciopiętrowego budynku ewakuowano 160 osób, a strażacy opanowali ogień w godzinę od wezwania. Jak podał rzecznik moskiewskiej straży pożarnej, Jewgienij Bobyłow, pożar rozprzestrzenił się na stosunkowo małej powierzchni 100 metrów kwadratowych. - Personel szpitala, we wczesnej fazie pożaru nie podjął żadnych kroków, by ewakuować pacjentki - dodał rzecznik.

- Nie otworzyli kluczami krat, by umożliwić ewakuację. W rezultacie ludzie zostali schwytani w pułapkę. Jedną klatkę schodową zablokował ogień, drugą blokowała metalowa krata, którą musieli usunąć strażacy - powiedziała Reuterowi rzeczniczka Ministerstwa ds. Sytuacji Nadzwyczajnych Irina Andrianowa

W wypowiedzi dla telewizji NTV mer Moskwy Jurij Łużkow określił pożar jako "tragedię". "Nie było tam niczego, co mogło się samo zapalić. Był to skutek albo podpalenia, albo nieostrożności w obchodzeniu się z materiałami łatwopalnymi" - zaznaczył.
niedziela, 03 grudnia 2006
Kataklizm stulecia na Filipinach: 800 zabitych
pi, PAP
2006-12-03, ostatnia aktualizacja 2006-12-03 08:54

Gigantyczna lawina błotna na zboczach wulkanu Mayon wschodzie Filipin, a także inne podobne kataklizmy pochłonęły prawdopodobnie ok. 800 istnień ludzkich - poinformowali przedstawiciele filipińskiego Czerwonego Krzyża w stolicy kraju Manili. Wg władz, to "najstraszliwszy" kataklizm w ciągu ostatnich 100 lat.

Zobacz powiekszenie
Fot. AARON FAVILA AP
Pozostałości domów
 
jsze bilanse ofiar tajfunu mówiły o niespełna czterystu zabitych i kilkudziesięciu zaginionych, głownie w wyniku lawin błotnych i osunięć ziemi wywołanych na wschodzie i w centrum kraju przez tropikalne opady towarzyszące tajfunowi.

Ratownicy: Brak nadziei na odnalezienie żywych ludzi

Kierujący akcją ratunkową mówią o praktycznym braku nadziei na wydobycie żywych ludzi. - Wiele ciał nie udaje się zidentyfikować, prawdopodobnie wiele innych jest pogrzebanych w jeszcze niższych warstwach. Prawdopodobnie nie pozostanie nawet ślad po wielu całych rodzinach - powiedział szef regionalnego oddziału Czerwonego Krzyża senator Richard Gordon.

W akcji ratunkowej uczestniczą żołnierze , górnicy i wielu okolicznych mieszkańców, dysponujących niekiedy tylko gołymi rękami. Wydobywają już tylko ciała zmarłych ludzi, często uszkodzone i porozrywane.

W prowincji Albay, która ucierpiała najbardziej, wydobyte ciała leżą na ulicach, wydzielając trupi odór. Ze względu na zagrożenie epidemią, ratownicy zmuszeni są chować zwłoki w masowych grobach.

- Niektóre ciała są już prawie w stanie rozkładu - powiedział Reuterowi Cedric Daep, szef koordynacyjnej rady do walki z kataklizmem prowincji Albay.

Najstraszliwszy kataklizm ostatniego stulecia

Według gubernatora prowincji Fernando Gonzalesa, był to "najstraszliwszy" kataklizm w ciągu ostatnich 100 lat.

Ocenia się, że w skali całego kraju w wyniku tajfunu ucierpiało ponad 800 tysięcy osób. Zniszczonych bądź uszkodzonych zostało 120 tysięcy domów. Tysiące osób nadal pozbawione są elektryczności i dostępu do wody pitnej.

Liczba ofiar szybko rośnie. Wcześniejsze bilanse ofiar tajfunu mówiły o niespełna czterystu zabitych i ok. stu zaginionych, głownie w wyniku lawin błotnych i osunięć ziemi wywołanych na wschodzie i w centrum kraju przez tropikalne opady towarzyszące tajfunowi, którego centrum przeszło nad archipelagiem w nocy z czwartku na piątek.

Najbardziej ucierpiały miejscowości w okolicy wulkanu

Najbardziej ucierpiały miejscowości położone na zboczach i u stóp czynnego wulkanu Mayon (2421 m.) w okręgu Bicon na południowym wschodzie wyspy Luzon, o około 350 kilometrów na południowy wschód od Manili. Padające od wtorku deszcze zmieszały się tam z pyłem i osadami wulkanicznymi, powodując powstanie na zboczach niemożliwej do powstrzymania mazi, spływającej w dół. Lawiny zeszły na co najmniej trzy miasta i siedem wsi na wyspie Luzon.

Wg oficjalnych danych Czerwonego Krzyża z niedzieli, w tym regionie potwierdzona została śmierć 406 osób, a 398 uznaje się nadal za zaginione. Setki osób zostało rannych. Są to liczby wyższe o kilkaset osób od wcześniejszych bilansów ofiar. Wg wcześniejszego o kilkanaście godzin bilansu obrony cywilnej, zabitych bądź zaginionych było 469 osób, a wg wcześniejszego o dobę bilansu Czerwonego Krzyża, pod zwałami mułu i skał zginęły 134 osoby, a zaginęło bez wieści 159.

Trwa akcja ratunkowa, niezwykle trudna, bowiem wiele miejscowości zostało całkowicie pokrytych przez materiał, który zszedł ze zboczy. Do wielu miejsc nie udało się jeszcze dotrzeć, w niektórych punktach warstwa błota i kamieni ma wiele metrów. Wg koordynatora akcji ratunkowej Paula Paragarana, liczba ofiar jeszcze wzrośnie, po odkopaniu dalszych zwłok.

W czasie przechodzenia tajfunu Durian nad archipelagiem filipińskim prędkość wiatru sięgała w porywach 225 km/godz., co kwalifikuje go do piątej, najwyższej kategorii w klasyfikacji siły huraganów. Potem tajfun przesunął się w kierunku Morza Południowochińskiego i osłabł, schodząc do pierwszej kategorii.
sobota, 25 listopada 2006
Litwinienkę otruli polonem
Tomasz Bielecki, Moskwa
2006-11-25, ostatnia aktualizacja 2006-11-24 22:36

Były oficer rosyjskich służb specjalnych Aleksander Litwinienko zmarł w nocy z czwartku na piątek w londyńskim szpitalu. "Okrzyki protestu z całego świata będą dźwięczeć w pańskich uszach do końca życia, panie Putin" - napisał pułkownik w liście do prezydenta Rosji

Zobacz powiekszenie
Fot. AP 
Litwinienko w londyńskim szpitalu

Rodzina i przyjaciele Aleksandra Litwinienki nie mają wątpliwości - za jego otruciem stoją rosyjskie służby specjalne. Były pułkownik Federalnej Służby Bezpieczeństwa, który zbiegł do Wlk. Brytanii w 2000 r. i przed miesiącem dostał brytyjskie obywatelstwo, był zagorzałym krytykiem Władimira Putina.

Był także bliskim współpracownikiem mieszkającego w Londynie rosyjskiego oligarchy Borysa Bierezowskiego. Bierezowski to szara eminencja Moskwy z czasów Borysa Jelcyna, a obecnie jeden z najbardziej znienawidzonych przez Kreml uchodźców politycznych.

Londyńska policja ogłosiła wczoraj wieczorem, że sprawdza hipotezę o otruciu Litwinienki materiałem radioaktywnym. Prof. Robert Cox z brytyjskiej Agencji Ochrony Zdrowia ogłosił, że w ciele Litwinienki znaleziono ślady najprawdopodobniej promieniotwórczego polonu. To on mógł wyniszczyć szpik kostny oraz najważniejsze organy wewnętrzne Rosjanina.

Kto i jak mógł podać truciznę Aleksandrowi Litwinience? Stan jego zdrowia zaczął się gwałtownie pogarszać po 1 listopada, czyli po dniu, w którym odbył on dwa spotkania - pierwsze z włoskim znajomym Mario Scaramellą oraz drugie z byłym pułkownikiem FSB Andierejem Ługowojem, któremu towaszyszyło dwóch innych Rosjan.

Rozmowa ze Scaramellą w londyńskiej restauracji sushi miała dotyczyć przecieków na temat morderców dziennikarki Anny Politkowskiej, a spotkanie z Rosjaninem w jednym z hoteli - jak opowiadał wczoraj w rosyjskich mediach sam Ługowoj - wiązało się ze sprawami biznesowymi.

Wczoraj wieczorem policja twierdziła, że i w hotelu, i w restauracji natrafiła na ślady materiałów radioaktywnych. Być może Litwinienko został otruty właśnie w jednym z tych dwóch miejsc.

Brytyjskie media - w ślad za znajomymi Litwinienki - obciążały winą za otrucie na przemian Scaramellę i Ługowoja, którzy mieli działać na zlecenie FSB. Bezpośrednie zarzuty nie padły jednak z ust samego otrutego, który - pomimo pogarszającego się stanu - jeszcze półtora tygodnia temu wypowiadał się w radiu, a zaledwie przed kilkoma dniami udzielał wywiadów brytyjskiej prasie.

"Pokazałeś, że jesteś tak barbarzyński i bezwzględny, jak twierdzą najbardziej wrodzy ci krytycy" - napisał Litwienienko o Putinie na dwa dni przed swą śmiercią. List Litwinienki odczytali wczoraj jego przyjaciele.

We wtorek pułkownik ostrzegał swego znajomego, znanego reżysera Andrieja Niekrasowa, aby nie wracał do Rosji, bo "spotka go to samo". Kreml odrzuca oskarżenia jako nonsensowne. - Ubolewam, że ta śmierć jest wykorzystywana do politycznych prowokacji. Jeśli jest taka potrzeba, rosyjska prokuratura pomoże Brytyjczykom w wyjaśnieniu tej sprawy - powiedział wczoraj Władimir Putin.

Litwinienko stał się sławny, gdy na konferencji prasowej w 1998 r. oświadczył, że jego szefowie na Łubiance kazali mu zamordować Borysa Bierezowskiego. Potem upowszechniał wstrząsające, lecz niemożliwe do potwierdzenia historie o działaniach rosyjskich służb.

Zdaniem Litwinienki to ludzie FSB zorganizowali wybuchy budynków mieszkalnych w Rosji w 1999 r. (zginęło wtedy ok. 300 osób), aby obciążyć winą Czeczenów i tym samym pomóc w wyborczym zwycięstwie Władimira Putina, który oparł swą kampanię na wojennej mobilizacji przeciw Czeczenom.

Rosjanin utrzymywał, że przywódcy al Kaidy byli szkoleni przez rosyjską bezpiekę w kaukaskim Dagestanie. Ostatnią sensacją wiązaną z nazwiskiem Litwinienki były oskarżenia wobec włoskiego premiera Romano Prodiego. Brytyjski polityk Gerard Batten w kwietniu ogłosił w Parlamencie Europejskim, że Litwinienko opowiedział mu o związkach Prodiego z KGB. Rosjanin tej informacji nie zdementował.

W niektóre rewelacje Litwinienki nie wierzyło wielu, także antykremlowskich, Rosjan. Redakcja "Nowej Gaziety", która prowadzi własne śledztwo w sprawie śmierci Anny Politkowskiej, apeluje, aby nie wiązać losów byłego pułkownika FSB z dochodzeniem dotyczącym zabójstwa dziennikarki.

- Wierzę, że Litwinienko był zbyt mało istotny dla FSB, by stać się celem zamachu. Jednak jeśli zbliżył się do zabójców Anny Politkowskiej, to mogli oni wziąć sprawy we własne ręce - mówił jednak wczoraj brytyjski ekspert od wywiadu i przyjaciel Litwinienki Glenmore Trenear-Harvey.

Potwierdzenie rosyjskiego śladu byłoby rujnujące dla stosunków Moskwy z Londynem. Część prokremlowskich polityków usiłuje zrzucić winę na Borysa Bierezowskiego, który miałby w ten sposób oczernić reżim Putina w oczach Zachodu. - Szukałbym winnych wśród byłych wpływowych oligarchów - powiedział wczoraj Konstantin Kosaczow, szef komisji ds. zagranicznych rosyjskiej Dumy.

sobota, 11 listopada 2006
Najtwardszy, pancerny autobus świata w Iraku
Mariusz Zawadzki, Bagdad
2006-11-10, ostatnia aktualizacja 2006-11-10 09:12

Zaraz po wylądowaniu na lotnisku w Bagdadzie pojawia się pierwsze mordercze wyzwanie - trzeba mianowicie dojechać do centrum

Zobacz powiekszenie
Jak powszechnie wiadomo, z lotnisk jeżdżą obcokrajowcy i ludzie bogaci, co iraccy rebelianci rozumują nie gorzej niż warszawscy taksówkarze. Dlatego po drodze czyhają porywacze, zdalnie detonowane bomby oraz szybkie limuzyny, które znienacka ostrzeliwują wyprzedzane auta (tzw. drive-by shooting).

Często zachodziłem w głowę, jak to możliwe, że najpotężniejsza armia świata nie potrafi zabezpieczyć 15 km autostrady. Dziś pytanie to, choć wciąż fascynujące, przestało już być aktualne, a wszystko za sprawą niezrównanego autobusu Rhino.

Kosztuje prawie pół miliona dolarów, przypomina wielką żelazną trumnę, której ściany mają chyba z osiem centymetrów grubości. Jakby pancerza było mało, wszyscy pasażerowie autobusu muszą być w kewlarowych kamizelkach i hełmach. Tablica na przystanku lakonicznie ostrzega: No body armour, no kevlar, no Rhino ride! (Nie ma jazdy bez kewlarowej osłony ciała).

Konwój kilku Rhino kursuje tylko raz na dobę, w środku nocy, a godzina odjazdu jest ścisłą tajemnicą wojskową. Na lotnisku kazali nam czekać między pierwszą a czwartą. Przyjechały po drugiej, a wraz z nimi pojawił się Kevin, brytyjski najemnik o wyglądzie seryjnego zabójcy, który czas wolny między kolejnymi akcjami spędza na siłowni lub w gabinetach tatuażu.

- Przez Czerwoną Strefę (tak Amerykanie nazywają Irak poza bazami USA) jedziemy tylko 15 min - mówił Kevin. - Jeśli zostaniemy trafieni, zachować spokój i nie opuszczać miejsc. Ta bryka kosztowała parę ładnych dolarów i mogą w nią walić, ile chcą, a wy zapuszkowani w środku bezpiecznie czekacie na odsiecz. Tym bardziej że ja jestem z wami, ha, ha, ha... Pytania?

Fakt, że Kevin był po naszej stronie, rzeczywiście dodawał otuchy. Z drugiej jednak strony, chyba nigdzie masa mięśniowa nie jest równie mało istotna jak tutaj. W świecie, w którym każdy ma kałasznikowa, szanse gwałtownie się wyrównują, a lata spędzone na siłowni mogą nawet okazać się zgubne. Dużego, jak wiadomo, trafić łatwiej.

O tym wszystkim rozmyślałem, kiedy nocą pędziliśmy wąską szosą między polami i palmowymi gajami przez Czerwoną Strefę. Od kilku miesięcy Rhino nie jeżdżą autostradą, ale specjalną, zamkniętą dla ruchu drogą. Reflektory naszej eskorty (kilka gazików humvee) nerwowo myszkowały po poboczach i ścianach przydrożnych budynków. Ale obyło się bez przygód i z ulgą wjechaliśmy w bramę zielonej strefy, zabarykadowanego przez Amerykanów centrum Bagdadu.

Kiedyś, przed nastaniem niezrównanych Rhino, z lotniska do miasta woził mnie zwykle Tahsin, mój tłumacz. Kładłem się na tylnym siedzeniu jego peugeota i prawie nie było mnie widać. Tahsin "zwiększał" jeszcze poziom bezpieczeństwa, zabierając swoje kilkuletnie dzieci. - Terroryści, jak zobaczą małe dzieci, zlitują się i strzelać nie będą - mówił.

Dziwnej, irackiej logiki Tahsina nie musieliśmy nigdy testować w praktyce.
Argentyna ściga byłego prezydenta Iranu
Maciej Stasiński
2006-11-10, ostatnia aktualizacja 2006-11-10 10:50

Sędzia śledczy Rodolfo Canicoba Corral wydał międzynarodowy nakaz aresztowania byłego prezydenta oraz ośmiu innych dygnitarzy irańskich. Oskarża ich o zorganizowanie zamachu terrorystycznego w Buenos Aires w 1994 r., w którym zginęło 85 osób.

Zobacz powiekszenie
Fot. Piotr Bernaś / AG
Ścigany: były prezydent Iranu Ali Rafsandżani
Zobacz powiekszenie
Fot. ALEJANDRO PAGNI AP
Buenos Aires, 18 lipca 1994 r. Służby ratownicze na miejscu zamachu
Sędzia Canicoba Corral przez dwa tygodnie studiował raport, który po długotrwałym śledztwie wręczyli mu dwaj prokuratorzy z wnioskiem o ściganie byłego prezydenta Iranu Alego Akbara Haszemiego Rafsandżaniego.

Alberto Nisman i Marcelo Martinez dowodzili, że w sierpniu 1993 r. na tajnej naradzie w irańskim mieście Maszhad prezydent Rafsandżani oraz jego najważniejsi podwładni postanowili zlecić terrorystycznej libańskiej organizacji Hezbollah wielki zamach bombowy na ośrodek kultury żydowskiej w Buenos Aires. Potem sfinansowali go i pomogli zorganizować.

Rok później, 18 lipca 1994 r. wyładowana materiałem wybuchowym furgonetka staranowała siedmiopiętrowy budynek i wybuchła. Zginęło 85 osób, a ponad 200 zostało rannych.

Zamach miał być karą za to, że Argentyna odstąpiła od sprzedaży Iranowi technologii nuklearnej, a przy okazji uderzeniem w społeczność żydowską. W Argentynie mieszka ponad 200 tys. Żydów, najwięcej w całej Ameryce Łacińskiej.

Argentyńscy prokuratorzy oparli raport na zbieranych przez lata danych wywiadów USA, Izraela i Argentyny.

Sędzia podtrzymał wczoraj wnioski prokuratorów i rozesłał międzynarodowe listy gończe za dziewięcioma dygnitarzami Iranu, m.in. ówczesnym szefem służby bezpieczeństwa Alim Fallahanem, ministrem spraw zagranicznych Ali Akbarem Velajatim, szefem Gwardii Rewolucyjnej Mohsen Rezaiem, szefem wywiadu Hezbollahu Imadem Fajedem Mugniją oraz kilkoma dyplomatami. Zarzuca im wszystkim zbrodnie przeciw ludzkości, co oznacza, że nie podlegają one przedawnieniu i muszą być ścigane we wszystkich krajach, które w 1998 r. utworzyły Międzynarodowy Trybunał Karny do sądzenia takich zbrodni.

Tym samym Argentyna zażądała wczoraj formalnie zatrzymania i wydania podejrzanych od obecnych władz Iranu. Chce też, by Interpol rozesłał za nimi listy gończe po całym świecie.

O współpracy Iranu z Argentyną nie ma mowy. Teheran od dawna kategorycznie zaprzeczał odpowiedzialności swoich dygnitarzy za zamach. Najwyższy rangą spośród oskarżonych, były prezydent Rafsandżani (w latach 1989-1997), i dziś pełni ważny urząd: przewodniczy specjalnej radzie pośredniczącej między duchownymi władcami Iranu oraz parlamentem.

Iran wczoraj od razu odrzucił ponownie argentyńskie oskarżenia. - To bezpodstawne zarzuty politycznie umotywowane. To propagandowa hucpa krajów, które nie radzą sobie ze znalezieniem winnych i robią z Iraku kozła ofiarnego - oświadczył Mohsen Baharvand, irański chargee d'affaires w Buenos Aires. - Nie uznajemy tego nakazu i poprosimy Interpol, by też go zignorował.

Z zadowoleniem za to zareagował Izrael. Jego ambasador w Buenos Aires Rafael Eldad uznał nakaz argentyński za "krok ku ostatecznemu wyjaśnieniu tamtego strasznego zamachu". Izrael i międzynarodowa społeczność żydowska od lat domagały się od Argentyny energicznego śledztwa oraz wskazywały jej irański ślad.

Dwa lata przed zamachem na ośrodek AMIA inny zamachowiec zabił w ambasadzie Izraela w Buenos Aires 29 osób. Także sprawców tego zamachu nigdy nie złapano, choć podejrzewano, że był również dziełem Hezbollahu.

Dzieje śledztwa zleconego po zamachu przez prezydenta Carlosa Menema to historia krętactw i matactw, w które zamieszany był sam Menem, argentyńska policja oraz posłuszni mu sędziowie i prokuratorzy. Pierwsze pospieszne dochodzenie doprowadziło w 1996 r. do skazania za pomoc w zamachu kilku oficerów argentyńskiej policji oraz właściciela zakładu, z którego pochodziła furgonetka użyta w zamachu.

Mocodawcy zbrodni pozostawali nieznani i śledztwo prowadzone przez sędziego Juana Jose Galeano ślimaczyło się latami. W 2003 r. sędzia Galeano obwinił o organizację zamachu 12 Irańczyków i jednego Libańczyka. Jednak jego nakazy aresztowania niemal od razu straciły moc, gdy sędzia został nagle odsunięty od śledztwa. Udowodniono mu, że to on przekupił w 1996 r. właściciela zakładu samochodowego, by za 400 tys. dol. oskarżył policjantów z Buenos Aires. Posłużyli oni za kozły ofiarne.

Dwa lata temu wszyscy skazani w procesie w 1996 r. zostali uniewinnieni. Według zatrzymanego kilka lat temu w Niemczech świadka sam prezydent Menem miał za tuszowanie śladu irańskiego dostać od rządu w Teheranie 10 mln dol. złożonych na koncie w Szwajcarii.
poniedziałek, 06 listopada 2006
Orzeczenie kary śmierci dla Husajna porażką Zachodu
PAP
2006-11-06, ostatnia aktualizacja 2006-11-06 08:40

Skazanie Saddama Husajna na karę śmierci świadczy o politycznej i moralnej porażce Zachodu - ostrzega "Berliner Zeitung". Europejska prasa, wyrażając zadowolenie z osądzenia byłego dyktatora Iraku przez iracki trybunał, podzielona jest jednak w kwestii kary śmierci, orzeczonej wobec Saddama Husajna, a także w sprawie przebiegu całego procesu - zaznacza w poniedziałkowym przeglądzie unijnej prasy agencja AFP.

 

Dzienniki niemieckie uznały wyrok w sprawie Saddama za "wyraz sprawiedliwości zwycięzców", sprzyjającej raczej prezydentowi USA George'owi Bushowi niż narodowi irackiemu. "Saddam miał prawo do uczciwego procesu" - pisze dziennik "Koelner Stadt-Anzeiger", wskazując, że w przeciwieństwie do innych tyranów, Saddam nie żył na wygnaniu, a także nie uciekał z kraju.

Berliner Zeitung: Wyrok na Saddama moralną porażką Zachodu

"Berliner Zeitung" z kolei zwraca uwagę na niedociągnięcia samego procesu sądowego. Zdaniem gazety, proces ten był historyczną szansą, która mogła pozwolić zrozumieć dyktatorski system Saddama. "Okazało się natomiast - pisze gazeta - że zamiast tego sprawiedliwość stała się instrumentem sił okupacyjnych". Niedzielne orzeczenie sądu świadczy o politycznej i moralnej porażce Zachodu - ostrzega gazeta. Podobna opinię wyraża też "Stuttgarter Zeitung".

Z kolei ekonomiczny dziennik niemiecki "Handelsblatt" podkreśla, iż mimo wyroku, śledztwo w sprawie Saddama Husajna winno trwać nadal. "Po szyitach także Kurdowie winni zyskać szansę osądzenia zbrodni dokonanych przeciwko nim" - pisze ten dziennik.

"Dla prezydenta George'a W. Busha wyrok w sprawie Saddama jest niewątpliwie sukcesem politycznym, które obecnie bardzo potrzebował (...), nie powinien jednak zapominać o tym, że Irak, wolny od swego dyktatora, nadal pozostaje niestabilny" - ocenia z kolei "Leipziger Volkszeitung".

Daily Mirror: Zawiesić wykonanie wyroku

Podczas gdy część prasy brytyjskiej z zadowoleniem odnotowuje skazanie na śmierć b. irackiego dyktatora, część domaga się zawieszenia wykonania wyroku. Zdaniem "Daily Mirror", świat nie powinien cieszyć się z takiego wyroku, nawet jeśli skazanym człowiekiem jest Saddam Husajn. "Saddam był brutalnym dyktatorem - istnieje jednak ryzyko, że powieszenie go oznaczać będzie dalszy rozlew krwi" - ostrzega londyński dziennik. Podobna opinię wyraża "Guardian", zaznaczając, iż "jeśli na ruinach starego ma powstać nowy Irak, dobrym początkiem byłaby rezygnacja z legalności kary śmierci". "Sun" odrzuca takie argumenty, opowiadając się jednoznacznie za egzekucją Saddama, którego nazywa "bandytą".

"Daily Telegraph" ostrzega z kolei, że "sama śmierć Saddama nie stanowi warunku wystarczającego do ustanowienia demokracji w Iraku". Natomiast zdaniem komentatora "Independent", ani sam proces ani niedzielny wyrok nie będą mieć większego wpływu na trwające obecnie powstanie w Iraku.

Włoski dziennik "La Repubblica" pisze, że wyrok oznacza kres długiej kariery politycznej Saddama Husajna, dyktatora Iraku przez 24 lata. Na swej stronie internetowej gazeta odnotowuje jednak, że podczas gdy Stany Zjednoczone i Wielka Brytania opowiadają się za egzekucją Saddama, większość państw Unii Europejskiej jest przeciwna wykonaniu wyroku.

El Pais: Proces irackiego dyktatora upolityczniony

Hiszpański "El Pais" wskazuje na upolitycznienie i nieprawidłowości w toku procesu irackiego dyktatora, wskazując że orzeczenie trybunału w takiej sytuacji nie powinno nikogo cieszyć

"El Pais" ostrzega przed rozlewem krwi w razie wykonania wyroku.

Egzekucja - pisze gazeta - sprawi też, że dla sunnitów Saddam stanie się męczennikiem, co dodatkowo utrudni powrót kraju do normalności.

Figaro: Orzeczenie sądu legitymizacją interwencji Busha w Iraku

We Francji większość dzienników krytykuje sam przebieg procesu, wskazując jednocześnie, iż wyrok przede wszystkim jest korzystny dla amerykańskiego prezydenta i prowadzonej przez niego obecnie kampanii wyborczej. "Libération" odnotowuje m.in. że wyrok został ogłoszony "w imieniu narodu irackiego", którego istnienie w obecnej sytuacji jest co najmniej problematyczne. "Figaro" wyraża ubolewanie, że niedzielne orzeczenie sądu może zostać przede wszystkim przyjęte jako "próba legitymizacji podjętej pod fałszywym pretekstem interwencji wojskowej w Iraku" podczas gdy krajowi temu przede wszystkim po 24 latach rządów dyktatury trzeba podwalin systemu demokracji i państwa prawa.

Były prezydent Iraku Saddam Husajn został w niedzielę skazany na śmierć przez powieszenie za masakrę 148 szyitów z Dudżailu, dokonaną w odwecie za zamach na dyktatora w tej miejscowości w 1982 r.

wtorek, 24 października 2006
Walki na ulicach Budapesztu - demonstranci przejęli czołg
PAP, IAR, jg, AP, Reuters
2006-10-23, ostatnia aktualizacja 2006-10-23 21:48

Węgierska policja starła się w kilku punktach Budapesztu z uczestnikami antyrządowych demonstracji. W zamieszkach obrażenia odniosło kilkanaście osób. Demonstranci próbowali nawet użyć przeciw policji rosyjskiego czołgu T-34, który ukradli z wystawy poświęconej rocznicy rewolucji 1956 roku. Maszynę, którą udało im się uruchomić, zatrzymała dopiero barykada z policyjnych samochodów.

 

Do rozproszenia demonstracji przed parlamentem armatek wodnych i gazów łzawiących. Do manifestantów strzelano też kulami kauczowymi. Wśród rannych jest wiele starszych ludzi.

Sytuacja w stolicy Węgier jest nadal napięta. Koło hotelu Astoria trwa wiec zorganizowany przez węgierską opozycję. Nad śródmieściem krąży śmigłowiec. Ulice patroluje kilka tysięcy policjantów.

Wyparci spod gmachu parlamentu uczestnicy protestu zaczęli organizować spontaniczne wiece w różnych częściach miasta. W starciach z policją na Placu Wolności, przy Moście Łańcuchowym i na ulicach Śródmieścia rannych zostało kilkanaście osób.

Ponad 50 tysięcy ludzi przeszło na Plac Korwina gdzie w 1956 roku toczyły się walki z wojskami sowieckimi. Potem tłum ruszył na Plac Kossutha.

Policja próbuwała rozpędzić demonstrantów, rzucając w tłum petardy z gazem łzawiącym. Jak relacjonował korespondent Polskiego Radia, policja atakowała uczestników protestów sama, nawet nieatakowana.

Policja usuwa demonstrantów

Rano, mimo wcześniejszych zapowiedzi na plac Kossutha nie wpuszczono protestujących, którzy domagali się ustąpienia premiera Ferenca Gyurcsanya po ujawnieniu, że kłamał na temat sytuacji gospodarczej kraju. Nad ranem przed uroczystościami policja usunęła z placu demonstrantów, którzy zbudowali tam miasteczko namiotowe.

Miasteczko, gdzie jeszcze w niedzielę wieczorem znajdowali się przeciwnicy premiera, było podczas uroczystości puste i odgrodzone parawanem ze zdjęciami przedstawiającymi wydarzenia węgierskiego października 1956 roku i rzędem węgierskich flag.

Grupy protestujących przeciwko premierowi Gyurcsanyowi zebrały się jednak przy barierkach odgradzających wejście na plac przed parlamentem. Później demonstranci zostali zepchnięci przez policję dalej, aby nie słychać ich było na placu.

Manifestujący wznosili okrzyki wzywające szefa rządu do ustąpienia i przestrzegania demokracji. Ich gwizdy zagłuszyła na początku uroczystości orkiestra, która rozpoczęła uroczystą paradę węgierskiego wojska na placu Kossutha.

Deklaracja Wolności

W gmachu parlamentu Węgier, w ramach obchodów 50. rocznicy rewolucji 1956 roku, przedstawiciele władz węgierskich oraz zaproszeni na uroczystości przywódcy państw podpisali "Deklarację Wolności".

Główne obchody rocznicowe rozpoczęły się rano od uroczystego podniesienia flagi i złożenia kwiatów pod pomnikiem Pamięci Ofiar 25 października 1956 roku przez szefów delegacji wielu krajów.

W uroczystościach uczestniczy prezydent Lech Kaczyński, który w programie pobytu na Węgrzech ma m.in. popołudniowe spotkanie z prezydentem Niemiec Horstem Koehlerem.

Podczas uroczystości w parlamencie głos zabrali premier Węgier Ferenc Gyurcsany i szef Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso. Obaj politycy zwrócili uwagę, jak ważna była walka Węgrów w 1956 roku. Premier Węgier podkreślił, że to, co się działo pół wieku temu w Budapeszcie, pokazuje, jak trudno walczy się o wolność i demokrację. Jednocześnie zaapelował do wszystkich ludzi na świecie, aby nie bali się walczyć o te dwie wielkie wartości.

Podczas ceremonii w poniedziałkowe przedpołudnie na placu Lajosa Kossutha było spokojnie, ale w uroczystościach przed gmachem parlamentu wzięli udział tylko zaproszeni goście i przedstawiciele mediów, nie było natomiast mieszkańców Budapesztu.

50 rocznica rewolucji

Rewolucja węgierska 1956 roku rozpoczęła się 23 października od wiecu studentów w Budapeszcie, zorganizowanego na znak solidarności z wydarzeniami Polskiego Października 1956. Zryw węgierski był próbą uwolnienia się spod sowieckiej dominacji i przełamania monopolu partii komunistycznej.

Został on krwawo stłumiony przez wojska sowieckie, które wkroczyły do Budapesztu 4 listopada. Podczas walk ponad 2500 Węgrów zginęło, a około 20 tys. zostało rannych. Po zdławieniu rewolucji ponad 200 tys. osób opuściło kraj.

poniedziałek, 23 października 2006
Starcie Putina z liderami UE w Lahti
PAP
2006-10-22, ostatnia aktualizacja 2006-10-22 23:23

"Spotkanie skończyło się źle" - napisali o unijnym szczycie w Lahti specjalni wysłannicy madryckiego dziennika "El Pais", którzy zrelacjonowali przebieg kolacji wydanej w Audytorium Sibeliusa na zakończenie spotkania - gościem honorowym był na niej prezydent Władimir Putin

Zobacz powiekszenie
Fot. DMITRY ASTAKHOV AP
Władimir Putin
Putin - piszą dziennikarze "El Pais" - nie przyjął dobrze krytyk ze strony europejskich przywódców, którzy wskazywali na niezadowalające przestrzeganie praw człowieka w Rosji i odpowiedział im bez ogródek. Oświadczył, że Hiszpania nie może o niczym pouczać, ponieważ ma kilku burmistrzów oskarżonych o korupcję, a mafia nie pochodzi z Rosji, lecz z Włoch.

Spotkanie - czytamy dalej w relacji "El Pais" - odbyło się w momencie, gdy dochodzi do daleko idącego oziębienia stosunków. Na domiar złego Putin w jego przededniu wprawił wszystkich w osłupienie okazując podziw dla swego izraelskiego kolegi, prezydenta Mosze Kacawa, oskarżonego o molestowanie swych współpracownic.

Według wysłanników "EL Pais", początkowo spotkanie przebiegało w "serdecznej atmosferze". Rozpoczął je premier Finlandii, Matti Vanhanen, gospodarz kolacji, który przed jego rozpoczęciem apelował o rozmawianie z Putinem "jednym głosem".

Vanhanen poruszał trudne tematy Gruzji, Czeczenii i morderstwa Politkowskiej jak "najpoprawniejszym dyplomatycznym językiem" - o czym zapewniały dziennikarzy źródła fińskiego MSZ.

W odpowiedzi Putin wyraził swe zaniepokojenie sytuacją w Gruzji, którą oskarżył o przygotowywanie "krwawej łaźni" w Południowej Osetii i Abchazji, ale przyznał, że Rosja boryka się z poważnymi problemami, jeśli chodzi o wzrost przemocy w kraju.

"W swym długim wystąpieniu - pisze "El Pais" - prezydent Rosji uznał potrzebę współpracy z Unią Europejską w kwestiach energetycznych i pozostawił drzwi na wpół otwarte dla europejskich przedsiębiorstw, jeśli chodzi eksploatację gazu i ropy.

Co się tyczy Europejskiej Karty Energetycznej, na której ratyfikację oczekuje się od 1994 r., Putin wyraził gotowość podpisania jej "pod warunkiem wprowadzenia zmian".

Putin - piszą wysłannicy "El Pais" - zwracał się do uczestników przyjęcia po imieniu i nazwisku, pan taki i taki, pani taka a taka, z wyjątkiem trojga siedzących za stołem: "Angeli" (Merkel) "Tony'ego" (Blaira) i "Jacques'a" (Chiraca).

Jednak to serdeczne spotkanie zamieniło się w burzę - czytamy w "El Pais" - kiedy zabrali głos przedstawiciele krajów, które jak Litwa, ucierpiały wskutek przerw w dostawach gazu rosyjskiego i które wyciągnęły sprawę Gruzji i przestrzegania praw człowieka w Rosji.

Po oczekiwanej krytyce ze strony krajów nadbałtyckich, przewodniczący Parlamentu Europejskiego, Josep Borell, który siedział po lewej ręce Putina (po prawej siedziała Angela Merkel) był tym, który przepełnił czarę. Jego słowa pełne były sarkazmu: "Musimy podziękować panu Putinowi za to, że chwilowo, w styczniu, zakręcił kurek Ukrainie, ponieważ teraz dyskutujemy nad wspólną polityką energetyczną". Przypomniał także Putinowi, że Parlament Europejski uczcił minutą ciszy pamięć zamordowanej opozycyjnej dziennikarki Anny Politkowskiej, wskazał na trudności, jakie mają w Rosji organizacje pozarządowe.

"El Pais" cytuje zdanie Borrella, które szczególnie zabolało Putina: "Bierzemy naftę z krajów gorszych od pańskiego, ale nasze zmartwienie polega na tym, że z wami chcemy się stowarzyszyć, a to wymaga, abyśmy podzielali pewne wartości".

Według relacji "El Pais", "prezydent Francji, który przyznał Putinowi Legię Honorową, próbował rozproszyć bałtyckie chmury, mówiąc: Przybyliśmy tu, aby zanalizować problemy i znaleźć wspólne rozwiązania, nie zaś aby wyciągać problemy poszczególnych krajów".
piątek, 20 października 2006
Putin o Kacawie: 10 kobiet zgwałcił! Wszyscy mu zazdrościmy
PAP
2006-10-19, ostatnia aktualizacja 2006-10-19 11:54

Prezydent Rosji Władimir Putin powiedział w środę goszczącemu w Moskwie premierowi Izraela Ehudowi Olmertowi, że izraelski prezydent Mosze Kacaw go zadziwił. - Okazał się bardzo silnym mężczyzną! Dziesięć kobiet zgwałcił! - powiedział Putin. Poprosił też o przekazanie mu pozdrowień.

Zobacz powiekszenie
Mosze Kacaw
 
Szczegóły te ujawniają czwartkowe dzienniki "Kommiersant" i "Izwiestija".

Według obu gazet, Putin poczynił te uwagi, gdy dziennikarze wychodzili z kremlowskiej Sali, w której byli obecni na inauguracji rosyjsko-izraelskich rozmów na najwyższym szczeblu. Zdaniem "Kommiersanta", rosyjski prezydent najwyraźniej sądził, że mikrofony zostały już wyłączone.

- Przekażcie pozdrowienia swojemu prezydentowi! Okazał się bardzo silnym mężczyzną! Dziesięć kobiet zgwałcił! Nigdy bym się po nim (tego) nie spodziewał! Wszystkich nas zadziwił! Wszyscy mu zazdrościmy! - cytuje "Kommiersant" słowa Putina.

- Jest to ten przypadek, kiedy nie wierzysz własnym uszom - zauważa reporter tego dziennika Andriej Kolesnikow.

- Pan Putin chciał - oczywiście - moralnie poprzeć pana Olmerta, który znalazł się w trudnej sytuacji z powodu prezydenta Mosze Kacawa. Jeszcze bardziej - prawdopodobnie - chciał poprzeć samego pana Kacawa, ale tego nie było przy stole rozmów - nawet w charakterze tłumacza - ironizuje dziennikarz "Kommiersanta".

"Izwiestija" zauważają natomiast, że "odpowiedź (strony izraelskiej) trudno było usłyszeć, gdyż momentalnie utonęła w sporej porcji śmiechu". "Wygląda na to, że izraelscy ministrowie powiedzieli, czym oni są zadziwieni" - dodaje gazeta.

Prokuratura zarzuca Kacawowi m.in. gwałt i molestowanie seksualne. Prezydent zaprzecza tym oskarżeniom.

Izraelskie media twierdzą, że zarzuty wobec prezydenta zostały sformułowane na podstawie zeznań około 10 kobiet. Dochodzenie w sprawie Kacawa rozpoczęto jeszcze w kwietniu po oskarżeniach zgłoszonych policji przez byłą pracownicę jego biura, utrzymującą, że prezydent zmuszał ją do uprawiania seksu pod groźbą zwolnienia z pracy.
Kim Dzong Il zmienił Azję
Maria Kruczkowska
2006-10-16, ostatnia aktualizacja 2006-10-15 18:41

Czy północnokoreański reżim przetrzyma sankcje ONZ? Dzięki chińskiej pomocy ma na to duże szanse

Marcus Noland z waszyngtońskiego Instytutu Gospodarki Międzynarodowej wątpi, czy wprowadzone w sobotę sankcje przyniosą jakiś efekt. - Skuteczne są tylko takie sankcje, jakie nałożyła na Phenian Japonia - mówi. - Zero handlu z Koreą Płn., zero wiz dla jej obywateli i zero północnokoreańskich statków w jej portach.

Tokio nałożyło tak ostre sankcje na pół roku, po czym oceni, czy je przedłużyć. - Taki język kija i marchewki to jedyny, jaki rozumieją twardogłowi generałowie koreańscy - mówi Noland. - Po dwóch latach rozwodnionych sankcji ekonomicznych będziemy z powrotem w punkcie wyjścia.

Jakie jest więc wyjście? Jedynym sposobem na rozbrojenie Kim Dzong Ila jest zniszczenie go - pisze w "Washington Post" znany prawicowy publicysta Charles Krauthammer. Ale ani Amerykanie nie szykują się na wojnę, ani Chiny nie zakręcą Phenianowi kurka z ropą - co dałoby rezultat identyczny, czyli doprowadziłoby do upadku reżimu.

Pozostaje, jak w czasach zimnej wojny, odstraszanie. Phenian musi uwierzyć, że sprzedając technologię nuklearną, Iranowi, Syrii czy terrorystom, popełni tym samym samobójstwo, bo konsekwencją takiego czynu będzie uderzenie odwetowe Zachodu.

Nowy układ sił

Skutki koreańskiej bomby już odczuwa cała Azja Wschodnia. "W zeszły poniedziałek gdy usłyszeliśmy o teście jądrowym obudziliśmy się w innym świecie" - pisze komentator konserwatywnego dziennika "Chosun Ilbo"z Seulu.

Nikt nie ma wątpliwości, że oto zmienia się układ sił w tej części globu. Noland: - To początek wyścigu zbrojeń w uprzemysłowionym, bogatym regionie świata.

W 1998 r. nad Japonią przeleciała północnokoreańska rakieta Teapodong. Zaszokowane Tokio odpowiedziało rozpoczęciem budowy tarczy antyrakietowej we współpracy z Amerykanami i wysłaniem satelitów szpiegowskich nad Koreę. Według Nolanda ostatnie wydarzenia spowodują, że Japonia jeszcze bardziej zwiększy budżet na armię i jeszcze wzmocni współpracę z USA w sprawie tarczy.

Jeśli Korea Płn. zbuduje więcej bomb atomowych, Japonia może zgodzić się na rozmieszczenie u siebie amerykańskich rakiet z głowicami jądrowymi. Kolejny krok to budowa własnej bomby, ale - jak podkreślają eksperci - w przypadku Japonii to ostateczność. Choć Japonia jest wystarczająco bogata i zaawansowana technologicznie, by bombę w krótkim czasie zbudować, to w kraju, przeciwko któremu jako jedynemu na świecie użyto broni jądrowej, taki krok wzbudziłby olbrzymią falę protestów.

Budżet wojskowy zwiększyła także Korea Południowa, która obudziła się w poniedziałek z nuklearnym sąsiadem. Seul prowadził kiedyś program jądrowy, ale w latach 70. pod naciskiem USA zrezygnował z niego.

W początku lat 90. Amerykanie wycofali własną broń atomową z baz w Korei Płd. Seul dostał wówczas gwarancje pomocy w razie zagrożenia nuklearnego ze strony Północy. Szczegółów tych gwarancji jednak nie ma, bo do poniedziałku południowokoreańscy politycy nie wierzyli w realność zagrożenia. Za cztery dni koreański minister obrony leci do Waszyngtonu i będzie prosił o rozciągnięcie nad Koreą Płd. amerykańskiego parasola nuklearnego.

Południowi Koreańczycy, którzy przez lata żyli w poczuciu bezpieczeństwa, nie czują się już bezpieczni. Jeszcze w sobotę wielu Koreańczyków uważało, że to USA prowokują Koreę Północną. Dziś 65 proc. pytanych opowiada się za budową przez Seul własnej bomby.

O bombie może teraz zacząć myśleć również Tajwan szachowany przez atomowe Chiny.

Wolą bombę od chaosu

Polityków chińskich i południowokoreańskich paraliżuje strach przed tym, co może się zdarzyć po ewentualnym upadku reżimu Kim Dzong Ila. Azja Wschodnia stoi przed fatalnym wyborem między nuklearnym tyranem a chaosem.

- Obalenie reżimu Kima może przynieść jeszcze gorszy rezultat, w najłagodniejszym wariancie władzę przejmie bowiem wojskowa junta - uważa Peter Beck z International Crisis Group w Seulu.

- Wyobraźmy sobie, że w Phenianie władzę przejmuje jakiś wojowniczy generał z palcem na guziku albo że kraj rozpadnie się na małe uzbrojone po zęby księstwa z dostępem do bomby atomowej - dodaje Alexandre Y. Mansourov, ekspert Ośrodka Studiów nad Bezpieczeństwem Azja-Pacyfik na Hawajach.

Takich scenariuszy jest więcej. Eksperci przewidują, że w razie upadku reżimu z północy wkroczy do Korei Płn. armia chińska, która utworzy kordon odgradzający drogę uchodźcom. Z południa miałaby wejść armia południowokoreańska wspierana przez Amerykanów. W ten sposób Chińczycy i Amerykanie stanęliby naprzeciwko siebie gdzieś w Korei Płn.

A co ze scenariuszem pozytywnym, czyli zjednoczeniem półwyspu na wzór Niemiec? Wśród elit Korei Południowej panuje przekonanie, że ten scenariusz jest za drogi. Noland szacuje koszt odbudowy infrastruktury i częściowego podniesienia poziomu życia północnych Koreańczyków na 600 mld dol. w ciągu dziesięciu lat. Inni eksperci podają wyższe liczby.

Tan koszt musiałby ponieść koreański podatnik. W niedawnym sondażu za "zjednoczeniem za wszelką cenę" opowiedziało się zaledwie 12 proc. Koreańczyków. A było to badanie przeprowadzone przed próbą nuklearną Kima.

Pozostaje więc tylko nadal przekupywać reżim ryżem i nawozami i podtrzymywać go w ten sposób sztucznie przy życiu. Noland: - Polityka obłaskawiania Korei Północnej poniosła fiasko, ale nie ma dla niej alternatywy.

Najwięcej do powiedzenia mają tu Chiny. Pekin nie chce jednak u swej granicy drugiego Iraku czy Kosowa. Chińczycy boją się napływu milionów uchodźców, chcą też zachować komunistyczny bufor oddzielający ich od amerykańskiej armii.

Dlatego Kim Dzong Il może nadal liczyć na chińskiego protektora. - Pekin zna Kimów od 60 lat [wcześniej rządził Kim Ir Sen ojciec obecnego władcy Północy] i woli się ich trzymać - mówi Mansurov.

Gdy Korea Północna zdetonowała bombę, Pekin stracił cierpliwość i poparł ONZ-owskie sankcje. Ale zadbał jednocześnie, by sankcje nie doprowadziły do upadku reżimu.

Testem dla stosunku Chin wobec Korei Płn. jest sytuacja w Dandongu. Ruch w tym mandżurskim mieście, przez które przechodzi cały niemal handel Chin i Północnej Korei, nawet w dniu atomowego wybuchu się nie zmniejszył. Sznur chińskich ciężarówek oraz furgonetek załadowanych starymi rowerami i telewizorami czekał spokojnie na wjazd do Korei.

Chiny są w trakcie kolonizacji ostatniego stalinowskiego reżimu świata. Zainwestowały już w tym kraju 2 mld dol. W Phenianie działa 150 chińskich firm, są chińskie sklepy i restauracje. Sobotnie sankcje ONZ tej wymiany nie obejmują.

Mało kto wie, że Chiny są po Amerykanach drugim darczyńcą humanitarnym świata. Tyle że prawie cała pomocy humanitarna Chin trafia właśnie do Korei Północnej. Ponieważ jest to pomoc dwustronna, ONZ nie ma nad nią żadnej kontroli. Obserwatorzy uważają, że tą drogą do Korei nadal będzie płynąć chińska ropa.
środa, 11 października 2006
Korea Płn.: Sankcje to jak wypowiedzenie wojny
PAP
2006-10-11, ostatnia aktualizacja 2006-10-11 08:02

Przedstawiciel władz Korei Północnej ostrzegł w środę, że zastosowanie sankcji wobec Phenianu za przeprowadzenie poniedziałkowej próby jądrowej będzie uważane za wypowiedzenie wojny - poinformowała południowokoreańska agencja Yonhap

Zobacz powiekszenie
Fot. Alexander Zemlianichenko / AP
Kim Dzong Il
 
"Sankcje to nonsens. Jeśli zostaną zastosowane sankcje na pełna skalę, będziemy uważali to za wypowiedzenie wojny" - powiedział anonimowo przedstawiciel północnokoreańskich władz.

Według najnowszych doniesień agencji Yonhap, armia Korei Południowej sprawdza gotowość na wypadek wojny nuklearnej.

Yonhap podała, że kolegium szefów sztabów poinformowało ministra obrony Korei Płd. Jun Kwang Unga o potrzebie sprawdzenia i podniesienia zdolności bojowych wojska.

W zeszłym tygodniu minister Jun polecił armii dostosować plany operacyjne kraju i inne strategie wojskowe po tym, jak Korea Północna zagroziła przeprowadzeniem próby jądrowej - poinformowała południowokoreańska gazeta "Dzoson Ilbo", opierając się na anonimowych doniesieniach przedstawiciela rządu w Seulu.

W środę rano fala sejsmiczna, płynąca z Korei Płn., wywołała alarm i podejrzenie o drugą próbę atomową dokonaną przez Phenian. Fałszywy alarm spowodowany był prawdopodobnie przez trzęsienie ziemi na północy Japonii o sile 5,8-6,0 stopnia w skali Richtera, którego echa w skorupie ziemskiej mogły rozejść się również kierunku Korei Płn. Potwierdziły to władze japońskie i amerykańskie.

W poniedziałek, wbrew ostrzeżeniom ze strony USA i Rady Bezpieczeństwa ONZ, Korea Płn. ogłosiła, że przeprowadziła swoją pierwszą próbę atomową. Phenian zaznaczył, że skłoniło go do tego "zagrożenie wojną nuklearną i sankcjami" ze strony USA.

W poniedziałek wieczorem USA i Japonia przedstawiły RB ONZ projekt rezolucji w sprawie Korei Płn. Propozycja jest oparta na artykule VII Karty Narodów Zjednoczonych, który otwiera drogę do sankcji ekonomicznych, a nawet opcji militarnej. Propozycja omawiana jest przez pięciu stałych członków Rady Bezpieczeństwa - USA, Rosję, Chiny, Wielką Brytanię i Francję - a z nimi Japonię.

Korea Południowa i Chiny zaznaczyły, że nie zgodzą się na podjęcie jakiejkolwiek akcji militarnej wobec Phenianu.

Od ponad roku pozostają w impasie sześciostronne rokowania w sprawie Korei Północnej i jej programu atomowego - prowadzone w Pekinie przez obie Koree, USA, Chiny, Japonię i Rosję.
poniedziałek, 09 października 2006
Korea Płn. dokonała podziemnej próby nuklearnej
Marcin Gadziński, Waszyngton, IAR, PAP, pi
2006-10-09, ostatnia aktualizacja 2006-10-09 08:26

Cała Azja zadrżała w posadach, gdy w poniedziałek o 11.36 przed południem czasu lokalnego (4.36 nad ranem czasu polskiego) Korea Północna przeprowadziła próbną eksplozję ładunku atomowego.



Jedno z najbiedniejszych i najbardziej odizolowanych państw świata dołączyło tym samym oficjalnie do składającego się z siedmiu krajów "klubu atomowego". Koreańczycy byli podejrzewani o posiadanie kilku ładunków jądrowych od połowy lat 90., jednak nigdy nie przeprowadzili próbnej eksplozji.

O przeprowadzeniu eksplozji poinformowała północnokoreanska agencja prasowa. Jednak szybko zostało to potwierdzone przez władze Korei Płd.

Najszybciej zareagowali Japończycy, którzy postawili swoje siły zbrojne w stan gotowości.

Jak podały źródła amerykańskie, godzinę przed eksplozją władze w Phenianie poinformowały o przygotowywanej próbie swojego najbliższego sojusznika - Chiny. Chińscy dyplomaci natychmiast przekazali informację do Waszyngtonu. W ten sposób także prezydent George Bush, tuż przed położeniem się spać w niedzielny wieczór, dowiedział się, że próba atomowa jest nieuchronna.

Nie wiadomo, jaki dokładnie charakter miała próba atomowa. Czy była to ekslozja gotowej bomby, czy też raczej próba z użyciem wielkiego ładunku, który dopiero trzeba pomniejszyć do rozmiarów bomby. Większość ekspertów uważa, że Korea Płn. potrzebuje jeszcze 5-10 lat na przełamanie technicznych problemów i takie udoskonalenie ładunku, by móc umieścić go na rakiecie dalekiego zasięgu.

Według źródeł w Korei Południowej, eksplozję przeprowadzono w wyrytej w górach kopalnii w prowincji Hamgyong. To miejsce było obserwowane przez amerykańskie satelity szpiegowskie od wielu lat i typowane na atomowy poligon. Phenian poinformował, że próba nie wywołała radioaktywnego przecieku. Eksplozja wywołała jednak trzęsienie ziemi o sile 3-4 w skali Richtera, odczuwalne przez czujniki w całym regionie.

Dyplpmatyczne trzęsienie ziemi

Jednak północnokoreańska próba wywoła z pewnością o wiele większe dyplomatyczne trzęsienie ziemi. Decyzja komunistycznego dyktatora Kim Dżong Ila o przeprowadzeniu próby atomowej to jawna prowokacja. Zaledwie dwie godziny przed eksplozją wspólne oświadczenie wzywające Phenian do odwołania próby wydały Japonia i Chiny. W piątek "surowymi konsekwencjami" Phenianowi zagroziła Rada Bezpieczeństwa ONZ. O tym, że próba atomowa będzie "niedopuszczalną prowokacją" mówili w ostatnich dniach także prezydent Bush i sekretarz stanu Condoleezza Rice.

Eksplozja jest też wyzwaniem dla prezydenta Busha. Kilka lat temu obiecał on, że nie dopuści, by reżim w Phenianie dysponował bronią jądrową. Jednak w dzisiejszej sytuacji politycznej, gdy zawiodły wszystkie metody dyplomatyczne, Biały Dom w istocie niewiele może zrobić. Uderzenie militarne, nawet chirurgiczne bombardowania koreańskich instalacji jądrowych nie wchodzą raczej w grę, gdyż komunistyczne reżim odpowiedziałby raczej na pewno miażdżącym uderzeniem artyleryjskim na Seul, położony zaledwie o 40 kilometrów od grnaicy Północy z Południem.

W ostatnich dniach eksperci przewidywali, że jeśli mimo wszystko reżim Kima zdecyduje się na przeprowadzenie próby jądrowej, Amerykanie, poza próbami namówienia Chin i Rosji do nałożenia ostrych sankcji na Phenian, wzmocnią swoje siły morskie na Dalekim Wschodzie, i być może zaczną przeszukiwać okręty płynące do i wypływające z Północnokoreańskich portów. Rozprzestrzenianie materiałów, technologii lub gotowej broni jądrowej i ewentualne dostanie się ich w ręce terrorystów jest bowiem dziś uznawane za największe zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego USA.

- W najbliższych dniach niewątpliwie dojdzie do wielkiej debaty, jak USA mogły nie powstrzymać Phenianu przed tym krokiem. Uważam, że nie wykorzystano przede wszystkim drogi negocjacji dwusrtonnych, ktore chcieli prowadzić z Waszyngtonem Koreańczycy - komentował w CNN Joseph Cirincione, czołowy amerykański ekspert od proliferacji broni masowego rażenia. - gdy świat będzie reagować na koreańską prowokację musi cały czas pamiętać, że całą sytuację bardzo pilnie obserwuje Iran. Jeśli Koreańczykom się upiecze, nie będziemy długo czekać na przyspieszenie budowy bomby przez islamski reżim.

Chiny przeciwne próbom jądrowym Korei

Z wyjątkiem źródeł południowokoreańskich, informacji o dokonanej próbie jednoznacznie nie potwierdziły dotychczas inne źródła. Na podstawie danych sejsmologicznych tylko władze Australii uznały wiadomość za "wysoce prawdopodobną".

Wstrząsy o sile około czterech stopni w otwartej skali Richtera u wybrzeży północnokoreańskich zanotowano w Korei Południowej, a także w instytucie sejsmologicznym Stanów Zjednoczonych.

Z informacji agencyjnych wynika, że Chiny zostały poinformowane przez Phenian o teście na 20 minut przed faktem i natychmiast przekazały tę wiadomość Korei Południowej, Japonii i USA. Tokio i Waszyngton nadal nie zajęły oficjalnego stanowiska w sprawie próby Korei Płn.

Pekin oświadczył natomiast, że Chiny "zdecydowanie przeciwstawiają się" dokonywaniu przez Koreę Płn. prób jądrowych i apelują o powrót Phenianu do sześciostronnych rokowań w sprawie programu atomowego. W oświadczeniu chińskiego MSZ zabrakło jednak oficjalnego potwierdzenia faktu dokonania przez Phenian próby atomowej.

Próba miała zbiec się z poniedziałkową wizytą w Seulu nowego premiera Japonii Shinzo Abe, a także jego rozmowami w sprawie pozostających w impasie rokowań sześciostronnych, prowadzonych przez oba państwa koreańskie, USA, Chiny, Japonię i Rosję w sprawie programu atomowego Phenianu.

W Seulu szef sztabu sił zbrojnych poinformował o podniesieniu stopnia gotowości wszystkich jednostek wojskowych, a w Tokio powołano specjalną komisję kryzysową do zbadania sprawy. Japońskie władze oświadczyły, iż północnokoreańska próba - jeśli fakt ten zostanie potwierdzony - zostanie uznana za poważne zagrożenie dla Japonii.

Korea Północna ogłosiła jeszcze we wtorek, iż zamierza przeprowadzić swą pierwszą podziemną eksplozję jądrową, nie podając jednak żadnego terminu. Rada Bezpieczeństwa ONZ, reagując na groźbę, uchwaliła w ubiegły piątek rezolucję wzywającą Koreę Płn. do rezygnacji z planowanego próbnego wybuchu jądrowego i do wznowienia rokowań w sprawie likwidacji jej wojskowego programu nuklearnego.

Zdetonowanie ładunku atomowego "zagroziłoby pokojowi, stabilizacji i bezpieczeństwu w regionie i poza nim" oraz "przyniosłoby powszechne potępienie ze strony wspólnoty międzynarodowej" - oświadczyła RB ONZ. Wezwała jednocześnie Phenian do wyzbycia się wszelkiej broni jądrowej i likwidacji programu nuklearnego.

Biały Dom potępia północnokoreańską próbę

Stany Zjednoczone potępiły północnokoreańską próbę atomową, określając ją jako "prowokację" i zażądały natychmiastowej reakcji Rady Bezpieczeństwa ONZ - informuje agencja France Presse.