cnn
przegląd artykułów internetowych: ONET.PL GAZETA.PL DZIENNIK.PL
czwartek, 30 sierpnia 2007
ABW przed domem właściciela Prokomu, Ryszarda Krauzego
jg, asz
2007-08-30, ostatnia aktualizacja 55 minut temu
Zobacz powiększenie
Ryszard Krauze
Fot. Bartosz Bobkowski / AG

- Wydano postanowienie o przedstawieniu zarzutów szefowi Prokomu, Ryszardowi Krauze - poinformował prokurator krajowy Dariusz Barski. Wcześniej "Rzeczpospolita" podała, że wydano postanowienie o zatrzymaniu Krauzego. "Wprost" podał natomiast, że trwają przeszukania mieszkań i domów Krauzego.


Tę informację potwierdził reporter TVN 24. - Przed bramą stoją dwa busy z panami, którzy nie pozostawiają wątpliwości: to ABW - relacjonował dziennikarz sprzed domu szefa Prokomu. Ochroniarz nie chciał powiedzieć, czy Krauze jest w środku. Wiadomo, że przebywa obecnie na urlopie. Około godz. 15 busy ABW odjechały.

Dzisiaj rano premier Kaczyński mówił na zjeździe Solidarności o "pewnym potężnym biznesmenie", który stoi za przeciekami w sprawie akcji CBA w Ministerstwie Rolnictwa. Pytany przez dziennikarzy o możliwość zatrzymania Krauzego, premier nie zaprzeczył. - Wszystko w swoim czasie. Ja nie jestem prokuratorem - mówił.

Prokurator "nie potwierdza, nie zaprzecza"

Zdaniem "Wprost", zdążył wyjechać z Polski jakiś czas przed tym, gdy śledczy zdecydowali się na zatrzymanie Janusza Kaczmarka, Konrada Kornatowskiego i Jaromira Netzla.

Według informacji tygodnika, ws. przecieku w aferze gruntowej i związków polityków z Ryszardem Krauze prokuratura może wnosić o uchylenie immunitetów kilku parlamentarzystów. - W grę wchodzą wielomiliardowe interesy i kupowanie ludzi na różnych stanowiskach władzy - mówi informator "Wprost".

Prokurator krajowy Dariusz Barski "nie potwierdza, ani nie zaprzecza" informacjom o nakazie zatrzymania Krauzego. - Na tym etapie nie chcę komentować tych informacji - mówi.

Tajemnicze spotkanie w hotelu Marriott?

Prokuratura ma nagranie z kamery przemysłowej hotelu Marriott, na którym są Kaczmarek, poseł Samoobrony Lech Woszczerowicz i Krauze - podały dwa tygodnie temu "Wiadomości".

Nagranie pochodzi z czwartku 5 lipca. Był to dzień przed akcją CBA w Ministerstwie Rolnictwa. Nagranie ma dowodzić, że to Kaczmarek jest źródłem przecieku o akcji.

- Nie było takiego spotkania pana Krauzego, Kaczmarka i Woszczerowicza ani w Marriotcie, ani nigdzie indziej - mówił wtedy Marek Zieleniewski odpowiedzialny za kontakty Prokomu z mediami.
Co do tej pory ujawnił Janusz Kaczmarek
***
2007-08-30, ostatnia aktualizacja 2007-08-30 11:20

Były szef MSWiA Janusz Kaczmarek część poniższych faktów ujawnił w wywiadach prasowych, część wyciekła z posiedzenia sejmowej komisją ds. służb specjalnych.

Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Olkuśnik / AG
20.08.2007, Warszawa, Janusz Kaczmarek na konferencji prasowej
Narady u premiera

Kaczmarek opowiadał o częstych naradach u premiera Jarosława Kaczyńskiego. Oprócz Kaczmarka bywali tam minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro oraz szefowie ABW i CBA. Nie było na nich koordynatora ds. służb specjalnych Zbigniewa Wassermanna. Premier miał ciągle pytać o układ, "kiedy wreszcie ujawnimy układ", "dlaczego jeszcze nie został rozbity". Przypominał, że układ musi zostać rozbity, bo "jak tego nie zrobimy, przegramy wybory".

Zatrzymanie i aresztowanie b. posłanki SLD Barbary Blidy miało być właśnie pokazową akcją wykrycia układu SLD i mafii węglowej.

? Na tych naradach była też mowa o szukaniu informacji obciążających politycznych przeciwników. Na liderów PO (Donalda Tuska i Mirosława Drzewieckiego) służby miały szukać haków obyczajowych, na Grzegorza Schetynę - gospodarczych.

Kulisy śmierci Barbary Blidy

? Na naradzie u premiera przed akcją u Blidy szef policji Konrad Kornatowski i Kaczmarek mówili premierowi, że nie ma mocnych dowodów przeciwko Blidzie. Ziobro przekonywał, że są.

Szef ABW Roman Święczkowski zapewniał, że sąd zgodzi się aresztować Blidę. Miał stwierdzić: - Nie po to zmienialiśmy obsadę prokuratury i sądu w Katowicach, żeby mieć z tym problem. Chodzi o to, że żona szefa ABW w Katowicach jest przewodniczącą miejscowego sądu okręgowego. Święczkowski miał powiedzieć Kaczmarkowi, że jak Blida "trochę posiedzi, to znajdą się dowody". Chodziło o tzw. areszt wydobywczy - Blida miałaby obciążyć inne osoby z SLD, aby odzyskać wolność.

? Premier podczas jednej z narad miał powiedzieć, że w sprawie Blidy "nie może być fuszerki, bo SLD nas rozjedzie". Po samobójstwie Blidy Ziobro miał powiedzieć: "Trzeba załatwić, żeby nasze media dały z tego dobrą relację".

Prezydent o mentalności Ziobry

? Kaczmarek twierdził, że kilka razy informował prezydenta Lecha Kaczyńskiego o tym, co go niepokoiło w działaniach Ziobry. Mówił, że premier ma pełne zaufanie do ministra sprawiedliwości, ale prezydent już nie. Na jednym ze spotkań z Kaczmarkiem Lech Kaczyński miał powiedzieć: "A czego się można było spodziewać po 35-letnim mężczyźnie o mentalności 25-latka?".

? Podczas innego spotkania prezydent był zirytowany, bo podejrzewał, że służby interesują się jego rodziną - związanym z SLD zięciem i córką, która skarżyła się, że jest śledzona przez ABW. Mówił też, że CBA inwigiluje Lenę Cichocką, minister w Kancelarii Prezydenta. "Ziobro kiedyś wywróci ten rząd" - miał usłyszeć Kaczmarek od prezydenta Kaczyńskiego. [w zeszłym tygodniu Kancelaria Prezydenta zdementowała te informacje w specjalnym komunikacie]

Haki na opozycję i na swoich

? Oprócz wymienionych już polityków PO Kaczmarek opowiadał o szukaniu haków na opozycję. Głównym obiektem był b. prezydent Kwaśniewski. Uruchomiono też służby, które śledziły syna b. prezydenta Lecha Wałęsy Jarosława (posła PO). Kaczmarek twierdzi, że było niepisane zalecenie, by szczególnie przyglądać się również politykom koalicji posłów - LPR i Samoobrony.

? B. szef MSWiA miał też mówić o klimacie panującym w PiS. Ziobro cieszył się doniesieniem byłego posła Samoobrony i detektywa Krzysztofa Rutkowskiego na europosłów PiS Adama Bielana i Michała Kamińskiego (obaj należą do frakcji w PiS przeciwnej Ziobrze). Rutkowski zarzucił im wyłudzanie pieniędzy z Parlamentu Europejskiego. Ziobro chciał, by prokuratura bardzo poważnie potraktowała doniesienie Rutkowskiego.

Ziobro a specsłużby

? Ziobro miał mieć doskonałe kontakty z szefem ABW Bogdanem Święczkowskim i ten przynosił mu tajne materiały operacyjne. Kierujący wcześniej ABW Witold Marczuk - zaufany Lecha Kaczyńskiego i Ludwika Dorna - odmawiał Ziobrze przekazywania nieoficjalną drogą informacji. Według Kaczmarka, wiosną tego roku Ziobro uknuł intrygę, by Dorna i jego ludzi wyrzucić z MSWiA. Ziobro donosił premierowi Kaczyńskiemu na Dorna, oskarżając go, że on i jego ludzie blokują walkę z układem.

? Kaczmarek twierdzi, że Ziobro otoczył się młodymi, niedoświadczonymi prokuratorami, którzy materiałów operacyjnych nie weryfikowali, tylko mechanicznie włączali do akt prokuratorskich. Wymienił jako najbardziej dyspozycyjne wobec Ziobry prokuratury w Katowicach i w Krakowie.

Dobrzy i źli dziennikarze

? Ziobro opracował mechanizm współpracy z wybranymi przez siebie dziennikarzami (kilka osób z mediów ogólnopolskich). Inspirował ich do napisania o konkretnej sprawie, potem organizował konferencje prasową, na której omawiał artykuł i zapowiadał, że prokuratura zajmie się tą sprawą. W ten sposób można było wszczynać nawet wcześniej umorzone śledztwa. Tak było np. ze sprawami prowadzonymi przeciwko b. prezydentowi Kwaśniewskiemu, które wszczynano po publikacjach w "Gazecie Polskiej". Jako najbardziej zaufanych ludzi mediów w kręgu Ziobry Kaczmarek wymienił Anitę Gargas, szefową publicystyki TVP nadzorującą propagandowy program telewizji "Misja specjalna", oraz Tomasza Sakiewicza, naczelnego "Gazety Polskiej".

? Ziobro miał pokazywać znajomym pasek w telewizji z najświeższymi informacjami i mówić: "Zobaczysz - teraz zadzwonię i zaraz na pasku się pojawi moja informacja".

? Jednocześnie Ziobro miał listę dziennikarzy, z którymi zabronił swoim podwładnym kontaktu. Był tam np. Maciej Duda z "Rzeczpospolitej". Natomiast kontakty z prokuratorami Bogdana Wróblewskiego z "Gazety" Ziobro miał kazać sprawdzać. Wiedział też, że do Kaczmarka dzwoni Monika Olejnik, a on z nią rozmawia. Robił o to Kaczmarkowi wymówki.

? Kaczmarek opowiadał, że gdy ukazywał się niekorzystny dla Ziobry materiał w mediach, minister domagał się sprawdzania billingów dziennikarzy. Wykorzystywał też fakt, że dziennikarze telefonowali do osób, które były podsłuchiwane przez CBŚ i ABW, do tego, by podsłuchiwać tych dziennikarzy (Dorn nie odczytał nazwisk inwigilowanych dziennikarzy, które były w stenogramie) .

? Kaczmarek mówił o szukaniu przez Ziobrę haków na Polsat, TVN, Agorę (wydawcę "Gazety").

Po akcji CBA u Leppera

? Ziobro lubił się wśród swoich współpracowników chwalić założonym u Lepppera podsłuchem. Szef Samoobrony miał być podsłuchiwany przez wiele miesięcy jako wicepremier, aż do momentu odwołania go z rządu po akcji CBA w ministerstwie rolnictwa. Według Kaczmarka, szef CBŚ Jarosław Marzec musiał odejść dlatego, że 6 sierpnia bardzo ostro zwrócił Ziobrze uwagę, że to przez jego gadatliwość doszło do przecieku, bo do Leppera dotarła informacja o akcji CBA.

? Kaczmarek - który sam jest podejrzany o przeciek w tej sprawie - twierdzi, że służby przeszukały mieszkania jego asystentów, dom jego dyrektora gabinetu politycznego, a nawet mieszkanie rodziców tego dyrektora. Wcześniej ABW przeszukała mieszkania Kaczmarka, Kornatowskiego i Marca. Kaczmarek twierdzi, że w trakcie przeszukań zniknęły kopie doniesienia o przestępstwie, jakie 7 sierpnia złożył w prokuraturze, wskazując, że to Ziobro mógł być źródłem przecieku w sprawie akcji CBA.

Kaczmarek nie przyznał się do winy i odmówił składania zeznań

Kaczmarek nie przyznał się do winy i odmówił składania zeznań

w, jg, mar, asz, mt
2007-08-30, ostatnia aktualizacja 9 minut temu

Zobacz powiększenie
Kadr z amatorskiego nagrania Sylwestra Latkowskiego - ABW prowadzi Janusza Kaczmarka do samochodu. B. ministra SWiA zatrzymano 30 sierpnia, pod zarzutem utrudniania śledztwa ws. przecieku dot. akcji CBA
Fot. Sylwester Latkowski

- Januszowi Kaczmarkowi postawiono zarzut utrudniania postępowania i składania fałszywych zeznań - poinformował Wojciech Brochwicz, pełnomocnik byłego ministra, po spotkaniu ze swoim klientem. - W mojej ocenie są to śmieszne zarzuty i w żaden sposób nie tłumaczą takiego traktowania, jakie widzimy - dodał Brochwicz.

Zobacz powiekszenie
Po wysłuchaniu zeznań Kaczmarka, posłowie zażądali przesłuchania przed speckomisją Konrada Kornatowskiego i Jarosława Marca

nie przyznał się do stawianych mu zarzutów i odmówił składania zeznań. Pozostaje w dyspozycji prokuratury. Wcześniej Brochwicz skarżył się dziennikarzom, że imo wielu godzin oczekiwania, nie miał możliwości rozmowy ze swoim klientem. - Jest to naruszenie ustawowego prawa do obrony - mówił pełnomocnik Kaczmarka. Dopiero po 15 wpuszczono go na teren prokuratury.

- Art. 245 Kpk mówi o tym, że osoba zatrzymana ma prawo do niezwłocznego kontaktu ze swoim adwokatem. Jeżeli zastanawiacie się państwo teraz co to znaczy niezwłoczność, to spójrzcie na zegarki, odpowiedź przyjdzie sama - mówił zdenerwowany Brochwicz o 14.30. Adwokata wpuszczono do prokuratury dopiero po 15. - Nie wiem, kiedy mogą się skończyć przesłuchania, może nawet dopiero jutro - powiedział Barski.

Dziś o 7.30 ABW zatrzymała Janusza Kaczmarka, byłego szefa MSWiA, b. szefa policji Konrada Kornatowskiego oraz szefa PZU Jaromira Netzela pod zarzutem utrudniania śledztwa ws. przecieku dot. akcji CBA. Do zatrzymania Kaczmarka doszło w domu niezależnego dokumentalisty telewizyjnego Sylwestra Latkowskiego, gdzie b. szef MSWiA spędzał noc.

Kolejny będzie Krauze

Jak podaje "Rzeczpospolita", zatrzymanie Kaczmarka, Kornatowskiego i Netzla planowane było na środę. Jednak ABW odmówiła przeprowadzenia akcji. Stwierdziła, że zatrzymanie musi być przygotowane w najdrobniejszych szczegółach, by nie powtórzyła się sytuacja z Barbarą Blidą, która zastrzeliła się podczas akcji zatrzymania. Bezpośrednim impulsem do zatrzymania miała być opinia biegłego, który potwierdzał, że za sprawą przecieku w aferze gruntowej mógł stać Janusz Kaczmarek.

Prawdopodobnie ABW planuje kolejne zatrzymania. Chodzi najpewniej o Ryszarda Krauzego. Pod jego domem w Gdyni pojawiły się samochody ABW. Barki potwierdził, że prokuratura podjęła decyzję o postawieniu Krauzemu zarzutów.

Co Kaczmarek robił u Latkowskiego

Kaczmarek był gościem Latkowskiego, który robi film o zabójstwie Marka Papały oraz pisze artykuł o inwigilacji mediów. Chciał porozmawiać z byłym szefem MSWiA m.in. o jego relacjach z politykami.

Latkowski nagrał zatrzymanie b. ministra MSWiA telefonem komórkowym. Na zdjęciach widać Kaczmarka w kajdankach wyprowadzanego przez kilku funkcjonariuszy. Latkowski twierdzi, że nie zgodził się na wejście funkcjonariuszy ABW do mieszkania. Relacja Latkowskiego

Jak podaje "Wprost", Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego miała dziś zatrzymać także Jarosława Marca, b. szefa Centralnego Biura Śledczego. Do zatrzymania jednak nie doszło, bo Marzec przebywa za granicą.

Marzec i Kornatowski mieli zeznawać przed speckomisją

Zatrzymanie Kaczmarka i Kornatowskiego oznacza, że b. szef policji nie może jutro złożyć wyjaśnień przed sejmową Komisją ds. Służb Specjalnych. - To zamykanie ust świadkom w przeddzień posiedzenia speckomisji - powiedział Marek Biernacki, członek komisji z ramienia PO. Jutro przed komisją zeznawać mieli Kornatowski i Marzec.

Kaczmarek w ubiegłym tygodniu zeznawał przed speckomisją, mówiąc o nieprawidłowościach w funkcjonowaniu państwa. Na tajnym posiedzeniu Sejmu stenogramy tych zeznań czytał posłom marszałek Dorn. Zeznania wzburzyły opozycję, która domaga się powołania komisji śledczej. B. szef MSWiA jest oficjalnym kandydatem LPR i Samoobrony na premiera.

Kornatowski i Kaczmarek

Kiedy Janusz Kaczmarek został szefem MSWiA, pociągnął za sobą Konrada Kornatowskiego i Jarosława Marca. Pierwszego zrobił komendantem głównym policji, drugiego - szefem Centralnego Biura Śledczego. Kiedy jednak cień padł na Kaczmarka, odejść z nim musieli też jego zaufani ludzie - Kornatowski i Marzec. Znajomość, czy też przyjaźń, Janusza Kaczmarka i Kornatowskiego rozpoczęła się w połowie lat 90., gdy pracowali w Prokuraturze Rejonowej w Gdyni - pierwszy był prokuratorem rejonowym, drugi jego podwładnym.

Kornatowski zabłysnął wtedy śledztwami w sprawie gangów samochodowych i związanej z tym serii zabójstw na zlecenie. Posłał do więzienia wyjątkowo brutalny gang "Wróbla", który na koncie miał m.in. porwania i torturowanie ofiar, oraz gang tzw. kajdankowców, który przykuwał ofiary kajdankami do kaloryferów.

Drugim z ludzi Kaczmarka, który stracił stanowisko, jest Jarosław Marzec, szef Centralnego Biura Śledczego. W odróżnieniu od Kornatowskiego nie podał się do dymisji, odwołano go 9 sierpnia. Kaczmarek i Marzec poznali się w grudniu 2001 r. Marzec został wtedy szefem gdańskiego CBŚ, a Kaczmarek był szefem Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku.


środa, 08 sierpnia 2007
Kaczmarek odwołany
Znów polityczne trzęsienie ziemi
2007-08-08 16:49  Aktualizacja: 2007-08-08 18:03

Kaczmarek odwołany, Stasiak nowym szefem MSWiA

Jarosław Kaczyński odwołał ze stanowiska ministra spraw wewnętrznych Janusza Kaczmarka. Kaczmarek jest w kręgu podejrzeń w sprawie przecieku dotyczącego akcji Centralnego Biura Antykorupcyjnego - poinformował premier. Nowym szefem resortu został Władysław Stasiak, do niedawna szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, na czele którego ma teraz stanąć gen. Roman Polko.

"Janusz Kaczmarek drastycznie nadużył mojego zaufania" - powiedział Jarosław Kaczyński tłumacząc, dlaczego zdymisjonował dotychczasowego szefa resortu spraw wewnętrznych. Premier dodał, że przeprowadził "prawie prywatną" rozmowę z Kaczmarkiem na różne tematy i minister nie powiedział mu prawdy na temat kulis akcji CBA. "Pytałem o pewne sprawy, o pewne fakty, które znałem i zostały mi inaczej przedstawione, niż z całą pewnością zostało to ustalone. Chciałem się przekonać czy jest szczery i czy mówi prawdę" - dodał premier.

Kilka dni temu pojawiły się informacje, że CBA wie już, kto uprzedził Andrzeja Leppera o planowanej przeciwko niemu akcji w Ministerstwie Rolnictwa. Nie chodziło jednak - jak sugerowały niektóre media - o Przemysława Gosiewskiego. "Mogę przysiąc, że wicepremier Gosiewski nie miał pojęcia o całej akcji. Z polityków wiedziałem o tym tylko ja, szef CBA i minister sprawiedliwości" - powiedział premier.

Kilkanaście dni temu CBA zatrzymało Piotra R. i Andrzeja K. pod zarzutem korupcji. Obaj obiecywali podstawionym przez biuro biznesmenom, że są w stanie załatwić za łapówkę odrolnienie atrakcyjnych działek na Mazurach.

Agenci CBA podejrzewali, że w korupcyjny proceder może być zaangażowany ówczesny wicepremier i minister rolnictwa Andrzej Lepper, odwołany po akcji CBA. Jednak przez przeciek sprawy nie udało się doprowadzić do końca. W związku z tym 13 lipca prokuratura przesłuchiwała także Janusza Kaczmarka. Składał zeznania w charakterze świadka i, jak wtedy zapewniano, było to tylko formalne przesłuchanie.

Janusz Kaczmarek został powołany na szefa MSWiA w lutym tego roku. Władysław Stasiak był szefem BBN od sierpnia 2006. Jak dowiedział się tygodnik "Wprost", teraz na czele biura stanie generał Roman Polko, były dowódca jednostki specjalnej GROM, dotychczasowy zastępca Stasiaka.

Joanna Skrzypczak, IAR

 

niedziela, 05 sierpnia 2007
PKW zakwestionowała sprawozdania finansowe PiS i SLD
mig, kt, PAP
2007-08-02, ostatnia aktualizacja 2007-08-03 09:46

PKW zakwestionowała sprawozdania finansowe PiS i SLD - dowiedziała się stacja TVN24.

var rTeraz = new Date(1186298928021); function klodka (ddo) { if (rTeraz.getTime()>=ddo.getTime()) document.write('<'+'img src="/i/szukaj/k2b.gif" width=20 height=18 border=0 align="absmiddle"'+'>'); }

Odrzucenie sprawozdania przez Państwową Komisje Wyborczą oznacza groźbę utraty subwencji na trzy lata przez obie partie.

- Do złożenia sprawozdań o źródłach pozyskania środków finansowych zobowiązane były 82 partie, które figurowały w ewidencji partii politycznych prowadzonej przez Sąd Okręgowy w Warszawie w grudniu 2006 roku - powiedział dyrektor zespołu Kontroli Finansowania Partii Politycznych i Kampanii Wyborczych Państwowej Komisji Wyborczej Krzysztof Lorentz.

- 70 z nich złożyło sprawozdania w terminie, jedna - po terminie, a 11 partii nie złożyło sprawozdania w ogóle. Wszystkie partie sejmowe złożyły sprawozdania w terminie.

W sprawozdaniach finansowych partii podawane są informacje o tym, skąd i ile pieniędzy uzyskały w danym roku. Zawiera też dane o wpływach na fundusz wyborczy i wydatkach tego funduszu. Do sprawozdania dołączana jest też informacja o wykorzystaniu subwencji budżetowej - dotyczy to tych ugrupowań, które ją otrzymały.

PKW może przyjąć sprawozdanie, przyjąć je ze wskazaniem na uchybienia lub odrzucić. Odrzucenie sprawozdania skutkuje utratą prawa do subwencji z budżetu na 3 lata. Dodatkowo część środków, które zostały przekazane partii z naruszeniem przepisów przepada na rzecz Skarbu Państwa.

Kiedy PKW odrzuca sprawozdanie?

- Ustawa o partiach politycznych dokładnie precyzuje, kiedy musi nastąpić odrzucenie sprawozdania. I tak, następuje ono w przypadku: prowadzenia przez partię polityczną działalności gospodarczej oraz pozyskiwania środków finansowych ze zbiórek publicznych, gromadzenia środków finansowych poza rachunkiem bankowym. Przepisy pozwalają bowiem wyłącznie na pozostawienie poza rachunkiem bankowym pewnych kwot ze składek członkowskich, o ile zostaną one przeznaczone na sfinansowanie działalności terenowych organów partii - wyjaśnił dyrektor Lorentz.

Ponadto PKW odrzuca sprawozdanie, jeśli stwierdzone zostanie przyjmowanie środków finansowych ze źródeł niedozwolonych (w tym od cudzoziemców lub osób prawnych). Niedozwolone jest też finansowanie kampanii wyborczej z pominięciem Funduszu Wyborczego oraz gromadzenie środków Funduszu poza specjalnie do tego przeznaczonym rachunkiem bankowym.

Dokumenty złożone przez partie i komitety wyborcze są sprawdzane przede wszystkim pod kątem ich zgodności z ustawą o partiach politycznych i z przepisami antykorupcyjnymi.

Lorentz podkreślił, że PKW bada finanse partii w takim zakresie, do jakiego uprawnia ją ustawa. Bada zatem całość przychodów partii, ale nie całość wydatków - zajmuje się wydatkami z Funduszu Wyborczego oraz sposobem wydatkowania subwencji.

Jeśli PKW odrzuci sprawozdanie, a Sąd Najwyższy nie przychyli się do skargi na to postanowienie Komisji, partia traci prawo do subwencji w następnych trzech latach, w których uprawniona jest do jej otrzymywania.

Napieralski: Zbieramy informacje w sprawie decyzji PKW

Sekretarz generalny SLD Grzegorz Napieralski powiedział w piątek PAP, że Sojusz zbiera informacje na temat decyzji Państwowej Komisji Wyborczej, która odrzuciła sprawozdanie tej partii dotyczące źródeł pozyskania środków finansowych w 2006 roku.

- Decyzja PKW jeszcze do nas nie trafiła. Kontaktuję się z naszym skarbnikiem - powiedział Napieralski. Sprawozdanie SLD zostało odrzucone z powodu gromadzenia przez partię środków finansowych poza rachunkiem bankowym. Partia ma teraz 7 dni na złożenie skargi na decyzję PKW do Sądu Najwyższego. Jeśli sąd odrzuci skargę, SLD straci prawo do otrzymania subwencji przez kolejne trzy lata.

Brudziński: Nie rozumiem decyzji PKW

Nasze finanse są jasne. Odwołamy się od orzeczenia PKW - powiedział w TVN24 Joachim Brudziński z PiS. Jego partii grozi utrata subwencji przez trzy lata a to aż 65 milionów złotych.

Sekretarz generalny PiS jest zdumiony tą decyzją. - W poprzednich latach rozliczaliśmy się podobnie i nikt nic nam nie zarzucał - powiedział poseł. Jego zdaniem, "niejasności" wynikają z tego, że członkowie oraz sympatycy PiS nie są zorientowani i omyłkowo wpłacają pieniądze z kont firmowych, służbowych, a nie z własnych.- Z tego typu sytuacją partia masowa ma do czynienia bardzo często. Nasi eksperci wykonali wręcz tytaniczną pracę, żeby to wszystko wyczyścić i uporządkować - tłumaczy poseł Brudziński.

 

PiS i SLD odwołają się od orzeczenia PKW ws. finansów

az, mar, PAP, IAR
2007-08-03, ostatnia aktualizacja 2007-08-03 14:08

PiS i SLD odwołają się do Sądu Najwyższego od orzeczenia Państwowej Komisji Wyborczej, kwestionującej oświadczenia finansowe partii - zapowiedzieli szef gabinetu politycznego premiera, Adam Lipiński i sekretarz generalny PiS Joachim Brudziński oraz poseł Ryszard Kalisz z SLD. Jeśli SN odrzuci skargę, PiS i SLD stracą prawo do otrzymania subwencji przez kolejne trzy lata.

 

PKW odrzuciła sprawozdanie PiS, bo wpłaty na konto partii dokonywały osoby z zagranicy oraz osoby prawne. Może to oznaczać utratę subwencji budżetowej na następne trzy lata.

Poseł Lipiński powiedział, że jest niemożliwe, by księgowość Prawa i Sprawiedliwości przeoczyła finansowanie partii przez cudzoziemców oraz osoby prawne. Poseł dodał, że taka sytuacja nigdy wcześniej nie miała miejsca, a PiS miało zawsze perfekcyjnie przygotowane sprawozdania finansowe.

PKW: Użyte znaczy przyjęte

Wg PKW, łączna kwota nieprawidłowych wpłat na rachunek Funduszu Wyborczego partii PiS, niezwróconych w 30-dniowym terminie przewidzianym w ustawie o partiach politycznych, to nieco ponad 188 tys. zł. Po upływie 30-dniowego zwrócono z tego 71,4 tys. zł. PKW podkreśla, że z analizy historii rachunku bankowego PiS wynika, że partia skorzystała z niezwróconych pieniędzy. 10 listopada 2006 r. saldo tego rachunku wynosiło 23.990,86 zł, a łączna kwota wpłat nieprawidłowych dokonanych na ten rachunek do tego dnia i niezwróconych w 30-dniowym terminie wynosiła 106.543,95 zł.

- Oznacza to, że środki pozyskane ze źródeł niedozwolonych lub w sposób niezgodny z przepisami ustawy zostały przez partię użyte, co również potwierdza ich przyjęcie - uważa Państwowa Komisja Wyborcza.

Brudziński: Nasze finanse są transparentne

W ocenie Brudzińskiego, PKW nie miała podstaw, by odrzucić sprawozdanie PiS. Polityk podkreślił, że jego partia sama - podobnie jak w poprzednich latach - wskazała w swoim sprawozdaniu pieniądze wpłacane z naruszeniem ustawy o partiach politycznych.

- Nieprawidłowe wpłaty - nie z konta prywatnego tylko firmowego, bądź dokonywane przez cudzoziemca były "wyłapywane" przez naszą księgowość i przekazywane na oddzielne konto - przekonywał Brudziński. Jak mówił, były one potem zwracane wpłacającym lub przekazywane na konto Skarbu Państwa.

- Nasze finanse są transparentne w sposób optymalny - podkreślił Brudziński.

Kalisz: Szanujemy decyzję PKW, ale będziemy dochodzić swych racji

PKW odrzuciła także sprawozdanie SLD. Jak poinformował na konferencji w Sejmie prawnik Sojuszu, poseł Ryszard Kalisz, zastrzeżenia PKW dotyczą130 tysięcy złotych.

110 tysięcy to wpływy z darowizn od osób fizycznych. Jak podkreślił SLD, dokonało zwrotów wszystkich nieprawidłowych wpłat - razem ok. 400 tys. zł. Ponad stu tysięcy nie udało się zwrócić w terminie (30 dni), z powodu m.in. błędów w numerach kont. - Żadna partia polityczna nie ma wpływu na to, że ktoś wpłaca na jej konto - powiedział Kalisz.

PKW zakwestionowała też kwotę 21 tys., jaką Sojusz uzyskał ze sprzedaży dwóch zużytych samochodów. Kalisz powiedział, że w tej kwestii SLD nie zgadza się z wykładnią, jaką PKW zastosowała wobec art. 23a ustawy o partiach i przedstawi swoje racje przed sądem.

- Szanując bardzo uchwałę PKW i dziewięciu sędziów, którzy się w niej znajdują, musimy powiedzieć, że nie zgadzamy się z jej wykładnią - podkreślił poseł SLD.

Obie partie mają 7 dni - od dnia dostarczenia postanowienia - na złożenie skargi na decyzję PKW do Sądu Najwyższego. Postanowienie jeszcze nie zostały dostarczone.
 

 

 

 

 

Premier: Decyzja PKW niewspółmierna do przewinienia

kt, mar, PAP
2007-08-04, ostatnia aktualizacja 2007-08-04 15:03

- Decyzja PKW o odrzuceniu sprawozdania finansowego PiS za 2006 rok jest daleko idąca - ocenił premier Jarosław Kaczyński na sobotniej konferencji prasowej w Warszawie. Według premiera, sankcja zastosowana przez PKW jest nieadekwatna do czynu. Sprawozdanie PiS odrzucono z powodu przyjęcia przez partię środków finansowych pochodzących od cudzoziemców oraz od osób prawnych. - Czyn jest drobny i popełniony bez złej woli - uważa szef rządu.

Według premiera, w sprawie sprawozdania PiS można było skorzystać z wytknięcia uchybienia. PKW może przyjąć sprawozdanie, przyjąć je ze wskazaniem na uchybienia lub odrzucić.

- Partia zgodnie z przepisami wyodrębniła wpłaty nieprawidłowe i zwracała je sukcesywnie - zapewnił szef rządu. Jak dodał, środki te były gromadzone na odrębnym koncie bankowym.

- Nie zwrócono jakiejś sumy od darczyńców, co do których nie było ustalone, czy były to wpłaty prawidłowe, czy nieprawidłowe i były prowadzone wyjaśnienia - podkreślił szef rządu.

Premier: To podobne do sprawy samorządowców

Premier przywołał też przykład uznania przez Trybunał Konstytucyjny za niezgodne z konstytucją przepisów, na mocy których mandaty tracili samorządowcy, którzy nie złożyli w terminie oświadczeń majątkowych.

W tej sprawie - mówił premier - Trybunał stwierdził, że sankcja jest nieadekwatna w stosunku do czynu. - Tutaj ta nieadekwatność jest bijąca w oczy. Bo utrata środków na 3 lata to rzeczywiście rzecz poważna, bardzo poważna, mogąca zmieniać sytuację polityczną w Polsce - stwierdził Jarosław Kaczyński.

Oprócz sprawozdania PiS, PKW odrzuciła też sprawozdanie SLD. Obie partie zapowiedziały odwołanie się do Sądu Najwyższego od decyzji PKW. Jeżeli SN odrzuci skargi partie nie otrzymają subwencji z budżetu przez kolejne trzy lata.

Polacy nie wracają z USA w terminie i wszyscy za to płacimy
ulast, PAP
2007-08-04, ostatnia aktualizacja 2007-08-04 19:03

Polacy ciągle w większej liczbie niż dopuszczana nie wracają w terminie z USA i wszyscy za to płacimy - tak premier Jarosław Kaczyński skomentował w fakt, że podpisana przez prezydenta George'a W. Busha nowa ustawa nie znosi wiz do Stanów Zjednoczonych dla Polaków.

Amerykański prezydent podpisał w piątek ustawę Kongresu o nowych środkach bezpieczeństwa przeciw terroryzmowi, której częścią jest zniesienie w praktyce wiz wjazdowych do USA dla obywateli niektórych krajów - jednak nie dla Polaków.

Ustawa, uchwalona w zeszłym tygodniu przez obie izby Kongresu, przewiduje bowiem, że bez wiz będą mogli przyjeżdżać do USA obywatele krajów, w których konsulaty amerykańskie odmawiają dotąd wiz nie więcej niż 10 procentom ubiegających się o nie osób. W Polsce odsetek odmów wynosi 26 procent.

"Od kilku lat nie stawiamy tej sprawy (zniesienia wiz) tak jak przedtem, bo w Stanach Zjednoczonych są przepisy jednoznaczne pod tym względem" - mówił szef rządu na sobotniej konferencji prasowej.

Zwrócił uwagę, że jeżeli jakiś kraj "znajduje się w sytuacji, w której jego obywatele przedłużają swój pobyt w USA ponad termin wyznaczony w wizie i tych obywateli jest przeszło 3 proc. to nie można tego zmienić".

"U nas jest tak, że Polacy ciągle w większej liczbie niż te 3-5 pięć procent nie wracają w terminie i wszyscy za to płacimy" - stwierdził J. Kaczyński.

Z rozszerzenia amerykańskiego programu ruchu bezwizowego skorzystają niektóre kraje Europy Środkowej i Wschodniej, takie jak Czechy i Estonia, gdzie odsetek odmów jest mniejszy niż 10 procent.

Rzecznik MSZ: Droga Polski do programu bezwizowego w USA jest nadal otwarta

Rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Robert Szaniawski powiedział w sobotę, że droga Polski do programu bezwizowego w USA jest nadal otwarta. Zapewnił, że polskie MSZ będzie zabiegać o to, by w przypadku Polaków Amerykanie stosowali jasne kryteria przyznawania bądź odrzucania wniosków wizowych.

Według Szaniawskiego do funkcjonowania ustawy, którą podpisał George Bush, będzie można wnosić poprawki.

"Będziemy w dalszym ciągu rozmawiali ze Stanami Zjednoczonymi o rozwiązaniach umożliwiających zniesienie wiz dla Polaków" - zapewnił.

Szaniawski podkreślił, że polskie MSZ pamięta o ubiegłorocznych deklaracjach prezydenta Busha w sprawie wiz do USA. W listopadzie w stolicy Estonii, Tallinie, Bush zapowiadał, że będzie zabiegał o złagodzenie restrykcji wizowych dla obywateli krajów Europy Środkowej i Wschodniej, podróżujących do USA.
wtorek, 05 grudnia 2006
Z Poloneza wydobyto ciała dwojga zaginionych policjantów
us, wys, PAP
2006-12-05, ostatnia aktualizacja 2006-12-05 18:42

W samochodzie, wydobytym z rozlewiska rzeki Kostrzyń przy drodze między Mińskiem Mazowieckim a Siedlcami, znaleziono ciała dwojga zaginionych policjantów z warszawskiego komisariatu kolejowego. Prawdopodobnie zginęli w wypadku drogowym, po tym jak samochód, którym jechali, dachował i wpadł do wody.

Zobacz powiekszenie
Fot. Jerzy Gumowski / AG
Wyławianie samochodu z rozlewiska

Wiele wskazuje na to, że doszło do wypadku. Nie wiadomo, czy uczestniczył w nim jeden samochód, czy doszło do kolizji, a kierowca drugiego pojazdu jej nie zgłosił" - powiedział na miejscu dziennikarzom Paweł Biedziak z Komendy Głównej Policji. "Potrzebny jest czas na pracę ekspertów kryminalistyki" - dodał.

Na miejsce zdarzenia przyjechały karawany, którymi zwłoki funkcjonariuszy mają zostać przewiezione do Warszawy. Wydobyty w rozlewiska samochód będzie teraz poddawany oględzinom, na miejscu, przez ok. dwie godziny. Potem zostanie przetransportowany do Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego.

Rodzinami policjantów - sierż. Tomasza Twardo i st. post. Justyny Zawadki - opiekują się psycholodzy.

We wtorek rano policjanci z Mińska Maz. dostali sygnał od mężczyzny, który przejeżdżał drogą Siedlce-Mińsk i zatrzymał się na chwilę, a następnie zauważył fragment opony, wystający z wypełnionego wodą zagłębienia przy drodze.

- Policjanci, którzy przyjechali na miejsce, znaleźli na brzegu fragment zderzaka. Płetwonurek, który wszedł do wody, nie potrafił jednak początkowo stwierdzić, czy to poszukiwany przez nas polonez. Zamulenie było tak duże, że musiał wyczuwać ręką kształt samochodu - relacjonował dziennikarzom rzecznik komendanta stołecznego policji Mariusz Sokołowski.

Policjanci rozpoznali, że chodzi o zaginiony samochód, dzięki wydobytej tablicy rejestracyjnej. Samochód wydobyto ze zbiornika po wypompowaniu wody, przy pomocy dźwigu.

Po wyciągnięciu samochodu biegły lekarz medycyny sądowej wstępnie wykluczył, by śmierć policjantów była efektem zabójstwa. Zakończyły się też wstępne oględziny samochodu, a eksperci stwierdzili, że na aucie nie ma poważniejszych wgnieceń - pozostałości po zderzeniu z innym autem. "Nie można jednak wykluczyć, że nie doszło np. do otarcia o inny samochód osobowy czy ciężarówkę. To jednak potwierdzą lub wykluczą dalsze specjalistyczne badania" - poinformował dyrektor biura komunikacji społecznej KGP Paweł Biedziak.

Samochód przewieziony zostanie na strzeżony policyjny parking, tam zajmą się nim eksperci z KSP i Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego. Ciała policjantów zostały już przewiezione do zakładu medycyny sądowej.

Poszukiwania policjantów trwały ponad trzy doby. Zaginęli po tym, gdy odwozili do domu w Siedlcach urzędnika z MSWiA na - niezgodne z procedurami - polecenie swojego komendanta. Po raz ostatni ich samochód zarejestrowały kamery monitoringu stacji paliw Statoil w miejscowości Gręzów pod Siedlcami ok. godz. 3 w nocy.
sobota, 02 grudnia 2006
Fotyga zrezygnowała z misji dyplomatycznej w Korei Północnej?
Jacek Pawlicki
2006-12-02, ostatnia aktualizacja 2006-12-02 09:02

Szefowa polskiej dyplomacji Anna Fotyga niespodziewanie wstrzymała serię wyjazdów swych wiceministrów, w tym ważną misję do Korei Północnej - dowiedziała się "Gazeta"

Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Olkuśnik
Anna Fotyga jako osoba wierna prezydentowi Kaczyńskiemu (złośliwi mówią o niej "pani pałacu") czeka we wszystkich sprawach na jego inicjatywę

 

Do Chin i Korei Północnej miał jechać w czwartek wiceminister Witold Waszczykowski. Wizytę przygotowywano co najmniej od dwóch miesięcy. Nieoficjalnie wiadomo, że powodzeniem jego misji byli zainteresowani także Amerykanie. Miała to być bowiem pierwsza i bodaj jedyna wizyta w Phenianie przedstawiciela Zachodu po październikowych testach nuklearnych.

Według źródeł "Gazety" min. Fotyga wstrzymała wyjazd zastępcy na kilka godzin przed odlotem samolotu, nie podając powodów. Polska straciła najpewniej unikalną szansę odegrania ważnej roli w konflikcie, od rozwiązania którego może zależeć bezpieczeństwo świata. - Następna okazja będzie za wiele miesięcy albo nie będzie jej w ogóle, jeśli na Koreę zostaną nałożone sankcje - mówi nam rozmówca z kręgów polskiej dyplomacji.

Sam Waszykowski pytany o wyjazd odmówił komentarza.

Na kilkanaście dni przed szczytem Unii w Brukseli szefowa dyplomacji skasowała też serię dwustronnych konsultacji wiceministra Witolda Sobkowa. Odpowiadający za sprawy europejskie Sobków chciał rozmawiać z partnerami z krajów Unii m.in. o krokach, które miałyby doprowadzić do zniesienia rosyjskiego embarga na polskie mięso. Ponad dwa tygodnie temu Polska spowodowała minikryzys w Unii, blokując rozmowy UE z Rosją w sprawie umowy o współpracy.

Była to forma nacisku na partnerów, by wykazali się większą solidarnością i pomogli Polsce. Kiedy partnerzy zaczęli się rzeczywiście interesować polskim problemem, MSZ położył szlaban na kontakty. Jak się dowiedzieliśmy z niezależnych źródeł, min. Sobków usłyszał od szefowej, że Polska nie będzie podejmowała żadnych kroków w sprawie embarga do czasu, kiedy prezydent z premierem nie przygotują nowej strategii w polityce zagranicznej.

Problem w tym, że dotychczas miejscem, gdzie wypracowywano różne strategie dotyczące polityki zagranicznej, był właśnie MSZ. Tymczasem Fotyga nie tylko zamroziła plany Sobkowa, ale i sama niezbyt angażuje się w zażegnanie kryzysu.

Tuż przed szczytem NATO w Rydze do Polski chciał przyjechać szef niemieckiego MSZ Frank-Walter Steinmeier, by rozmawiać o polskim wecie. Berlin za punkt honoru wziął sobie rozwiązanie tej patowej sytuacji. Jak dowiedziała się "Gazeta", polska minister nie znalazła czasu, by porozmawiać z Niemcem. Ustalono tylko, że spotkają się na zlocie ministrów spraw zagranicznych krajów Unii w Brukseli kilka dni przed grudniowym szczytem. Na wypracowanie ewentualnego kompromisu może więc zabraknąć czasu.

Poproszony o komentarz rzecznik MSZ Andrzej Sadoś powiedział, że sprawy nie zna i musi wszystko sprawdzić.

Wczoraj w Warszawie miało odbyć się spotkanie dyrektorów politycznych MSZ sześciu dużych krajów Unii: Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii, Włoch, Hiszpanii i Polski. Zostało nagle odwołane przez minister Fotygę, gdy niektórzy goście byli już w Warszawie. Odwołanie tak ważnego spotkania w kryzysowym momencie dowodzi braku wyczucia.

O ostatnich posunięciach Fotygi huczy cały MSZ. Odwołanie w ostatniej chwili ważnych wizyt to kolejny dowód paraliżu polskiej dyplomacji. Premier Jarosław Kaczyński chwalił min. Fotygę za rozegranie sprawy weta. Minister długo nie potrafiła sobie poradzić z obsadzeniem ambasadorskich wakatów. Zaczęły się one zapełniać po interwencji prezydenta. Inne przykłady choroby MSZ to nieufność Fatygi, przeciągające się miesiącami procedury i niepewność personelu.

piątek, 01 grudnia 2006
USA zniosą nam wizy za udostępnianie danych osobowych
Marcin Gadziński, Waszyngton
2006-11-30, ostatnia aktualizacja 2006-12-01 08:15

Biały Dom zgodzi się na zniesienie wiz dla obywateli państw Europy Środkowej, jeśli ich rządy w zamian udostępnią Amerykanom dane o swoich obywatelach - dowiedziała się "Gazeta".

Zobacz powiekszenie
Fot. Sławomir Kamiński / AG
Kolejka po wizy pod ambasadą USA w Warszawie.

- Podróżni z takich krajów jak Polska mogliby przyjeżdżać do USA bez wiz może już na następne Boże Narodzenie - powiedział nam James Carafano, ekspert konserwatywnej Heritage Foundation, który od dawna promował pomysł zniesienia wiz dla sojuszników USA w zamian za zwiększenie systemów bezpieczeństwa.

Tyle tylko, że plan, jaki Biały Dom ma przedstawić na początku przyszłego roku w Kongresie, może wywołać kontrowersje w Brukseli, która już wcześniej protestowała przeciw przekazywaniu amerykańskim służbom przez linie lotnicze danych o pasażerach.

W Polsce, by przyjąć plan prowadzący do zniesienia wiz, trzeba by zapewne znacznie zmienić ustawę o ochronie danych osobowych.

Naciskany od lat z jednej strony przez kraje Europy Środkowej o zniesienie wiz, z drugiej strony przez zwolenników zaostrzenia reżimu wizowego, prezydent Bush wybrał rozwiązanie teoretycznie godzące interesy obu stron. To o nim myslał trzy dni temu na szczycie NATO w Rydze, gdy wspomniał, że będzie zabiegał o zniesienie wiz.

Jak dowiedziała się "Gazeta", projekt zakłada utworzenie przez kraje zabiegające o zniesienie wiz do USA komputerowego systemu informacji o osobach posiadających paszporty. Automatyczny dostęp do niego miałyby amerykańskie służby bezpieczeństwa. Dzięki temu Amerykanie mogliby sprawdzać tożsamość osób, które kupiły bilety na samolot za ocean.

Amerykanie już w tej chwili 15 minut przed odlotem samolotu otrzymują od linii lotniczych dane o pasażerach, ich adresie, numerze paszportu i numerach kart kredytowych. Potężne komputery amerykańskich służb zestawiają te informacje z bazami danych osób podejrzanych o związki z terrorystami (podobno w bazach tych jest 300 tys. nazwisk). Gdy samolot ląduje w USA, urzędnicy imigracyjni mają już wytypowane podejrzane osoby.

- Wyobrażamy sobie nowy bezpieczny system autoryzacji danych o osobach wybierających się do USA pozwoli nam nam otrzymywanie danych o podróżnych jeszcze zanim wsiądą oni do samolotu - mówi szef Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego Michael Chertoff.

Nowy system wymagałby od naszego rządu, by Amerykanom automatycznie przekazywał on dane o zgubionych czy sfałszowanych paszportach. I wprowadza bezwzględny wymóg posiadania przez podróżnych lecących do USA paszportów biometrycznych z czipami, na których zakodowane sa dane pasażera, spełniających specyficzne amerykanskie standardy.

- To nie jest tak skomplikowane, jak brzmi - uważa James Carafano. - Gdy słyszmy określenie "bazy danych", czujemy jakiś intuicyjny strach, ale nie jest to uzasadnione.

W czwartek plan programu bezwizowego Amerykanie przedstawili ambasadorom państw Europy Środkowej. - Teraz piłeczka leży po stronie tych rządów. My wyznaczyliśmy warunki zniesienia wiz - powiedział "Gazecie" amerykański urzędnik zajmujący się sprawami wizowymi.
sobota, 25 listopada 2006
Największe katastrofy górnicze w kopalniach na ziemiach polskich
PAP
2006-11-21, ostatnia aktualizacja 2006-11-23 10:16

Obok tąpnięć wywołanych wstrząsami górotworu oraz wybuchów pyłu węglowego, wybuchy i pożary metanu należą do najczęstszych przyczyn górniczych katastrof. We wtorek doszło do wybuchu tego gazu w kopalni "Halemba" w Rudzie Śląskiej.

Zobacz powiekszenie
Fot. Grzegorz Celejewski / AG
W lutym 2006 r. po wybuchu metanu w kopalni Halemba udało się po pięciu dniach od katastrofy wydobyć zasypanego żywego górnika Zbigniewa Nowaka. Spedził on pod ziemią 111 godzin
 
W tym roku w kopalniach węgla kamiennego zginęło 20 górników. W ciągu minionych 30 lat w polskim górnictwie węgla kamiennego doszło do kilkunastu poważnych katastrof; w każdej z nich zginęło od kilku do ponad 30 osób - w sumie od 1974 r. życie straciło w nich ponad 150 górników.

  • 1880 - w kopalni " Renard" w Sosnowcu zginęło ok. 200 osób.

  • 1896 - w kopalni "Kleofas" w Katowicach gazami trującymi zadusiły się 104 osoby.

  • 31 stycznia 1923 r. podczas robót strzelniczych w kopalni "Rozbark" w Bytomiu zapalił się pył węglowy. W pożarze śmierć poniosło 145 osób, w tym pracownicy młodociani.

  • 31 lipca 1931 - wyrzut dwutlenku węgla w kopalni "Wenceslaus" (Wacław) w Mikołowie spowodował śmierć 151 górników.

  • 1941 - wyrzut dwutlenku węgla w Nowej Rudzie. Zginęło 180 ludzi, w tym dwóch Brytyjczyków - jeńców wojennych z RAF.

  • 28 sierpnia 1958 - pożar w kopalni " Makoszowy", w którego wyniku zginęły 72 osoby.

  • 23 marca 1971 - zawał w kopani zabrzańskiej "Rokitnica", kiedy to zginęło 18 górników, a cudownie ocalał, jako jedyny z 19 uwięzionych, Alojzy Piontek.

  • W 1974 r. w wyniku wybuchu pyłu w kopalni "Silesia" w Czechowicach-Dziedzicach zginęło 34 górników.

  • Również 34 osoby zginęły w 1979 r. w kopalni "Dymitrow" w Bytomiu, kiedy podczas robót strzałowych wybuchł pył węglowy.

  • W 1987 r. wybuch pyłu węglowego zabił 18 górników w kopalni "Mysłowice", dziewiętnasta ofiara zmarła potem w szpitalu.

  • W 1990 r. czterech górników udusiło się po wybuchu metanu w kopalni "Śląsk" w Rudzie Śląskiej. W tym samym roku metan wybuchł w kopalni "Halemba" - zginęło 19 górników, a ok. 20 zostało rannych.

  • W 1991 r. tąpnięcie kosztowało życie pięciu górników z "Halemby".

  • W 1993 r. silny wstrząs zabił sześciu górników w kopalni "Miechowice" w Bytomiu.

  • W 1995 r. pięciu górników zmarło po tąpnięciu w kopalni "Nowy Wirek" w Rudzie Śląskiej.

  • W 1996 r. pięciu górników udusiło się po tąpnięciu i wypływie metanu w kopalni "Zabrze-Bielszowice".

  • W 1998 r. podczas niezgodnej z przepisami penetracji wyrobiska zginęło sześciu ratowników górniczych; czterech, którzy weszli pierwsi, oraz dwóch spieszących im z pomocą.

  • W 2000 r. skały stropowe przysypały trzech górników w zakładzie górniczym "Piekary".

  • W lutym 2002 r. wybuch pyłu węglowego zabił 10 osób, a dwie ranił, w kopalni "Jas-Mos" w Jastrzębiu Zdroju.

  • W czerwcu 2005 r. zginęli dwaj górnicy w rudzkiej kopalni "Pokój". Szef działu wentylacji i jego zastępca niezgodnie z przepisami weszli w odizolowany rejon kopalni i znaleźli się w atmosferze niezdatnej do oddychania.

  • W listopadzie 2005 r. trzej górnicy zginęli w kopalni "Zofiówka" w Jastrzębiu Zdroju. Przyczyną tragedii był rzadko spotykany w kopalniach wyrzut metanu i skał.

  • W lipcu tego roku w kopalni "Pokój" w Rudzie Śląskiej zginęło czterech górników, którzy znaleźli się w strefie podziemnego zawału, wywołanego silnym wstrząsem górotworu i tąpnięciem; szesnastu górników zdołało uciec z tego rejonu.

  • Ratownicy górniczy podkreślają, że dopóki trwa akcja ratunkowa, jest nadzieja, że uwięzieni pod ziemią górnicy żyją, niezależnie od tego, jak trudne warunki panują w wyrobisku. Przykładem jest m.in. Zbigniew Nowak z rudzkiej kopalni "Halemba", który po tąpnięciu w lutym tego roku spędził pod ziemią ponad 111 godzin, czekając na ratunek.
  • Ratownik: Najgorsza była fala uderzeniowa
    Rozmawiał Tomasz Głogowski
    2006-11-24, ostatnia aktualizacja 2006-11-24 11:33

    Siła wybuchu była tak duża, że porwała pięciotonowe transformatory. Temperatura mogła wtedy dojść do 1500 stopni Celsjusza.

    Rozmowa z Zenonem Jeżykiem, ratownikiem z Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego w Bytomiu, uczestnikiem akcji ratunkowej na poziomie 1030

    Uczestniczył Pan w wielu akcjach ratunkowych?

    - Tak. Ale nigdy w takiej. Ta była najbardziej wstrząsająca. Zginęło tak wielu młodych ludzi...

    Górnicy, którzy zginęli, pracowali na popołudniowej zmianie. Co to znaczy?

    - Na dół zjechali o godz. 14, a o 21.30 powinni być już na powierzchni. Pracowali 1030 metrów pod ziemią, na najgłębszym poziomie kopalni. Dla całej sytuacji nie miało to jednak większego znaczenia. Warunki na takiej głębokości są podobne do tych panujących na 600 czy 800 metrach. Na dole jest ciepło, ponad 20 stopni Celsjusza. Górnicy mogą normalnie oddychać, działa wentylacja.

    Gdy dotarli na dół, do ściany mieli jeszcze ok. 300 metrów. Szli pieszo czy jechali podziemną kolejką?

    - Szli pieszo, nie było tam kolejki. Chodnik miał 2,5 metra wysokości. Był oświetlony, bo na dole zamontowane są normalne lampy. Wnętrze zabezpieczają specjalne stalowe konstrukcje. Dzięki temu górnikom nie spadają na głowę skały i kawałki węgla. To właśnie takie obudowy górnicy mieli rozmontować na feralnej ścianie. Od pół roku była już nieczynna, nie prowadzono tam już wydobycia.

    Każdy z górników miał przy sobie tzw. aparat ucieczkowy i nadajnik. Jak wyglądają takie urządzenia?

    - Aparat przypomina harcerski chlebak, który górnik ma przewieszony przez ramię. W środku jest niewielka butla z tlenem i maska do oddychania. Gdy zdarzy się nieszczęście, tlenu może starczyć na godzinę. Nadajnik umieszczony jest w górniczej lampce na hełmie. Przez cały czas wysyła sygnały radiowe, które w przypadku katastrofy można zlokalizować. Ratownicy wiedzą wtedy, gdzie szukać zasypanego górnika.

    W tym rejonie było czwarte, a więc najwyższe zagrożenie metanowe.

    - To oznacza, że metan przez cały czas wydostawał się ze skał do chodnika. W normalnych warunkach jest jednak wentylowany. W chodniku są zainstalowane specjalne wentylatory, które tłoczą go na powierzchnię.

    Działają też specjalne czujniki, które montuje się pod stropem, zawsze jak najwyżej sufitu, bo metan jest lżejszy od powietrza. Przypominają puszki elektryczne i mają zazwyczaj żółty kolor. Górnicy nie zwracają na nie uwagi, bo to codzienny element wyposażenia kopalni.

    Górnicy pracowali pod okiem trzech pracowników dozoru zajmujących się wentylacją. W takim zagrożonym rejonie to normalna procedura.

    Każdy z trzech sztygarów miał jeszcze przy sobie ręczny miernik metanu. Co jakiś czas sprawdzał stężenie gazu. Gdy poziom metanu wzrasta powyżej 2 proc., taki czujnik piszczy. Pracownicy działu wentylacji nie mogą wykonywać żadnej innej pracy, np. fizycznej. Powinni pilnować tylko odczytów.

    Co się dzieje, gdy stężenie metanu przekracza 2 proc.?

    - Czujniki zamontowane pod stropem automatycznie wyłączają prąd w całym rejonie. Górnicy powinni wtedy wycofać się z chodnika. Mają jeszcze spory zakres bezpieczeństwa, bo metan ma właściwości wybuchowe, gdy jego stężenie przekroczy 5 proc.

    Podkreślam jednak, że metan sam nie eksploduje. Zawsze musi być jakaś energia, wystarczy zwykła iskra.

    Nadchodzi dramatyczna chwila. We wtorek o godz. 16.30 metan eksploduje.

    - Epicentrum wybuchu było tuż przy ścianie. 17 górników ginie od razu, ale fala uderzeniowa rozchodzi się po wszystkich chodnikach i zabija pozostałych. Temperatura mogła wtedy dojść do 1500 stopni Celsjusza.

    Siła była tak duża, że porwała pięciotonowe transformatory. Na powierzchni taka fala uderzeniowa rozejdzie się we wszystkich kierunkach, pod ziemią koncentruje się w chodnikach, siejąc ogromne zniszczenie.

    Jak wyglądała akcja ratunkowa?

    - Pierwsi na miejsce dotarli ratownicy z Halemby, którzy byli w pobliżu, ale nie w zagrożonym rejonie. Gdy zorientowali się, że wybuchł metan, musieli się wycofać.

    Kilkanaście minut później do kopalni dotarliśmy my, ratownicy zawodowi. W odległości jakichś 70 metrów od wejścia do chodnika założyliśmy bazę. Tutaj trafiały wszystkie polecenia ze sztabu akcji, który obradował na powierzchni.

    Rozciągnęliśmy węże pomiarowe - specjalne pompki, które pobierają powietrze do analizy z zagrożonego chodnika do bazy. Tam na bieżąco badaliśmy stężenie metanu i innych gazów.

    Na początku metan był w normie, ale wzrósł poziom tlenku węgla do 0,4 proc. Normalna wartość to 0,0026 proc. Potem zaczęło rosnąć też stężenie metanu.

    Zniszczone zostały wentylatory. Do tego przestała też działać pompa wodna i w chodniku pojawiła się woda. To spowodowało, że obieg powietrza był jeszcze gorszy.

    Musieliście czekać?

    - Naprawiliśmy wentylatory i pompę. Stężenie metanu zmalało. Trwało to wiele godzin, bo musieliśmy pracować w maskach tlenowych.

    Potem dość szybko mogliśmy odnaleźć górników, bo chodnik się nie zawalił, nie musieliśmy przedzierać się przez skały.

    Niestety, okazało się, że wszyscy nie żyją. To zawsze są dramatyczne przeżycia dla ratowników.

    Z technicznego punktu widzenia akcja nie była trudna, ale niebezpieczna. Przez długi czas istniało zagrożenie ponownym wybuchem.

    Accidents dog improved Polish mines
    Wednesday, 22 November 2006, 18:24 GMT
       

    By Adam Easton
    BBC News, Warsaw

     

    Safety in Polish coal mines has improved markedly since communist times but accidents still occur regularly.

    When communism collapsed in 1989, around 120 miners were killed in Poland that year. Now around 20 die each year in accidents.



    Heavy industries like coal mining were the pride of the communist regime. Miners are still paid considerably more than doctors and teachers, but back then the pits were extremely dangerous places to work.

    The country's worst post-war accident occurred in 1958 when 72 miners died in a fire at the Makoszowy mine. In two separate incidents in the 1970s, explosions killed 34 miners each at mines in Silesia.

    "In the communist era, accidents were caused because a priority was placed on production rather than safety. Now that's changed, people understand better," professor Kazimierz Lebecki of Poland's Central Mining Institute told the BBC.

    Conditions can be bad but generally I don't believe that coal mines are like a holiday resort anywhere in the world
    Kazimierz Lebecki
    Central Mining Institute
    Mr Lebecki said safety had been improved by the introduction of better technologies, a smaller but better trained workforce and reductions in production.

    Coal production has decreased by about 50% since communist times, but with current production around 100m metric tons a year, Poland is the European Union's biggest producer.

    The last biggest disaster actually happened at the Halemba mine - the scene of the latest accident - in 1990, when 19 miners were killed in a methane gas explosion.

    Safety 'not tight'

    The Halemba mine in Ruda Slaska, near Katowice, the capital of Poland's coalmining industry, has been in operation for nearly 50 years.

    Ventilation conditions are quite poor at the mine and this latest accident occurred at a depth of 1,030m, where methane gas is more highly concentrated.

    In February this year there was another methane gas explosion there. One miner was trapped under rubble for 111 hours. He was eventually pulled out alive.

     

       

    On Tuesday, the miners had gone to retrieve new machinery from the deep mineshaft. The area had been closed in March due to dangerous methane levels. Halemba's management says the work was carried out using specialists in detecting gas. But some trade union leaders believe safety precautions are still not tight enough.

    "For the past six or seven years we've been talking to people in the ministry of labour and they've been telling us that safety conditions in the mines are terrible," Solidarity's Dominik Kolorz told TVN24 news channel.

    "There maybe more tragedies like this. The frequency of accidents has increased a lot," he added.

    It is a claim that is not supported by professor Lebecki.

    "Mining authorities and management look after safety more now. Conditions can be bad but, generally, I don't believe that coal mines are like a holiday resort anywhere in the world. Coal mining is one of the most dangerous professions in the world," he said.

    No survivors in Polish mine blast
    Thursday, 23 November 2006, 08:14 GMT


     
    Women mourners
    Relatives waited outside the mine for news
    Rescuers at a Polish coal mine have found the bodies of 15 miners, ending hopes of finding any survivors from an underground explosion on Tuesday.

    It takes the final death toll to 23, making this the worst mine accident in Poland for many years.

    The accident happened at Halemba mine in Ruda Slaska, about 300km (190 miles) south-west of Warsaw.

    The mine shaft had been closed in March because of high gas levels, but the men were retrieving expensive equipment.

    Rescuers were working in extremely difficult conditions
    Zbigniew Goldstein
    Rescue expert

    Accidents dog Polish mines
    The team of miners, aged between 21 and 59, had been sent to retrieve equipment worth $23m (17.9m euros; £12.1m), the company said.

    It is not clear whether the men died in the initial blast or whether they died afterward, rescue officials said.

    "This brings to an end this very sad day," said a spokesman for the state-run coal company, at the scene.

    Dangerous rescue effort

    President Lech Kaczynski, who visited the site on Wednesday, met grieving family members and pledged a full investigation into the accident.

    Efforts to save the men had been hindered by bad underground conditions.

    Work had to be suspended for several hours on Wednesday amid fears of another explosion after rescuers encountered high concentrations of methane gas. A lack of oxygen and temperatures reaching 40C also hindered the effort.

    Rescue team at work
    Rescue efforts had been hampered by fears of a second blast
    "Rescuers were working in extremely difficult conditions," said Zbigniew Goldstein, a main adviser to a mine rescue centre based in nearby Bytom.

    "We had methane, we had poisonous gases, high temperatures, high humidity, water threats, structural changes after the explosion. Everything that can happen down there."

    Tuesday's blast was probably caused by methane gas, officials said.

    The mine is in Silesia, the heartland of the Polish coal industry.

    Safety conditions in Polish mines have improved since communist times, correspondents say, but unions have often complained of poor investment in the industry. More than 100 miners have died since 2003.

    An explosion at the Halemba pit in 1990 killed 19 miners.

    Jak doszło do tragedii w Halembie
    Piotr Purzyński, Tomasz Głogowski Katowice, ola
    2006-11-23, ostatnia aktualizacja 2006-11-23 00:15

    Już dziś wiadomo, że to jedna z największych katastrof w polskim górnictwie. Doszło do niej w rejonie kopalni, który zamykano, by nikt tam nie zginął. W lutym cudem uratowano tam górnika po prawie pięciu dniach akcji

    Do wybuchu doszło 1030 m pod ziemią, w wyrobisku, w którym występował najwyższy, czwarty stopień zagrożenia metanowego. W tym roku doszło tam do tąpnięcia i zawalenia się chodnika. Po 111 godzinach akcji ratowniczej Polskę obiegła wtedy radosna informacja: ratownicy uratowali górnika z Halemby Zbigniewa Nowaka.

    Dyrekcja kopalni postanowiła zrezygnować po tym zdarzeniu z wydobywania węgla w niebezpiecznym rejonie. W sierpniu ze względu na zagrożenie metanowe i pożarowe wyrobisko zamknięto.

    Kilka dni temu weszła tam prywatna firma wynajęta przez kopalnię. Miała przetransportować w inne rejony kopalni warte 70 mln zł urządzenia. - To było nowe wyposażenie, dlatego chcieliśmy je odzyskać - mówił nam wczoraj Grzegorz Pawłaszek, prezes Kompanii Węglowej, w skład której wchodzi kopalnia Halemba.

    Praca w tak trudnych warunkach wymaga od górników niezwykłej ostrożności, a przede wszystkim kompetencji. - Praca w kopalniach wymaga wysokiej kultury i wielu znakomitych cech - mówi prof. Marek Szczepański, socjolog z Katowic. Górnik musi być odpowiedzialny za siebie i towarzyszy, odważnie rozumny, powinien unikać brawury i ryzyka. Musi też być bardzo dokładny i doświadczony. To nie jest praca dla nieodpowiedzialnych.

    Ponieważ przez lata w kopalniach nie wolno było przyjmować ludzi do pracy, m.in. dlatego prace rozbiórkowe wykonują na ich zlecenie firmy prywatne. Te zatrudniają przede wszystkich byłych górników, często emerytów. Do pracy przyjmują też młode niewykwalifikowane osoby, które dopiero uczą się zawodu. - To często ludzie z ulicy, którzy po jednodniowym szkoleniu pracują za marne grosze - denerwuje się Dominik Kolorz, szef górniczej "Solidarności".

    Kto pracował przy rozbiórce

    W kopalni Halemba rozbiórkami ściany zajęło się Górnicze Przedsiębiorstwo Usługowo-Handlowe "Mard" z Rudy Śląskiej, którego pracownicy są wśród ofiar katastrofy.

    Mard to zatrudniająca 130 osób firma Mariana Długosza, byłego nadsztygara kopalni Pokój w Rudzie Śląskiej. Specjalizuje się w pracach rozbiórkowych w kopalniach, w Halembie zlikwidowała już trzy ściany. We wtorek trwały prace przy rozbiórce czwartej ściany. Na liście osób, których poszukują ratownicy, znaleźli się m.in. młodzi, dwudziestokilkuletni pracownicy z Mardu.

    - Ta sprawa musi być dokładnie zbadana, przede wszystkim jaki był stopień wyszkolenia tych ludzi. Byli tam pracownicy, którzy z pewności mają zbyt małe doświadczenie, by pracować w górnictwie. Poza tym powstaje też pytanie, czy firmy zewnętrzne powinny w ogóle wykonywać usługi dla kopalń - powiedział wczoraj w Rudzie Śląskiej prezydent Lech Kaczyński.

    Prezydent podchwycił w ten sposób opinie górniczych związków, które podniosły alarm, że kopalnie zatrudniają do specjalistycznych prac pod ziemią firmy, których pracownicy nie mają wystarczających kompetencji.

    Marian Długosz, prezes Mardu, zapewniał nas wczoraj, że jego firma stosowała się do wszystkich zasad sztuki górniczej. - Dwudziestokilkuletnich pracowników było tylko kilku. Każdy musi się przecież uczyć. Najmłodsi przechodzili ponad dwudziestodniowe szkolenia pod okiem doświadczonych górników, pod ich nadzorem też pracowali - mówił Długosz.

    Pod bramą kopalni zjawili się wczoraj górnicy z Mardu, którzy mieli zastąpić na wieczornej dniówce zaginionych we wtorek kolegów. - To była nasza czwarta ściana na Halembie. Zawsze był z nami dozór, doglądało nas dwóch sztygarów, nadsztygar i inżynier wentylacji - opowiadali.

    Górników z prywatnej firmy bronił też Marek Majcher, wiceprezes Kompanii Węglowej: - Tylko dwaj najmłodsi mieli 21 lat, reszta była w sile wieku. Firma działa od czterech lat i specjalizuje się w demontażu likwidowanych chodników kopalnianych. Zatrudnia głównie byłych pracowników rudzkich kopalń - mówił.

    Jak doszło do wybuchu

    Trudno na razie mówić, co było bezpośrednią przyczyną katastrofy. Wiadomo, że górnicy pracowali w bardzo trudnym rejonie, gdzie obowiązuje czwarty stopień zagrożenia metanem. Zgodnie z regułami, gdy jego stężenie przekracza 2 proc., należy przerwać pracę. Specjalne czujniki automatycznie odcinają wtedy napięcie w zagrożonym rejonie, skąd natychmiast wyprowadza się ludzi.

    Pojawiły się wczoraj spekulacje, że czujniki mogły być oszukiwane. Metan jest lżejszy od powietrza. W innych kopalniach zdarzało się już, że aby nie przerywać prac, czujniki przewieszano niżej. Wtedy nie rejestrowały groźnego stężenia.

    Takiej praktyki nikt w Halembie jednak nie potwierdza. Wręcz przeciwnie. Górnicy z firmy Mard opowiadali nam wczoraj, że do tej pory czujniki działały bez zarzutu. - Dwa razy, gdy rósł poziom metanu, automatycznie wyłączało się zasilanie, a nas wycofywano z chodnika - mówił nam.

    Specjalna komisja, którą do wyjaśniania okoliczności katastrofy powołał prezes Wyższego Urzędu Górniczego, przejrzała już odczyty czujników z głębokości 1030 metrów. - Oglądałem wydruki. Żaden czujnik nie zarejestrował podwyższonego stężenia metanu - mówi Franciszek Grzegorczyk, szef Okręgowego Urzędu Górniczego w Gliwicach.

    Niewykluczone, że metan gromadził się tzw. zrobach, czyli pustych przestrzeniach w ścianie chodnika. Wtedy nawet czujniki są bezradne. Wiadomo jednak, że coś lub ktoś musiało spowodować iskrę, a w konsekwencji wybuch metanu.

    Pracownicy Mardu przypuszczają, że iskrę mogło wywołać samoistne niewielkie oberwanie się skał, a w konsekwencji wybuch.

    Wszystko to na razie tylko przypuszczenia. Najprawdopodobniej dopiero za kilka miesięcy dowiemy się, co lub kto spowodował zapłon, a w konsekwencji - wybuch metanu w Halembie. Sprawę będą wyjaśniać górnicza komisja, prokuratura i Państwowa Inspekcja Pracy. Prezydent Lech Kaczyński zlecił też specjalną kontrolę NIK.

    Prof. Szczepański: - Myśląc o wtorkowej tragedii, przypominam sobie katastrofę z 1990 r. Na tej samej kopalni, na tej samej głębokości zginęło 19 górników. I zadaję sobie pytanie, które powinni sobie zadać górniczy decydenci: ekonomia czy dobro społeczne. I skłaniam się ku myśli, że być może nad pieniędzmi powinno przeważyć dobro tych ludzi i należy zaproponować im pracę poza tą kopalnią-żywicielką.
    Znaleziono ciała wszystkich 23 górników
    pi, PAP, IAR
    2006-11-22, ostatnia aktualizacja 2006-11-23 20:48

    Wszyscy górnicy z kopalni Halemba, którzy we wtorek znaleźli się w strefie wybuchu metanu, nie żyją. W czwartek nad ranem, po blisko 38 godzinach prowadzonej 1030 metrów pod ziemią akcji, ratownicy dotarli do ciała ostatniej, 23 ofiary.

    Najmłodszy zmarły górnik miał 21 lat, najstarszy 59. Nie mieli szans przeżycia. W chwili wybuchu temperatura w wyrobisku mogła sięgać 1500 stopni, a siła podmuchu była olbrzymia. W Rudzie Śląskiej obowiązuje żałoba. Przed kopalnią nieprzerwanie płoną dziesiątki zniczy.

    To największa katastrofa w polskim górnictwie od 27 lat. W 1979 roku wybuch pyłu węglowego zabił 34 górników w kopalni "Dymitrow" w Bytomiu. Pięć lat wcześniej podobny wybuch spowodował śmierć 34 osób w kopalni "Silesia" w Czechowicach-Dziedzicach. W "Halembie" w 1990 roku metan zabił 19 górników.

    - To dla nas niezwykle smutny dzień. Zamykamy go liczbą ofiar, która od wielu, wielu lat nie miała miejsca w górnictwie. Dlatego po wielu godzinach akcji ratunkowej nikt nie ma poczucia oddechu, a przeciwnie - ogromny ciężar na sercu - powiedział rzecznik Kompanii Węglowej, Zbigniew Madej.

    Zwłoki pierwszych sześciu ofiar ratownicy wydobyli na powierzchnię w nocy z wtorku na środę, kilkanaście godzin po wybuchu. Pod ziemią wciąż pozostawało jeszcze 17 górników. Choć nikt w kopalni nie mówił tego głośno, ich szanse na przeżycie oceniano jako minimalne. Akcję ratowniczą trzeba było przerywać ze względu m.in. na stężenia metanu, zagrażające ratownikom.

    W nocy ze środy na czwartek ratownicy znaleźli najpierw trzy ciała, a około 1,5 godziny później kolejnych 12. Zwłoki poparzonych górników znajdowały się na 300-metrowym odcinku przy ścianie wydobywczej. Nie było tam jednak dwóch górników. Znaleziono ich, w odstępie niespełna godziny, w chodniku przylegającym do spenetrowanej wcześniej ściany.

    Ciała pierwszych odnalezionych w nocy ofiar zostały już przetransportowane na powierzchnię. Pozostałe przenoszone są do podziemnej bazy, zlokalizowanej ok. 1200 m od ściany, gdzie doszło do katastrofy. Tam poddawane są oględzinom lekarskim. Identyfikacja niektórych może być trudna z powodu poparzeń. Po wydostaniu zwłok akcja ratowników zostanie skoncentrowana na zabezpieczeniu rejonu tragedii.

    Z rejonu wypadku w kopalni pozostało do wydobycia jeszcze kilka ciał górników. Akcja potrwa co najmniej kilka godzin. Operacja jest bardzo trudna ze względu na ciężkie warunki panujące pod ziemią. Chodzi między innymi o wysoką temperaturę, spore zapylenie oraz utrzymujące się cały czas zagrożenie metanowe. W wyrobisku 1030 metrów pod ziemią znacznie ograniczona jest także widoczność. Ratownicy zmuszeni są do pracy w aparatach tlenowych.

    Udało się już w stu procentach zidentyfikować ciała dwóch spośród dwudziestu trzech górników. Co do pozostałych ofiar nie ma jeszcze absolutnej pewności. W przypadku wszystkich dwudziestu trzech ciał zostaną przeprowadzone badania kodu DNA. Chodzi o to, by mieć całkowitą pewność. Ekspertyzy laboratoryjne ma w ciągu kilku dni wykonać zakład medycyny sądowej w Bydgoszczy.

    Madej: Akcja była prowadzona w sposób perfekcyjny

    Madej ocenił, że akcja była prowadzona w sposób perfekcyjny, mimo trudnych warunków, zwłaszcza wysokiej temperatury i dużej wilgotności. Zapewnił, że ratownikom penetrującym wyrobiska nic nie zagraża. Podkreślił, że podstawowe parametry, gwarantujące ich bezpieczeństwo, były i są na bieżąco sprawdzane. Chodzi głównie o stężenia gazów i skład atmosfery w chodniku.
    Najcenniejszych agentów wyprowadzono z WSI
    PAP
    2006-11-19, ostatnia aktualizacja 2006-11-19 15:41

    Najcenniejsza agentura była w ostatnich latach wyprowadzana poza Wojskowe Służby Informacyjne - mówią w wywiadzie dla najnowszego tygodnika "Wprost" szefowie komisji likwidacyjnej WSI Sławomir Cenckiewicz i Piotr Woyciechowski.

    Według przewodniczącego komisji Cenckiewicza (historyka IPN z Gdańska - PAP), w WSI istniała "praktyka prowadzenia nierejestrowanych źródeł osobowych; nie ujmowano ich w oficjalnej ewidencji". Jego zdaniem, mogło to służyć omijaniu zakazu werbunku osób pełniących niektóre funkcje publiczne; zakaz ten omijano także wprowadzając te osoby do zasobów kadrowych WSI - tak się miało stać z jednym z adwokatów (którego nie ujawniono - PAP).

    "Natknęliśmy się na dokumenty, które mogą wskazywać na to, że najcenniejsza agentura była przez ostatnie lata wyprowadzana poza WSI i może być teraz kontrolowana w zupełnie innym środowisku" - dodał Woyciechowski (wiceszef komisji, b. szef wydziału studiów MSW, przygotowującego lustrację w 1992 r., gdy szefem resortu był Antoni Macierewicz - PAP). "Oficerowie WSI perfekcyjnie opanowali zasadę wewnętrznej konspiracji" - dodał Cenckiewicz.

    Zdaniem Woyciechowskiego, "nie ma środowiska zawodowego czy politycznego, którym WSI się nie interesowały". Ujawnił, że "wysoko uplasowana agentura była osobiście "zadaniowana" przez szefów WSI, m.in. gen. Konstantego Malejczyka i gen. Marka Dukaczewskiego"; chodzi o "menedżerów dużych i znanych firm". WSI miały też agentów w radach pracowniczych i związkach zawodowych. "Ludzi WSI znaleźliśmy nawet przy ostatnich prywatyzacjach!" - dodał Woyciechowski. Według niego, WSI kontrolowały też "kilka redakcji gazet lokalnych i krajowych, włącznie z "Kurierem Polskim"".

    "Nie znaczy to, że WSI kontrolowały totalnie życie publiczne" - ocenił zarazem Cenckiewicz. Według niego, WSI wybrały raczej wariant "kontroli odcinkowej", tzn. tych sfer życia, które nie były zajęte przez "innych", a które przynosiły "korzyści materialne i polityczne".

    "IPN za Kieresa wykazał w kwestii tych akt kompletną naiwność"

    Woyciechowski ujawnił, że komisja likwidacyjna zawiadomiła już prokuraturę o popełnieniu przez szefów WSI przestępstwa ukrycia i nieprzekazania do IPN dokumentów wojskowych służb specjalnych PRL (tysiąc jednostek archiwalnych). "Na dodatek IPN zrezygnował z przejęcia niektórych akt" - dodał Cenckiewicz. Według niego, IPN za czasów prezesa Leona Kieresa wykazał w kwestii tych akt "kompletną naiwność czy wręcz niekompetencję".

    "Z kolei zbiór zastrzeżony (w IPN - PAP) stał się superskrytką, służącą do ukrywania przestępczej działalności wywiadu wojskowego PRL, w tym zbrodni oddziału "Y"" - dodał Woyciechowski. Dziełem tego oddziału miała być m.in. afera FOZZ. Komisja przygotowała projekt zawiadomienia do prokuratury o oddziale "Y" jako o "związku przestępczym".

    Według Woyciechowskiego, ok. 300 oficerów WSI ukończyło kursy KGB i GRU; do Moskwy miała też trafić kartoteka operacyjna Wojskowej Służby Wewnętrznej (kontrwywiadu wojska w PRL - PAP). "Dlatego kontrwywiad wojskowy nie mógł osiągnąć żadnych sukcesów na "odcinku wschodnim"" - dodał.

    Woyciechowski ujawnił, że komunistyczne służby wojskowe inwigilowały też pisarzy: gdy Roman Brandsttaetter pracował w 1946 r. w ambasadzie w Rzymie wywiad wojskowy "podstawił" mu sekretarkę, która miała wyjść za niego za mąż.

    Cenckiewicz zdradził, że komisji "odmawiano nagminnie dostępu do materiałów", a w Gdyni nie wpuszczono go do kontrwywiadu Marynarki Wojennej. "Dowódca jednostki powiedział mi wprost, że on dokumentów nie pokaże i tyle. Dodał że ma świadomość, iż jako wieloletni oficer WSW pracy w nowych służbach nie dostanie, więc nie ma nic do stracenia" - powiedział Cenckiewicz. "Odjechałem z kwitkiem" - przyznał.
    poniedziałek, 30 października 2006
    Zwolnienia w MSZ:
    Dominika Pszczółkowska
    2006-10-28, ostatnia aktualizacja 2006-10-27 21:01

    Posady straciło kilku doświadczonych dyrektorów departamentów. Zastąpią ich głównie osoby awansowane z niższych stanowisk

    Zobacz powiekszenie
    Fot. Wojciech Olkuśnik / AG
     
    Wszystkie decyzje minister Fotyga (na zdjęciu podczas posiedzenia rządu) podejmuje po konsultacjach z prezydentem
    Według oficjalnych informacji zwolniono kilka osób. Nieoficjalnie mówi się jednak, że zwolnionych może być nawet kilkunastu.

    Urzędników MSZ przeraża nie tylko skala zmian, lecz także styl ich przeprowadzenia. Tomaszowi Lisowi, który został odwołany ze stanowiska dyrektora departamentu konsularnego, minister Anna Fotyga zaproponowała inne stanowisko, aby po kilku godzinach zmienić zdanie.

    Inni urzędnik został powołany na wicedyrektora jednego z departamentów, by o 11 wieczorem dowiedzieć się, że pani minister rozmyśliła się i jednak stanowiska nie dostanie.

    - Widziałem wiele w MSZ, ale tak idiotycznie robionych zmian jeszcze nie. Nawet komuna nie rżnęła tak głupio. Ci dyrektorzy, którzy zostali, są zagubieni, nie wiedzą, z kim pracują i do kiedy - złości się w rozmowie z "Gazetą" jeden z pracowników MSZ.

    Ze stanowiska dyrektora departamentu Ameryki Północnej został zwolniony Henryk Szlajfer, były opozycjonista i uczestnik Marca '68 roku. Miał zostać ambasadorem w USA, lecz w czerwcu 2005 r. w "Wiadomościach" TVP pojawił się zarzut, że współpracował z SB. Szlajfer zaprzeczył i chciał oczyszczenia przed sądem lustracyjnym. Ale sąd odmówił, ponieważ nie pełnił funkcji podlegającej lustracji.

    Wczorajsze odwołanie zastało go na urlopie - obecnie wykłada na uniwersytecie Rochester w USA, właśnie broni habilitacji.

    Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy, minister Anna Fotyga chce mu zaproponować kierowanie archiwum MSZ.

    Zwolniony został Stanisław Stebelski, dyrektor departamentem ONZ, były ambasador w Helsinkach, o którego kompetencjach może świadczyć chociażby to, że w 2000 r. najlepiej i jako jeden z nielicznych zdał egzaminy na urzędnika służby cywilnej.

    Zwolniony został też znakomity arabista Krzysztof Płomiński, dyrektor departamentu Afryki i Bliskiego Wschodu.

    Na szefa departamentu Ameryki Północnej awansowany został jego dotychczasowy wiceszef Andrzej Jaroszyński. Szefem departamentu ONZ został Marcin Nawrot, dotychczasowy wicedyrektor promocji.

    - Wśród nowo mianowanych jest kilka kompetentnych osób. Niepokoi jednak, że większość odwołanych to ludzie o wysokich kompetencjach dyplomatycznych. Jeśli MSZ ma odgrywać aktywniejszą rolę niż dotąd, to spodziewać by się należało, że zostaną wykorzystane kompetencje ludzi - mówi były szef MSZ Bronisław Geremek. - To jest kwestia, w której w normalnej sytuacji bym się nie wypowiadał. Ponieważ leży mi na sercu stan tego resortu, wypada mi jednak naruszyć tę zasadę - dodaje.

    Urzędnicy MSZ mówią o "wycinaniu korporacji", czyli urzędników powołanych za czasów ministrów Skubiszewskiego i Geremka.

    Na razie nie obsadzono departamentów Afryki i Bliskiego Wschodu oraz Konsularnego. Obowiązki w pierwszym powierzono Maciejowi Kozłowskiemu, ekspertowi od Izraela, lecz nie od świata arabskiego, a w drugim Junoszy Kisielewskiemu, dotychczasowemu wicedyrektorowi tego departamentu.

    Jak pisaliśmy już w czwartek, wakaty są też w 17 placówkach dyplomatycznych, gdzie brakuje ambasadorów. - Sytuacja, gdy ważne ambasady pozostają bez kierownictwa, jest niepokojąca - mówi Geremek.

    Pracownicy MSZ spodziewają się dalszych zmian kadrowych.
    Sikorski nie wyklucza pracy Mazura dla wywiadu III RP
    PAP, pi
    2006-10-28, ostatnia aktualizacja 2006-10-28 12:07

    - Wykluczyć (tego, że Edward Mazur był agentem - przyp. red) nie mogę. Życzę ministrowi Ziobro powodzenia w zakończeniu tej skandalicznej sprawy - powiedział minister obrony Radosław Sikorski w poranny wywiadzie w radiu TOK FM.

    Zobacz powiekszenie
    Fot. Reporter
    Edward Mazur
     
    Z informacji "ŻW" wynika, że Mazur został zwerbowany przez wywiad PRL już w latach 70., gdy przebywał na stałe w USA. Przyjechał tam z Ameryki Południowej, gdzie wyemigrował z Polski jako 16-letni chłopak.

    Werbunek został przeprowadzony w Polsce przez wywiad cywilny. Mazur przyjeżdżał bowiem do kraju robić interesy. Jego kontakty handlowe opierały się głównie na znajomościach z urzędnikami resortu handlu zagranicznego.

    Jak ustaliło "ŻW", Mazur współpracował nie tylko z wywiadem cywilnym, ale także z wojskowym. Ślady takiej współpracy znajdują się w niejawnych materiałach dotyczących afery FOZZ. Nieoficjalnie wiadomo, że wynika z nich, iż Mazur obracał pieniędzmi wyprowadzonymi z FOZZ. Chodziło o niebagatelne sumy sięgające kilku milionów dolarów.

    Według informacji ŻW", ostatni dokument dowodzący współpracy Edwarda Mazura z PRL-owskimi tajnymi służbami pochodzi z 1989 r. Ale, jak się dowiedzieliśmy, Mazur po upadku komunizmu nie zerwał współpracy ze służbami specjalnymi. Istnieją dokumenty dowodzące, że był też współpracownikiem Wojskowych Służb Informacyjnych. Działał w wywiadzie gospodarczym. Wiele wskazuje na to, że kontynuował też współpracę z cywilnymi służbami.

    "ŻW" zaznacza, Że dokumenty dotyczące współpracy Edwarda Mazura ze służbami wolnej Polski są ściśle tajne. Ale wiele wskazuje na to, że w Instytucie Pamięci Narodowej nie ma nawet dokumentów dotyczących Mazura, które pochodzą sprzed 1989 r.

    Edward Mazur zawsze kategorycznie zaprzeczał, by kiedykolwiek był związany ze służbami specjalnymi. Przeciwnie - sugerował, że to osoby wywodzące się z tych służb wrobiły go w zabójstwo Marka Papały - podkreśla ""ZW".
    Krzysztof Mroziewicz: Nie byłem agentem
    IAR, PAP
    2006-10-27, ostatnia aktualizacja 2006-10-27 15:00

    Dziennikarz "Polityki" Krzysztof Mroziewicz zaprzecza doniesieniom o jego współpracy z peerelowskim wywiadem wojskowym. -Sugestia, że zgodziłem się na współpracę z wywiadem w zamian za pomoc w karierze, jest oszczerstwem" - podkreślił dziennikarz i zapowiedział kroki prawne przeciwko gazecie "Nasz Dziennik"

    Zobacz powiekszenie
    FOT. Wojciech Matusik / AG
    Krzysztof Mroziewicz

    "Nasz Dziennik" napisał dzisiaj, że raport końcowy z likwidacji WSI w części dotyczącej agentów i współpracowników wojskowego wywiadu precyzuje jednoznacznie: redaktor Krzysztof Mroziewicz od początku lat 80. do końca 1992 roku współpracował najpierw z wywiadem wojskowym PRL, a później z WSI.

    Krzysztof Mroziewicz powiedział Informacyjnej Agencji Radiowej, że nigdy nie był agentem służb specjalnych. Dziennikarz oświadczył, że jest to oszczerstwo. Twierdzi też, że służby nie pomagały mu nigdy w karierze dziennikarskiej. Przyznał, że gdy był na placówkach zagranicznych kontaktował się z ambasadami i rozmawiał z wieloma ludźmi. Powiedział, że mogło tak być, że byli to ludzie z wywiadu, ale mówi, że jeśli nawet tak było, to był nieświadomy wykorzystywania go przez służby specjalne. Oświadczył, że po powrocie zarówno z Kuby, jak i z Panamy nikt z nim nie rozmawiał o jego pobycie w tych krajach. Powiedział też, że nawet po zredagowaniu i nadaniu przez niego podczas jego pracy w Polskiej Agencji Prasowej informacji o zamachu na papieża nikt ze służb z nim o tym nie rozmawiał.

    Mroziewicz przyznał, że domyślał się, że służby mogły gromadzić akta na jego temat, ponieważ dużo podróżował i kontaktował się z polskimi placówkami za granicą. Zapowiedział, że postara się zapoznać z materiałami na jego temat. Nie wykluczył skierowania do sądu sprawy przeciwko "Naszemu Dziennikowi".

    Gazeta powołując się na raport z likwidacji WSI twierdzi, że Mroziewicz w pracy operacyjnej przyjął pseudonim "Sengi". Warunkiem pracy operacyjnej miała być pomoc w karierze dziennikarskiej i wyjazdach na placówki zagraniczne.

    Zdaniem informatora gazety, wojskowy wywiad PRL zainteresował się Mroziewiczem już na początku lat 80., po dwóch podróżach zagranicznych, na Kubę i do Panamy, w których Mroziewicz wykazał się zdolnością wnikliwej obserwacji i analizy. Ostatecznie jednak wywiad wojskowy PRL miał mu zaproponować współpracę po tym, jak w 1981 r. jako pierwszy polski dziennikarz poinformował o zamachu na Jana Pawła II. Mroziewicz miał podlegać bezpośrednio Zarządowi II Sztabu Generalnego LWP, który interesował się zwłaszcza obiektami NATO, ale jego agenci rozmieszczeni poza Polską pomagali SB w rozpracowywaniu osób i środowisk wspierających "Solidarność".

    Gazeta pisze, że wraz z wpisaniem Mroziewicza na listę współpracowników Zarządu II Sztabu Generalnego LWP jego kariera dziennikarska nabrała gwałtownego przyspieszenia. Jako korespondent zagraniczny PAP wyjechał na placówkę do Indii i był lansowany jako ekspert od polityki międzynarodowej i zapraszany do TVP.

    Według "Naszego Dziennika" związki Mroziewicza ze służbami specjalnymi nie kończą się po 1989 roku, bo dziennikarz został agentem WSI. Współpracę z Wojskowymi Służbami Informacyjnymi miał zerwać na przełomie lat 1992/1993. Informator gazety twierdzi, że w jego aktach znalazł się raport jednego z prowadzących go oficerów, który z niekłamanym rozgoryczeniem miał konkludować, że służby tyle pomogły Mroziewiczowi, a "kiedy stał się znany, to się na nich wypiął".
    wtorek, 24 października 2006
    Prezes Stoczni żąda 100 mln zł od "Gazety"
    Mikołaj Chrzan, Marcin Kowalski
    2006-10-23, ostatnia aktualizacja 2006-10-23 08:19

    Państwowa Stocznia Gdańsk żąda od wydawcy "Gazety" 100 milionów złotych za krytyczne artykuły. To największe roszczenie w historii polskich sporów prasowych

    Koreańscy spawacze ze swoim tłumaczem nadzorcą w Stoczni Gdańsk
    - Stocznia stała się dla "Gazety Wyborczej" chłopcem do bicia, firmą, która we wszystkich publikacjach przedstawiana jest negatywnie - mówi Andrzej Jaworski, prezes stoczni i aktywny polityk PiS. - Muszę bronić dobrego imienia mojej firmy.

    Jaworski domaga się pieniędzy za dwa artykuły. W marcu (w tekście „Filia gułagu w kolebce » Solidarności «”) „Gazeta” ujawniła, że okrętowe blachy spawają w stoczni obywatele Korei Północnej. W sierpniu piórem publicysty Witolda Gadomskiego napisaliśmy, że rządzący politycy blokują rozwój stoczni, podczas gdy na świecie jest koniunktura na statki

    ("Stocznie toną w marazmie").

    To nie wszystkie teksty, które mogły zaboleć Jaworskiego. Przez ostatnie pół roku w „Gazecie” pisaliśmy: •  o zatrudnieniu na stanowisku dyrektora generalnego Stoczni Gdańsk Andrzeja Buczkowskiego, który zasiada na ławie oskarżonych za przestępstwa gospodarcze; •  o tym, że Jaworski nie miał wcześniej żadnego doświadczenia w przemyśle stoczniowym (jest etnologiem), a jako prezes zarabia ok. 35 tys. zł brutto miesięcznie (o blisko 10 tys. zł brutto więcej niż jego poprzednik); (o kontrakcie remontowym, który Stocznia Gdańsk podpisała z armatorem naszpikowanego azbestem holenderskiego parowca „Rotterdam”; nawet partyjny kolega Jaworskiego, wojewoda Piotr Ołowski, domagał się wyrzucenia „Rotterdamu”

    z Polski.

    Pisaliśmy także o wiecu, który po ujawnieniu taśmy z rozmów Beger - Lipiński PiS zorganizował na terenie Stoczni. Tam padły pamiętne słowa Jarosława Kaczyńskiego o ZOMO.

    Rozwód, czyli wszystko jak dawniej

    Po naszych publikacjach Jaworski złożył przeciw "Gazecie" doniesienie do warszawskiej prokuratury. Ta odmówiła wszczęcia postępowania. 27 sierpnia zarząd stoczni skierował więc do sądu prywatny akt oskarżenia i zażądał pieniędzy.

    Wytoczenie sprawy Jaworski ogłosił na antenie Radia Maryja.

    36-letni prezes stoczni kandyduje na prezydenta Gdańska z PiS. Stanowisko objął w marcu 2006 r. gdy Stocznia Gdańsk należała do - również państwowej - Stoczni Gdynia. Najważniejszym zadaniem, które przed Jaworskim postawiła partia, było rozdzielenie obu firm. W kampanii wyborczej niezależność od Gdyni osobiście obiecali stoczniowcom bracia Kaczyńscy.

    Jaworski w sierpniu przeprowadził "rozwód". O spełnieniu tej obietnicy premier Kaczyński mówił podczas konferencji z okazji 100 dni rządu.

    W praktyce chwalony rozwód polega na transferze akcji pomiędzy spółkami skarbu państwa. Większościowe udziały w Stoczni Gdańsk przejęły od Stoczni Gdynia dwie inne państwowe firmy: Centrala Zaopatrzenia Hutnictwa i Agencja Rozwoju Przemysłu.

    Horrendalny pozew, czyli prężenie muskułów

    100 mln zł, których od "Gazety" żąda Jaworski, to mniej więcej tyle, ile armatorzy płacą w trójmiejskich stoczniach za budowę 200-metrowego kontenerowca. Roszczenie kilkakrotnie przekracza kwotę, na jaką wyceniły Stocznię Gdańsk firmy zainteresowane jej kupnem. W maju br. Agencja Rozwoju Przemysłu i Energa proponowały 12 mln zł w gotówce i umorzenie ok. 20 mln zł długów, jakie Stocznia Gdynia miała wobec Energi. Oferta SGH (spółka pracownicza w Stoczni Gdańsk) opiewała na blisko 16 mln zł w gotówce.

    Sam Jaworski roszczenie tłumaczy tak: - W momencie publikacji tekstu o Koreańczykach prowadziliśmy zaawansowane negocjacje z Niemcami dotyczące kontraktu o wartości 300 mln zł. Przerażeni negocjatorzy rozmowy zerwali, a zamian w stoczni pojawiła się niespotykana od Sierpnia '80 liczba zagranicznych dziennikarzy.

    - Interes z Niemcami się nie udał? - pytamy.

    - We wrześniu do stołu rozmów szczęśliwie powróciliśmy, ale niesmak i wątpliwości pozostały.

    Prawnicy specjalizujący się w procesach prasowych nie słyszeli o tak gigantycznym żądaniu.

    - W Polsce nikt nie wystąpił do tej pory o zadośćuczynienie wyższe niż kilka milionów, a orzecznictwo wskazuje, że zasądzane kwoty i tak nie przekraczają 100-150 tys. zł - mówi mec. Roman Nowosielski, gdański adwokat specjalizujący się w prawie cywilnym i sprawach prasowych. - Pamiętajmy też, że zadośćuczynienie należy się wyłącznie, gdy powód wykaże, że naruszenie dóbr osobistych nastąpiło z powodu winy umyślnej autorów lub redaktora. Dlatego w tej sprawie nie wróżę zarządowi Stoczni Gdańsk sukcesu.

    - To prężenie muskułów obliczone chyba na zrobienie sensacji, a nie na rzetelne podejście do tematu - dodaje Adam Bodnar z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. - Nawet jeśli założymy, że roszczenia stoczni są słuszne, muszą być one proporcjonalne do poniesionej krzywdy. To jasno wynika z orzeczeń Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.

    - Mikołaj Chrzan, Marcin Kowalski



    KOMENTARZ Piotra Głuchowskiego

    To, co robi Andrzej Jaworski, to próba zakneblowania prasy przez państwo, bo stocznia jest państwowa. Gdyby 100-milionowy pozew nie trafił na wydawcę "Gazety", ale na jakąś mniejszą firmę, prezes mógłby uzyskać, co chce. Szef zawołałby dziennikarzy i zaapelował: - Odpuśćcie! Co mi tam Koreańczycy?! Chcecie, bym poszedł z torbami?!

    Dziennikarze odpuszczają, prezes Jaworski triumfuje akurat w środku tak ważnej dla siebie kampanii wyborczej. Może dzięki kolejnemu (po rozwodzie stoczni) "sukcesowi" wygrywa nawet wybory...

    My nie odpuścimy. Choćby dlatego, że spawacze z Korei nadal są wykorzystywani, oskarżony Andrzej Buczkowski dalej jest dyrektorem, a kontrakt z armatorem "Rotterdamu" przewiduje, że po wyborach samorządowych statek wróci do Gdańska.

    Dziennikarze "Gazety" będą czekali na nabrzeżu, panie prezesie.
    poniedziałek, 23 października 2006
    Są dowody obciążające Mazura we wniosku o jego ekstradycję
    PAP
    2006-10-22, ostatnia aktualizacja 2006-10-22 23:28

    We wniosku o ekstradycję do Polski Edwarda Mazura, podejrzewanego o podżeganie do zabójstwa w 1998 r. byłego komendanta głównego policji generała Marka Papały, przedłożonym przez prokuraturę w Chicago do miejscowego sądu federalnego, przytoczono liczne zeznania świadków obciążające chicagowskiego biznesmena

    Zobacz powiekszenie
    Fot. Reporter
    Edward Mazur

    Są to zeznania kilku gangsterów z Gdańska i z Warszawy, zawarte w polskim wniosku ekstradycyjnym przekazanym władzom USA. Jeden z nich, Artur Zirajewski, pseudonim "Iwan" - jak wynika z wniosku, świadek koronny - powiedział, że na spotkaniu w hotelu Marina w Gdańsku w kwietniu 1998 r. Mazur oferował 40 tysięcy dolarów za zabicie Papały.

    Według Zirajewskiego, na spotkaniu tym, w którym uczestniczył także nieżyjący już szef mafii w Trójmieście, Nikodem Skotarczak ("Nikoś), oraz inny znany gangster Andrzej Zieliński ("Słowik"), mówił głównie Mazur. Powiedział, że jest zainteresowany w zabiciu Papały, który był "wielką przeszkodą do dalszych interesów".

    Pokazywał też wycinki z gazety ze zdjęciem generała i oświadczył, że Papała jest już pod stałą obserwacją w klubie "Lotos" lub "Latis". (Chodziło najprawdopodobniej o szkołę języka angielskiego "Laris", do której b. komendant policji wtedy uczęszczał przed planowanym wyjazdem do USA). Na dowód, że Papała jest pod obserwacją, Mazur albo Zieliński (Zirajewski nie jest pewny) mieli w obecności pozostałych zadzwonić do domniemanego współpracownika, który generała śledził i który potwierdził, że jest on w "Lotosie" (lub "Latisie").

    Mazur miał też zapytać Zirajewskiego czy ma broń i czy wyznaczony - ale nie wymieniony na spotkaniu z nazwiska - płatny zabójca (hitman) jest "dobry". Zirajewski potwierdził. Daty zabójstwa wtedy nie ustalono, ale Mazur sugerował, żeby w celu wykonania zlecenia hitman przyjechał z Gdańska do Warszawy na umówiony sygnał.

    Z rozmowy w hotelu Marina "Zirajewski wywnioskował, że spiskowcy czekali na sygnał od kogoś z MSW, kto był jakoś powiązany z policjantem (Papałą)" - czytamy we wniosku. "Skotarczak dodał, że za planem morderstwa stały inne wysoko postawione osoby. W czasie rozmowy, Mazur, Skotarczak i Słowik (Zieliński) omawiali sprawy przemytu narkotyków" - stwierdza wniosek.

    Po spotkaniu w Gdańsku - zeznał dalej Zirajewski - obaj ze Skotarczakiem udali się do Warszawy, gdzie Skotarczak miał się spotkać z Mazurem w hotelu Marriott. Na parkingu przed hotelem, do którego przybyli, Zirajewski ujrzał Mazura w towarzystwie dwóch mężczyzn. Zirajewski nie brał udziału w spotkaniu, ale zdążył przywitać się z mężczyznami towarzyszącymi Mazurowi, którzy przedstawili się jako Józef i Jacek. Skotarczak opisał ich potem Zirajewskiemu jako wspólników Mazura, którzy mieli (obaj) ten sam przydomek "Susin" lub inny podobnie brzmiący.

    Zirajewski, który 29 kwietnia 1998 został aresztowany, w śledztwie zidentyfikował "Józefa", który towarzyszył Mazurowi w Warszawie, jako - pokazanego mu na zdjęciu - Józefa Sasina, emerytowanego generała SB.

    Jak stwierdza wniosek ekstradycyjny, policja polska ustaliła, że na kilka godzi przed śmiercią 25 czerwca 1998 Papała spotkał się z Mazurem w domu Sasina w Warszawie.

    Papała powiedział wtedy, że jedzie bezpośrednio na dworzec odebrać kogoś z rodziny. Z powodu znacznego spóźnienia pociągu, udał się jednak najpierw do domu. Późnym wieczorem wyszedł z mieszkania z zamiarem wyjechania na dworzec i został zastrzelony na parkingu przed domem.

    Żona generała, Małgorzata Papała, która także była wtedy w pobliżu spacerując z psem, zeznała potem, że widziała uciekającego zabójcę, ale nie dostrzegła jego twarzy. Widziała też idącą parę: kobietę i mężczyznę, którym był - według niej -znany gangster Ryszard Bogucki. Bogucki wymieniany był w zeznaniach Zirajewskiego jako osoba mająca uczestniczyć w spotkaniu w Gdańsku w hotelu Marina, ale nie jest jasne, czy brał on w nim udział.

    Jak wynika z wniosku ekstradycyjnego, prócz Mazura, głównym zleceniodawcą morderstwa był także znany gangster, nieżyjący już Jeremiasz Barański, pseudonim "Baranina". Zirajewski poznał go pod koniec 1997 r. Barańskiego obciążył swymi zeznaniami jako zleceniodawcę jeden z jego podwładnych, Marcin Puczyński, menadżer firmy "Perfect Taxi", której właścicielem był inny gangster Rafał Kaganowski (lub Kanigowski - we wniosku podaje się na przemian oba te nazwiska, choć chodzi o tę samą osobę -przyp. PAP).

    Według Puczyńskiego, widział on, jak Kaganowski spotkał się z Mazurem w hotelu Karat w Warszawie po swoim przyjeździe z Wiednia, gdzie widział się z "Baraniną". Puczyński zeznał też, że Kaganowski kazał się kilkakrotnie wozić samochodem w pobliże domu Papały i obserwować dwa samochody generała typu Espero. Po zabójstwie komendanta policji, polecił mu wyrzucić do Wisły pakunek zawierający - jak to określił - "rzeczy Papały", prawdopodobnie amunicję.

    Mazura obciążył też swymi zeznaniami aresztowany Andrzej Zieliński ("Słowik"), inny uczestnik wspomnianego spotkania w hotelu Marina w Gdańsku w kwietniu 1998 r.

    "Słowik" zeznał, że powiedziano mu, iż Mazur może pomóc w zwolnieniu z więzienia Andrzeja Kolikowskiego ("Pershinga"), szefa mafii pruszkowskiej, i jego najbliższego przyjaciela. Na spotkaniu w hotelu Marina Mazur miał powiedzieć, że może pomóc, ale dał do zrozumienia, że oczekuje czegoś w zamian. Potem zapytał Zielińskiego, czy zna kogoś, kto podejmie się zabójstwa Papały. "Słowik" zeznał, że rozważał przyjęcie ewentualnych pieniędzy i niewywiązanie się z kontraktu. Jak wyjaśnił, za radą swego przyjaciela Zygmunta Rażniaka, uznał zlecenie za zbyt niebezpieczne i wycofał się ze spisku.

    Innym świadkiem obciążającym Mazura jest Sławomir Trella. Widział go - jak twierdzi - ze Skotarczakiem w gdańskim hotelu Marina lub w Marriocie w Warszawie w 1997 r.

    Motywem zabójstwa mogło być zaangażowanie Papały w walce z przemytem narkotyków przez mafię. Może na to wskazywać fakt, że na spotkaniu w Gdańsku Mazur omawiał ze Słowikiem i Skotarczakiem sprawy szmuglu i handlu narkotykami.

    Pierwsze posiedzenie sądu w sprawie ekstradycji Mazura, rozpoczęte w piątek w Chicago, zakończyło się tylko wyznaczeniem następnego terminu rozprawy na najbliższą środę.
    piątek, 20 października 2006
    Sąd aresztował Aleksandrę J.
    PAP, jg
    2006-10-20, ostatnia aktualizacja 2006-10-20 16:09

    Sąd w Opolu, aresztując byłą posłankę SLD Aleksandrę J. na 3 miesiące, podzielił argumenty prokuratury i uznał, że mogłaby ona utrudniać postępowanie przygotowawcze. Drugą przesłanką było zagrożenie przestępstwa, o które jest podejrzana, wysoką karą - od 2 do 12 lat.

    Zobacz powiekszenie
    Fot. Paweł Ulatowski / AG
    Aleksandra J.

    Adwokat b. poseł zapowiada złożenie zażalenia na decyzję sądu. "Uważam, ze obawa o utrudnianie przez panią Jakubowską śledztwa, jest nieuzasadniona" - powiedział dziennikarzom mec. Marek Wojciechowski.

    Aleksandra Jakubowska jest podejrzana o przyjęcie ponad 500 tys. zł łapówek. "Wniosek o areszt uzasadniamy obawą matactwa i wysoką karą grożącą b. poseł" - wyjaśniła rzeczniczka opolskiej prokuratury okręgowej Lidia Sieradzka. Za zarzucane jej czyny Aleksandrze Jakubowskiej grozi od 2 do 12 lat więzienia. B. poseł nie przyznaje się do zarzutów.

    Jakubowska została zatrzymana w czwartek. Postawiono jej trzy zarzuty przyjęcia łapówek - łącznie ponad 500 tys. zł. Sprawa ma związek ze śledztwem dot. nieprawidłowości przy ubezpieczaniu elektrowni Opole. We wtorek w tej samej sprawie na dwa miesiące aresztowany został inny b. poseł SL - Jerzy Sz.
    Niemcy zatrzymali polskich celników
    Adam Zadworny, Szczecin
    2006-10-18, ostatnia aktualizacja 2006-10-19 11:50

    Niemiecki statek wycieczkowy, zamiast poddać się kontroli celnej, uciekł, uprowadzając trzech polskich funkcjonariuszy, których bezprawnie zatrzymano potem w niemieckim Herigsdorf

    Zobacz powiekszenie
    Fot.Artur Kubasik / AG
    Statek Adler-Dania
     
    Jesteśmy na etapie weryfikowania informacji - powiedział nam wczoraj rzecznik MSZ Andrzej Sadoś. Nieoficjalnie wiadomo, że MSZ nie będzie nadawał poważnej rangi incydentowi. Wszystko zakończy się raczej prośbą o wyjaśnienie niż notą dyplomatyczną.

    Niemiecka ucieczka, polskie strzały

    We wtorek po południu niemiecki statek wycieczkowy "Adler Dania" należący do armatora Adler Schieffe zbliżał się do portu w Świnoujściu. Kiedy wpłynął na polskie wody terytorialne, ujawnili się przebywający na jego pokładzie trzej działający po cywilnemu funkcjonariusze urzędu celnego ze Szczecina. Dwa dni wcześniej na tym samym statku zarekwirowali "lewe" papierosy o wartości 120 tys. zł. Tym razem w sklepie i barze zauważyli alkohol bez polskiej akcyzy.

    Towar zamierzali zarekwirować w porcie. Kiedy jednak "Adler" był kilka metrów od nabrzeża, kapitan niespodziewanie zawrócił i skierował statek w stronę Niemiec. Kapitanat Port wydał wtedy przez radio "Adlerowi" zakaz opuszczania Świnoujścia. Ten nie zareagował. Ścigany przez łódź Straży Granicznej nie zatrzymał się mimo wielokrotnych wezwań. Pogranicznicy dwukrotnie ostrzelali nawet "Adlera" pociskami hukowymi. To też nie pomogło.

    Marek, jeden z celników, którzy byli na Adlerze, opowiada: - Pasażerowie byli zaskoczeni, że statek zawraca. Później, kiedy usłyszeli strzały naszej straży, nieźle przestraszeni. Chcieli przecież wysiąść w Świnoujściu, a wylądowali w Herigsdorfie.

    - Kapitan tłumaczył, że mieli na pokładzie chorego - mówi inny przedstawiciel UC. - Uznaliśmy to za wykręt. Wcześniej Niemcy na statku twierdzili, że Polacy nie mają prawa ich kontrolować. To tak, jakby kierowca niemieckiego tira w Polsce nie poddał się naszej kontroli.

    "Adler Dania" wpłynął do Herigsdorfu, gdzie polscy celnicy zostali zatrzymani przez niemiecką policję. Zostali dowiezieni na posterunek w Ahlbecku, gdzie sprawdzano ich legitymacje i upoważnienia. Do toalety musieli chodzić w policyjnej asyście. Tam od policjantki dowiedzieli się, że niemiecki kapitan kłamał - na pokładzie nie było chorego. Trzy godziny po zatrzymaniu, po interwencjach polskich służb celnicy - każdy innym samochodem - zostali podwiezieni do granicy.

    Adler: Kapitanowi puściły nerwy

    We wtorek wieczorem o sprawie wiedzieli szefowie MSWiA, MSZ i Ministerstwa Finansów (podlegają mu celnicy). W Szczecinie postawiono na nogi wydział zarządzania kryzysowego.

    - Działaliśmy zgodnie z prawem - mówi Jacek Kapica, dyrektor szczecińskiej Izby Celnej. - Mamy prawo do kontroli na polskich wodach terytorialnych. Towary akcyzowe, takie jak papierosy czy alkohol, sprzedawane podczas rejsów wycieczkowych na polskich wodach muszą mieć polską akcyzę. Ministerstwo zażąda od niemieckiej policji wyjaśnień w sprawie zatrzymania funkcjonariuszy.

    Szczecińska Izba Celna wszczęła postępowanie karnoskarbowe przeciwko kapitanowi statku i postępowanie podatkowe przeciwko Adler Schieffe. Skierowała też pismo do prokuratury informujące o bezprawnym pozbawieniu wolności polskich funkcjonariuszy.

    - Staramy się wyjaśnić tę sprawę - mówi radca prawny Michał Niedźwiecki reprezentujący w Polsce interesy Adlera. - Wygląda na to, że kapitanowi puściły nerwy, co spowodowało ciąg niefortunnych zdarzeń.

    Statki Adlera pływają na trasie pomiędzy Świnoujściem i Międzyzdrojami a Trzema Cesarskimi Kurortami - Herigsdorf, Ahlbeck, Bansin. Wczoraj "Adler Dania" nie wypłynął na trasę w obawie przed aresztowaniem w Polsce. Ukrył się w Ueckermunde po niemieckiej stronie Zalewu Szczecińskiego
    Zoll: TK może wyrzucić zapis o blokowaniu list
    pi, PAP
    2006-10-20, ostatnia aktualizacja 2006-10-20 15:33

    Zdaniem byłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego prof. Andrzeja Zolla, gdyby 3 listopada Trybunał uznał niekonstytucyjność zapisu nowej ordynacji samorządowej o blokowaniu list wyborczych, to wypadłby on z ordynacji.

    Zobacz powiekszenie
    Fot. Iwona Burdzanowska / AG
    Prof. Andrzej Zoll

     

    Na 3 listopada Trybunał wyznaczył termin rozpatrzenia skargi opozycji na uchwaloną we wrześniu nowelizację ordynacji wyborczej, która jest podstawą wyborów samorządowych zaplanowanych na 12 listopada.

    Jeśli Trybunał uznałby za prawidłowy sam sposób uchwalenia nowelizacji ordynacji, a za nieprawidłową - jej treść, to konieczna byłaby zmiana ordynacji przez ustawodawcę, na co miałby on niewiele czasu - ocenił Zoll. Gdyby zaś sposób uchwalenia ordynacji TK uznał za nieprawidłowy, oznaczałoby to, że nowej ordynacji w ogóle nie ma, a wybory odbędą się według poprzedniej ordynacji - dodał.

    Zoll nie jest zdziwiony szybkim wyznaczeniem terminu rozprawy przed TK - zważywszy wagę tej sprawy. Przypomniał zarazem, że w historii TK zdarzały się jeszcze bardziej pilne terminy: np. w tydzień Trybunał zajął się ordynacją wyborczą do Senatu, po rozwiązaniu parlamentu przez prezydenta Lecha Wałęsę w 1993 r.

    Według opozycji, nowe przepisy łamią zasadę równego traktowania wszystkich głosów i są niezgodne z konstytucyjną zasadą decentralizacji, bo sprzyjają większym komitetom. W myśl przyjętych rozwiązań, m.in. wynik komitetu, który w wyborach nie przekroczy 5 proc. progu wyborczego, będzie wliczany do wyniku bloku, w skład którego ten komitet wchodził. Opozycja uważa też, że koalicja bezprawnie skróciła okres dotyczący wejścia ustawy w życie, który powinien trwać trzy miesiące.

    Rywin może wyjść na wolność, ale najwcześniej za miesiąc
    PAP, jg
    2006-10-20, ostatnia aktualizacja 2006-10-20 16:15

    Sąd Penitencjarny orzekł, że Lew Rywin może warunkowo wyjść na wolność przed upływem dwóch lat zasądzonej mu kary. Sprzeciw zgłoszony przez prokuraturę powoduje jednak, iż Rywin pozostanie w więzieniu aż do czasu rozpatrzenia przez wyższą instancję tego odwołania. Obrońcy skazanego producenta oceniają, że zajmie to miesiąc.

    Zobacz powiekszenie
    Fot. Sławomir Kamiński / AG
    Lew Rywin
     
    Sprawa przedterminowego zwolnienia Rywina z odbywania reszty prawomocnej kary za pomoc w płatnej protekcji wobec Agory toczy się od miesiąca, gdy po odsiedzeniu połowy wyroku, czyli 21 września, nabył on prawo do wyjścia na wolność. Wtedy obrona złożyła wniosek o zwolnienie Rywina.

    Przepisy prawa mówią, że gdy mija połowa odbywanej kary, skazany może być wypuszczony - albo na swój wniosek, albo dyrektora więzienia. Musi się na to zgodzić sąd.

    Wychowawcy za, komisja przeciw

    Według więziennych wychowawców, Rywin ma pozytywną tzw. prognozę kryminologiczną: odbywa karę po raz pierwszy, a odbywając karę otrzymał kilkanaście nagród i wyróżnień.

    Negatywną opinię o skazanym wyraziła jednak komisja penitencjarna przy zakładzie karnym, która uznała, że Rywin jeszcze się nie zresocjalizował. W tej sytuacji swój sprzeciw wobec zwolnienia Rywina zgłosiła prokuratura.

    Sąd rozpatrywał sprawę po raz pierwszy 26 września. Uchylił decyzję komisji penitencjarnej i nakazał jej ponowne zbadanie sprawy. Sąd uwzględnił też skargi adwokatów m.in. na to, że po negatywnej opinii komisji penitencjarnej Rywin nie został pouczony, że może się od niej odwołać. Ponadto, mimo spełnienia wszelkich warunków, od początku odbywania kary nie uzyskał ani jednej przepustki.

    Komisja, badając sprawę Rywina po raz drugi, podtrzymała swą pierwotną, negatywną opinię. Także prokuratura nie zmieniła zdania i w piątek ponownie sprzeciwiła się zwolnieniu producenta filmowego, powtarzając argument o niezakończeniu procesu resocjalizacji skazanego i o "obawie powrotu Rywina na drogę przestępstwa".

    Sąd odczuwał nacisk?

    W piątek sąd postanowił wydać zgodę na przedterminowe warunkowe zwolnienie Rywina z reszty kary. Według adwokatów skazanego, sędzia ogłaszający postanowienie podkreślił, że sądy w stosowaniu prawa są niezawisłe i że to one, a nie politycy, sprawują wymiar sprawiedliwości. "Widać sąd uznał, że musi wypowiedzieć takie słowa, odczuwając naciski na sądownictwo" - powiedział PAP mec. Piotr Rychłowski.

    "Sąd, wydając taką decyzję, powołał się na konstytucyjne prawa obywatelskie przysługujące każdemu człowiekowi" - powiedział mec. Marek Małecki po wyjściu z zakładu karnego, gdzie odbywało się zamknięte dla publiczności posiedzenie Sądu Penitencjarnego.

    "Jesteśmy w połowie drogi" - dodał. Chodzi o to, że sprzeciw złożony przez prokuraturę powoduje konieczność dalszego pozostawania Rywina w więzieniu - do czasu rozpatrzenia spodziewanego odwołania w Sądzie Apelacyjnym w Warszawie. Obrońcy Rywina spodziewają się, że procedura może potrwać jeszcze około miesiąca.

    Przychodzi Rywin do Michnika

    27 grudnia 2002 r. "Gazeta Wyborcza" opisała wydarzenia sprzed pół roku. W artykule "Ustawa za łapówkę, czyli przychodzi Rywin do Michnika", napisano, że Rywin złożył wizytę Wandzie Rapaczyńskiej -

    prezes Agory, wydającej "GW", potem wiceprezesowi spółki Piotrowi Niemczyckiemu, aż wreszcie naczelnemu gazety Adamowi Michnikowi. W rozmowach z nimi miał powoływać się na swe wpływy u premiera Leszka Millera i oferować, że załatwi spółce korzystne dla niej zmiany w ustawie o rtv. W zamian za to miał żądać 17,5 mln dolarów i dyrektorskiego stanowiska w telewizji Polsat, którą Agora miałaby kupić.

    Michnik rozmowę z Rywinem nagrywał na dwóch magnetofonach, a potem doprowadził do konfrontacji Rywina z Millerem. Premier oświadczył, że do niczego Rywina nie upoważniał.

    Po publikacji prokuratura wszczęła śledztwo, przesłuchała świadków z rządu i z gazety, potem oskarżyła Rywina o płatną protekcję.

    W 2004 r. Sąd Apelacyjny w Warszawie skazał Rywina na dwa lata więzienia za pomocnictwo w płatnej protekcji wobec Agory ze strony nieustalonej grupy osób. 3 listopada 2005 r. Rywin trafił do więzienia (gdzie wcześniej, od kwietnia 2005 r. spędził 43 dni).

    W grudniu 2005 r. Rywin zwrócił się do ówczesnego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z prośbą o ułaskawienie, ale sądy zaopiniowały jego prośbę negatywnie. Białostocka prokuratura apelacyjna prowadzi śledztwo dotyczące wątku tzw. grupy trzymającej władzę, która miała wysłać Rywina do Agory z korupcyjną propozycją.
     
    1 , 2