cnn
przegląd artykułów internetowych: ONET.PL GAZETA.PL DZIENNIK.PL
czwartek, 30 sierpnia 2007
Marcinkiewicz: Żyjemy w państwie orwellowskim
Rozmawiała Agnieszka Kublik
2007-08-29, ostatnia aktualizacja 2007-08-28 21:52

Rozmowa z byłem premierem z PiS Kazimierzem Marcinkiewiczem

Zobacz powiekszenie
Fot. Bartosz Bobkowski / AG
Kazimierz Marcinkiewicz
 
Agnieszka Kublik: Czy gdy był pan premierem, dotarła do pana informacja, że mógł być pan podsłuchiwany?

Kazimierz Marcinkiewicz,: Nie odpowiem na to pytanie.

Czy gdy był pan premierem, dotarła do pana informacja, że ABW dostała polecenie, by pana podsłuchiwać?

- Cha, cha, to ja nadzorowałem służby i tylko ja mógłbym ABW wydać takie polecenie. Nie wydałem.

Czy dotarła do pana informacja, że ktoś mógł nielegalnie wydać takie polecenie ABW?

- Nie odpowiem na to pytanie.

Czy to znaczy, że nie może pan zaprzeczyć, że ma pan taką wiedzę?

- Na to pytanie nie będzie innej odpowiedzi.

Ale to pan już kilka miesięcy temu mówił o wszechobecnych podsłuchach.

- Tak, ale chodziło mi o to, że żyjemy w państwie orwellowskim, że wszyscy podsłuchują, nie w Polsce, ale na całym świecie. I myślałem tak już kilka lat temu, zanim zostałem premierem. Orwell, pisząc "Rok 1984", pomylił się o parę lat, bo dopiero teraz mamy orwellowski 1984. Ale ja się do tego przyzwyczaiłem. Zawsze rozmawiałem tak, jakby mnie ktoś podsłuchiwał.

Przywykł pan do myśli, że jako premier demokratycznego państwa mógł być pan podsłuchiwany?

- Nie będzie odpowiedzi na to pytanie.

A zaprzeczenie będzie?

- Nie będzie odpowiedzi na to pytanie.
Mocne spadki spółek Ryszarda Krauzego
ask, maz, kar, PAP
2007-08-30, ostatnia aktualizacja 18 minut temu

Po podaniu wiadomości o możliwym zatrzymaniu Ryszarda Krauzego, spadają ceny akcji związanych z nim spółek. Najwięcej - o ponad 28 proc. spadły notowania Petrolinvestu. Inwestorzy sprzedają także akcje Prokomu i Biotonu. Według TVN24 w najgorszym momencie firmy Krauzego traciły dziś na wartości nawet 800 mln zł.

Zobacz powiekszenie
fot. Bartosz Bobkowski
Ryszard Krauze podczas debiutu swojej spółki na GPW
Akcje firm związanych z biznesmenem Ryszardem Krauze tracą w czwartek na wartości po informacjach mediów o możliwości zatrzymania biznesmena. Około godz. 14.20 na warszawskiej giełdzie Prokom Software tracił 8,67 proc. w stosunku do środowego zamknięcia, a Bioton - 11 proc. Najwięcej straciły akcje spółki Petrolinwest - 28,73 proc.

Właśnie portal "Rzeczpospolitej" podał informacje, że Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego wydała postanowienie o zatrzymaniu szefa Prokomu Ryszarda Krauzego. Z kolei TVN24.pl informuje, że w domu Krauzego trwają już przeszukania. Prokurator krajowy Dariusz Barski początkowo "nie potwierdził, ani nie zaprzeczył" nieoficjalnym informacjom mediów, jakoby prokuratura nakazała zatrzymanie Ryszarda Krauzego. Później jednak potwierdził, że wydano postanowienie o przedstawieniu Krauzemu zarzutów.

Cena za związki z polityką

Rzecznik spółki Prokom Software Marek Zieleniewski odmówił w czwartek komentarza.

- Nie mamy podstaw do potwierdzenia tych informacji. Poza doniesieniami prasowymi, żadne formalne informacje do nas nie dotarły. Nie będą komentował doniesień prasowych - powiedział Zieleniewski.

Komentarzy udzielają za to analitycy finansowi.

Piotr Kuczyński, główny analityk firmy Xelion Doradcy Finansowi powiedział portalowi Gazeta.pl, że inwestorzy zadają sobie pytanie jak to się skończy.

- Nie tylko oni są teraz w niepewności, ale także pracownicy firmy i klienci. Na razie mówi się o zatrzymaniu, ale jeśli finałem będzie aresztowanie, to firmy pozostaną "bez głowy". Zarządy jego firm będą działać, ale przez pewien czas będzie to tylko techniczne zarządzanie - komentuje Piotr Kuczyński z Xeliona.

Zdaniem Kuczyńskiego Krauze płaci teraz pewną cenę za opieranie dużej części swoich interesów na kontraktach z instytucjami państwowymi.

- Nie wierzę w głosy, że to będzie polski Jukos. Z drugiej strony nie wiadomo jakie będą, ewentualne, zarzuty prokuratury. Jeśli okaże się, że są słabe i nie dotyczą jego działalności biznesowej, to być może inwestorzy zaczną je ignorować. Jeśli jednak będą mocne i udokumentowane, to firmy Ryszarda Krauzego na tym ucierpią.

Kursy akcji spółek Krauzego spadają, zgodnie ze starą zasadą: jeśli masz wątpliwości to sprzedawaj. - uważa Kuczyński.

Giełda reaguje na politykę

Z kolei według Tomasza Uścińskiego z X-Trade Brokers dzisiejsze wydarzenia dowodzą, że wbrew ostatnim komentarzom polityka ma jednak wpływ na giełdę. - Od dłuższego czasu wydawało się, że inwestorzy nie reagują na zawirowania na scenie politycznej. Dzisiejsze wydarzenia pokazały, że jest inaczej - mówi Uściński.

Zdaniem Uścińskiego pogłoski o aresztowaniu mogą znacznie zaszkodzić przedsięwzięciom Krauzego.

- Naturalnie od aresztowania do zarzutów droga daleka. Jednak dzisiejsze wydarzenia mogą stawiać pod znakiem zapytania projekty Ryszarda Krauzego takie jak pozyskiwanie ropy za wschodnią granicą - mówi.

Dzisiaj rano doszło do zatrzymania szefa innej dużej firmy PZU - Jaromira Netzla.
ABW przed domem właściciela Prokomu, Ryszarda Krauzego
jg, asz
2007-08-30, ostatnia aktualizacja 55 minut temu
Zobacz powiększenie
Ryszard Krauze
Fot. Bartosz Bobkowski / AG

- Wydano postanowienie o przedstawieniu zarzutów szefowi Prokomu, Ryszardowi Krauze - poinformował prokurator krajowy Dariusz Barski. Wcześniej "Rzeczpospolita" podała, że wydano postanowienie o zatrzymaniu Krauzego. "Wprost" podał natomiast, że trwają przeszukania mieszkań i domów Krauzego.


Tę informację potwierdził reporter TVN 24. - Przed bramą stoją dwa busy z panami, którzy nie pozostawiają wątpliwości: to ABW - relacjonował dziennikarz sprzed domu szefa Prokomu. Ochroniarz nie chciał powiedzieć, czy Krauze jest w środku. Wiadomo, że przebywa obecnie na urlopie. Około godz. 15 busy ABW odjechały.

Dzisiaj rano premier Kaczyński mówił na zjeździe Solidarności o "pewnym potężnym biznesmenie", który stoi za przeciekami w sprawie akcji CBA w Ministerstwie Rolnictwa. Pytany przez dziennikarzy o możliwość zatrzymania Krauzego, premier nie zaprzeczył. - Wszystko w swoim czasie. Ja nie jestem prokuratorem - mówił.

Prokurator "nie potwierdza, nie zaprzecza"

Zdaniem "Wprost", zdążył wyjechać z Polski jakiś czas przed tym, gdy śledczy zdecydowali się na zatrzymanie Janusza Kaczmarka, Konrada Kornatowskiego i Jaromira Netzla.

Według informacji tygodnika, ws. przecieku w aferze gruntowej i związków polityków z Ryszardem Krauze prokuratura może wnosić o uchylenie immunitetów kilku parlamentarzystów. - W grę wchodzą wielomiliardowe interesy i kupowanie ludzi na różnych stanowiskach władzy - mówi informator "Wprost".

Prokurator krajowy Dariusz Barski "nie potwierdza, ani nie zaprzecza" informacjom o nakazie zatrzymania Krauzego. - Na tym etapie nie chcę komentować tych informacji - mówi.

Tajemnicze spotkanie w hotelu Marriott?

Prokuratura ma nagranie z kamery przemysłowej hotelu Marriott, na którym są Kaczmarek, poseł Samoobrony Lech Woszczerowicz i Krauze - podały dwa tygodnie temu "Wiadomości".

Nagranie pochodzi z czwartku 5 lipca. Był to dzień przed akcją CBA w Ministerstwie Rolnictwa. Nagranie ma dowodzić, że to Kaczmarek jest źródłem przecieku o akcji.

- Nie było takiego spotkania pana Krauzego, Kaczmarka i Woszczerowicza ani w Marriotcie, ani nigdzie indziej - mówił wtedy Marek Zieleniewski odpowiedzialny za kontakty Prokomu z mediami.
Co do tej pory ujawnił Janusz Kaczmarek
***
2007-08-30, ostatnia aktualizacja 2007-08-30 11:20

Były szef MSWiA Janusz Kaczmarek część poniższych faktów ujawnił w wywiadach prasowych, część wyciekła z posiedzenia sejmowej komisją ds. służb specjalnych.

Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Olkuśnik / AG
20.08.2007, Warszawa, Janusz Kaczmarek na konferencji prasowej
Narady u premiera

Kaczmarek opowiadał o częstych naradach u premiera Jarosława Kaczyńskiego. Oprócz Kaczmarka bywali tam minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro oraz szefowie ABW i CBA. Nie było na nich koordynatora ds. służb specjalnych Zbigniewa Wassermanna. Premier miał ciągle pytać o układ, "kiedy wreszcie ujawnimy układ", "dlaczego jeszcze nie został rozbity". Przypominał, że układ musi zostać rozbity, bo "jak tego nie zrobimy, przegramy wybory".

Zatrzymanie i aresztowanie b. posłanki SLD Barbary Blidy miało być właśnie pokazową akcją wykrycia układu SLD i mafii węglowej.

? Na tych naradach była też mowa o szukaniu informacji obciążających politycznych przeciwników. Na liderów PO (Donalda Tuska i Mirosława Drzewieckiego) służby miały szukać haków obyczajowych, na Grzegorza Schetynę - gospodarczych.

Kulisy śmierci Barbary Blidy

? Na naradzie u premiera przed akcją u Blidy szef policji Konrad Kornatowski i Kaczmarek mówili premierowi, że nie ma mocnych dowodów przeciwko Blidzie. Ziobro przekonywał, że są.

Szef ABW Roman Święczkowski zapewniał, że sąd zgodzi się aresztować Blidę. Miał stwierdzić: - Nie po to zmienialiśmy obsadę prokuratury i sądu w Katowicach, żeby mieć z tym problem. Chodzi o to, że żona szefa ABW w Katowicach jest przewodniczącą miejscowego sądu okręgowego. Święczkowski miał powiedzieć Kaczmarkowi, że jak Blida "trochę posiedzi, to znajdą się dowody". Chodziło o tzw. areszt wydobywczy - Blida miałaby obciążyć inne osoby z SLD, aby odzyskać wolność.

? Premier podczas jednej z narad miał powiedzieć, że w sprawie Blidy "nie może być fuszerki, bo SLD nas rozjedzie". Po samobójstwie Blidy Ziobro miał powiedzieć: "Trzeba załatwić, żeby nasze media dały z tego dobrą relację".

Prezydent o mentalności Ziobry

? Kaczmarek twierdził, że kilka razy informował prezydenta Lecha Kaczyńskiego o tym, co go niepokoiło w działaniach Ziobry. Mówił, że premier ma pełne zaufanie do ministra sprawiedliwości, ale prezydent już nie. Na jednym ze spotkań z Kaczmarkiem Lech Kaczyński miał powiedzieć: "A czego się można było spodziewać po 35-letnim mężczyźnie o mentalności 25-latka?".

? Podczas innego spotkania prezydent był zirytowany, bo podejrzewał, że służby interesują się jego rodziną - związanym z SLD zięciem i córką, która skarżyła się, że jest śledzona przez ABW. Mówił też, że CBA inwigiluje Lenę Cichocką, minister w Kancelarii Prezydenta. "Ziobro kiedyś wywróci ten rząd" - miał usłyszeć Kaczmarek od prezydenta Kaczyńskiego. [w zeszłym tygodniu Kancelaria Prezydenta zdementowała te informacje w specjalnym komunikacie]

Haki na opozycję i na swoich

? Oprócz wymienionych już polityków PO Kaczmarek opowiadał o szukaniu haków na opozycję. Głównym obiektem był b. prezydent Kwaśniewski. Uruchomiono też służby, które śledziły syna b. prezydenta Lecha Wałęsy Jarosława (posła PO). Kaczmarek twierdzi, że było niepisane zalecenie, by szczególnie przyglądać się również politykom koalicji posłów - LPR i Samoobrony.

? B. szef MSWiA miał też mówić o klimacie panującym w PiS. Ziobro cieszył się doniesieniem byłego posła Samoobrony i detektywa Krzysztofa Rutkowskiego na europosłów PiS Adama Bielana i Michała Kamińskiego (obaj należą do frakcji w PiS przeciwnej Ziobrze). Rutkowski zarzucił im wyłudzanie pieniędzy z Parlamentu Europejskiego. Ziobro chciał, by prokuratura bardzo poważnie potraktowała doniesienie Rutkowskiego.

Ziobro a specsłużby

? Ziobro miał mieć doskonałe kontakty z szefem ABW Bogdanem Święczkowskim i ten przynosił mu tajne materiały operacyjne. Kierujący wcześniej ABW Witold Marczuk - zaufany Lecha Kaczyńskiego i Ludwika Dorna - odmawiał Ziobrze przekazywania nieoficjalną drogą informacji. Według Kaczmarka, wiosną tego roku Ziobro uknuł intrygę, by Dorna i jego ludzi wyrzucić z MSWiA. Ziobro donosił premierowi Kaczyńskiemu na Dorna, oskarżając go, że on i jego ludzie blokują walkę z układem.

? Kaczmarek twierdzi, że Ziobro otoczył się młodymi, niedoświadczonymi prokuratorami, którzy materiałów operacyjnych nie weryfikowali, tylko mechanicznie włączali do akt prokuratorskich. Wymienił jako najbardziej dyspozycyjne wobec Ziobry prokuratury w Katowicach i w Krakowie.

Dobrzy i źli dziennikarze

? Ziobro opracował mechanizm współpracy z wybranymi przez siebie dziennikarzami (kilka osób z mediów ogólnopolskich). Inspirował ich do napisania o konkretnej sprawie, potem organizował konferencje prasową, na której omawiał artykuł i zapowiadał, że prokuratura zajmie się tą sprawą. W ten sposób można było wszczynać nawet wcześniej umorzone śledztwa. Tak było np. ze sprawami prowadzonymi przeciwko b. prezydentowi Kwaśniewskiemu, które wszczynano po publikacjach w "Gazecie Polskiej". Jako najbardziej zaufanych ludzi mediów w kręgu Ziobry Kaczmarek wymienił Anitę Gargas, szefową publicystyki TVP nadzorującą propagandowy program telewizji "Misja specjalna", oraz Tomasza Sakiewicza, naczelnego "Gazety Polskiej".

? Ziobro miał pokazywać znajomym pasek w telewizji z najświeższymi informacjami i mówić: "Zobaczysz - teraz zadzwonię i zaraz na pasku się pojawi moja informacja".

? Jednocześnie Ziobro miał listę dziennikarzy, z którymi zabronił swoim podwładnym kontaktu. Był tam np. Maciej Duda z "Rzeczpospolitej". Natomiast kontakty z prokuratorami Bogdana Wróblewskiego z "Gazety" Ziobro miał kazać sprawdzać. Wiedział też, że do Kaczmarka dzwoni Monika Olejnik, a on z nią rozmawia. Robił o to Kaczmarkowi wymówki.

? Kaczmarek opowiadał, że gdy ukazywał się niekorzystny dla Ziobry materiał w mediach, minister domagał się sprawdzania billingów dziennikarzy. Wykorzystywał też fakt, że dziennikarze telefonowali do osób, które były podsłuchiwane przez CBŚ i ABW, do tego, by podsłuchiwać tych dziennikarzy (Dorn nie odczytał nazwisk inwigilowanych dziennikarzy, które były w stenogramie) .

? Kaczmarek mówił o szukaniu przez Ziobrę haków na Polsat, TVN, Agorę (wydawcę "Gazety").

Po akcji CBA u Leppera

? Ziobro lubił się wśród swoich współpracowników chwalić założonym u Lepppera podsłuchem. Szef Samoobrony miał być podsłuchiwany przez wiele miesięcy jako wicepremier, aż do momentu odwołania go z rządu po akcji CBA w ministerstwie rolnictwa. Według Kaczmarka, szef CBŚ Jarosław Marzec musiał odejść dlatego, że 6 sierpnia bardzo ostro zwrócił Ziobrze uwagę, że to przez jego gadatliwość doszło do przecieku, bo do Leppera dotarła informacja o akcji CBA.

? Kaczmarek - który sam jest podejrzany o przeciek w tej sprawie - twierdzi, że służby przeszukały mieszkania jego asystentów, dom jego dyrektora gabinetu politycznego, a nawet mieszkanie rodziców tego dyrektora. Wcześniej ABW przeszukała mieszkania Kaczmarka, Kornatowskiego i Marca. Kaczmarek twierdzi, że w trakcie przeszukań zniknęły kopie doniesienia o przestępstwie, jakie 7 sierpnia złożył w prokuraturze, wskazując, że to Ziobro mógł być źródłem przecieku w sprawie akcji CBA.

Kaczmarek nie przyznał się do winy i odmówił składania zeznań

Kaczmarek nie przyznał się do winy i odmówił składania zeznań

w, jg, mar, asz, mt
2007-08-30, ostatnia aktualizacja 9 minut temu

Zobacz powiększenie
Kadr z amatorskiego nagrania Sylwestra Latkowskiego - ABW prowadzi Janusza Kaczmarka do samochodu. B. ministra SWiA zatrzymano 30 sierpnia, pod zarzutem utrudniania śledztwa ws. przecieku dot. akcji CBA
Fot. Sylwester Latkowski

- Januszowi Kaczmarkowi postawiono zarzut utrudniania postępowania i składania fałszywych zeznań - poinformował Wojciech Brochwicz, pełnomocnik byłego ministra, po spotkaniu ze swoim klientem. - W mojej ocenie są to śmieszne zarzuty i w żaden sposób nie tłumaczą takiego traktowania, jakie widzimy - dodał Brochwicz.

Zobacz powiekszenie
Po wysłuchaniu zeznań Kaczmarka, posłowie zażądali przesłuchania przed speckomisją Konrada Kornatowskiego i Jarosława Marca

nie przyznał się do stawianych mu zarzutów i odmówił składania zeznań. Pozostaje w dyspozycji prokuratury. Wcześniej Brochwicz skarżył się dziennikarzom, że imo wielu godzin oczekiwania, nie miał możliwości rozmowy ze swoim klientem. - Jest to naruszenie ustawowego prawa do obrony - mówił pełnomocnik Kaczmarka. Dopiero po 15 wpuszczono go na teren prokuratury.

- Art. 245 Kpk mówi o tym, że osoba zatrzymana ma prawo do niezwłocznego kontaktu ze swoim adwokatem. Jeżeli zastanawiacie się państwo teraz co to znaczy niezwłoczność, to spójrzcie na zegarki, odpowiedź przyjdzie sama - mówił zdenerwowany Brochwicz o 14.30. Adwokata wpuszczono do prokuratury dopiero po 15. - Nie wiem, kiedy mogą się skończyć przesłuchania, może nawet dopiero jutro - powiedział Barski.

Dziś o 7.30 ABW zatrzymała Janusza Kaczmarka, byłego szefa MSWiA, b. szefa policji Konrada Kornatowskiego oraz szefa PZU Jaromira Netzela pod zarzutem utrudniania śledztwa ws. przecieku dot. akcji CBA. Do zatrzymania Kaczmarka doszło w domu niezależnego dokumentalisty telewizyjnego Sylwestra Latkowskiego, gdzie b. szef MSWiA spędzał noc.

Kolejny będzie Krauze

Jak podaje "Rzeczpospolita", zatrzymanie Kaczmarka, Kornatowskiego i Netzla planowane było na środę. Jednak ABW odmówiła przeprowadzenia akcji. Stwierdziła, że zatrzymanie musi być przygotowane w najdrobniejszych szczegółach, by nie powtórzyła się sytuacja z Barbarą Blidą, która zastrzeliła się podczas akcji zatrzymania. Bezpośrednim impulsem do zatrzymania miała być opinia biegłego, który potwierdzał, że za sprawą przecieku w aferze gruntowej mógł stać Janusz Kaczmarek.

Prawdopodobnie ABW planuje kolejne zatrzymania. Chodzi najpewniej o Ryszarda Krauzego. Pod jego domem w Gdyni pojawiły się samochody ABW. Barki potwierdził, że prokuratura podjęła decyzję o postawieniu Krauzemu zarzutów.

Co Kaczmarek robił u Latkowskiego

Kaczmarek był gościem Latkowskiego, który robi film o zabójstwie Marka Papały oraz pisze artykuł o inwigilacji mediów. Chciał porozmawiać z byłym szefem MSWiA m.in. o jego relacjach z politykami.

Latkowski nagrał zatrzymanie b. ministra MSWiA telefonem komórkowym. Na zdjęciach widać Kaczmarka w kajdankach wyprowadzanego przez kilku funkcjonariuszy. Latkowski twierdzi, że nie zgodził się na wejście funkcjonariuszy ABW do mieszkania. Relacja Latkowskiego

Jak podaje "Wprost", Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego miała dziś zatrzymać także Jarosława Marca, b. szefa Centralnego Biura Śledczego. Do zatrzymania jednak nie doszło, bo Marzec przebywa za granicą.

Marzec i Kornatowski mieli zeznawać przed speckomisją

Zatrzymanie Kaczmarka i Kornatowskiego oznacza, że b. szef policji nie może jutro złożyć wyjaśnień przed sejmową Komisją ds. Służb Specjalnych. - To zamykanie ust świadkom w przeddzień posiedzenia speckomisji - powiedział Marek Biernacki, członek komisji z ramienia PO. Jutro przed komisją zeznawać mieli Kornatowski i Marzec.

Kaczmarek w ubiegłym tygodniu zeznawał przed speckomisją, mówiąc o nieprawidłowościach w funkcjonowaniu państwa. Na tajnym posiedzeniu Sejmu stenogramy tych zeznań czytał posłom marszałek Dorn. Zeznania wzburzyły opozycję, która domaga się powołania komisji śledczej. B. szef MSWiA jest oficjalnym kandydatem LPR i Samoobrony na premiera.

Kornatowski i Kaczmarek

Kiedy Janusz Kaczmarek został szefem MSWiA, pociągnął za sobą Konrada Kornatowskiego i Jarosława Marca. Pierwszego zrobił komendantem głównym policji, drugiego - szefem Centralnego Biura Śledczego. Kiedy jednak cień padł na Kaczmarka, odejść z nim musieli też jego zaufani ludzie - Kornatowski i Marzec. Znajomość, czy też przyjaźń, Janusza Kaczmarka i Kornatowskiego rozpoczęła się w połowie lat 90., gdy pracowali w Prokuraturze Rejonowej w Gdyni - pierwszy był prokuratorem rejonowym, drugi jego podwładnym.

Kornatowski zabłysnął wtedy śledztwami w sprawie gangów samochodowych i związanej z tym serii zabójstw na zlecenie. Posłał do więzienia wyjątkowo brutalny gang "Wróbla", który na koncie miał m.in. porwania i torturowanie ofiar, oraz gang tzw. kajdankowców, który przykuwał ofiary kajdankami do kaloryferów.

Drugim z ludzi Kaczmarka, który stracił stanowisko, jest Jarosław Marzec, szef Centralnego Biura Śledczego. W odróżnieniu od Kornatowskiego nie podał się do dymisji, odwołano go 9 sierpnia. Kaczmarek i Marzec poznali się w grudniu 2001 r. Marzec został wtedy szefem gdańskiego CBŚ, a Kaczmarek był szefem Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku.


druga reaktywacja
Reaktywacja blogu CNN.blox.pl dokumentującego najciekawsze artykuły z ONET.pl  GAZETA.pl DZIENNIK.pl
środa, 08 sierpnia 2007
Wyprzedza mnie tylko Harry Potter - Coelho

    
  

Wyprzedza mnie tylko Harry Potter
Jestem zadowolony, kiedy mnie krytykują, gorzej byłoby, gdyby mnie nie zauważali.

Krytycy go nie lubią, ale sto milionów książek sprzedanych na całym świecie mówi samo za siebie. Brazylijski pisarz Paulo Coelho zdradza tajemnice swojego sukcesu.

(…) Na sprzedaży swoich książek zarabia tyle, że stać go na prywatny samolot. Jak sam mawia, z tych pieniędzy mógłby żyć przez kilka kolejnych wcieleń. Paulo Coelho ma tak dużo pieniędzy, że może również pozwolić sobie na działalność dobroczynną i przeznaczyć okrągłą sumkę na fundację swojego imienia wspierającą między innymi dzieci z najuboższych dzielnic Rio de Janeiro, miasta, gdzie on sam urodził się 60 lat temu.

W młodości był buntownikiem. Przez pewien czas pracował jako dziennikarz undergroundowego pisma, tworzył teksty do piosenek rockowych, fascynowała go czarna magia i narkotyki. Ostatnio Coelho przyjechał do Madrytu, aby promować firmę Montegrappa, producenta wiecznych piór, który mianował go ambasadorem jednej ze swych luksusowych kolekcji.  

Przyjechał z aparatem cyfrowym w ręku i fotografował wszystko dookoła. – Prowadzę blog, który muszę zasilać – wyjaśnił pośpiesznie. – Można go znaleźć pod adresem paulocoelhoblog.com. Wpisałem tam pewne kluczowe słowa: tortury, małżeństwo, ksenofobia i cierpienie. Zachęciłem moich czytelników, żeby napisali, co o nich myślą.

Paulo Coelho Foto. AFP



Pilar Ortega Bargueno: A mądrość?

Paulo Coelho: Nie ma czegoś takiego jak mądrość absolutna. Dopóki żyjemy, zawsze stają przed nami różne wyzwania, które będą wymagały od nas rozmaitych reakcji. Jeśli ktoś tonie, nie musi znać Sokratesa, ważne, aby umiał pływać. A jeśli chcemy poznać filozofię Zachodu, umiejętność pływania na nic się nam nie przyda – tu trzeba znać Sokratesa. Nie wierzę w wartości absolutne. Kieruję się doświadczeniem, bardziej interesuje mnie mądrość ludowa. Mądrość to suma tego wszystkiego, czego uczymy się dzień po dniu.

Co sprawia, że pańskie książki odnoszą sukcesy na całym świecie?

To, że mówią o rzeczach podstawowych. Jestem przekonany, iż we wszystkich kulturach ludzie zadają sobie te same pytania, choć być może nie udzielają na nie jednakowych odpowiedzi. Wyraził to doskonale Ortega y Gasset: "ja to ja i to, co mnie otacza". Staram się żyć i dzielić poprzez moje książki z innymi tym, co przeżywam: rozmową, kolacją, lekturą...

A jakie książki sam pan czyta?

Teraz czytam książkę o wojnie, o wojnach dawnych i nowych. Bardzo interesują mnie rozgrywające się obecnie konflikty. Nie sądzę, aby w najbliższym czasie udało się je rozwiązać i to mnie przygnębia. Wiemy już, że inwazja na Irak była błędem. Otworzyliśmy drzwi do piekła i teraz nie potrafimy ich zamknąć.

Pacyfiści nie cieszą się dobrą opinią, uważani są za naiwnych.

Być może. Jednak dziś ludzie są bardziej otwarci, odważniejsi, gotowi  ryzykować, aby zrealizować swoje marzenia... A my wciąć nie wiemy, jak się wobec nich zachować. Na takie osoby patrzymy często z pogardą, z ironią. Pisałem o tym w "Czarownicy z Portobello". Czarownicy na ogół nie postrzega się jako kogoś, kto stara się dostrzec więcej niż inni, ludzie nią pogardzają. Toteż kobietę, która próbuje zaproponować coś nowego, określa się mianem czarownicy w negatywnym tego słowa znaczeniu.

Czy uważa się pan za feministę?

Jestem wielkim obrońcą kobiecego świata. Uważam, że nie mamy przed sobą przyszłości, jeśli my, mężczyźni, nie uświadomimy sobie, jak ważny jest kobiecy aspekt natury, na który zwykle nie zwracamy uwagi. Boimy się otworzyć na ten świat i w efekcie zmierzamy do katastrofy. Zapominamy między innymi o współczuciu, które jest cechą kobiecą.

Uważa pan, że dziś boimy się bardziej niż kiedyś?

Myślę, że trzeba iść naprzód, nawet jeśli się boimy. Ja boję się bardzo wielu rzeczy. Boję się przemawiać publicznie, ale nie dopuszczam do tego, żeby ten strach mnie paraliżował. Walczę ze sobą i w końcu wygrywam. Kiedy jestem w Japonii, Los Angeles czy w Meksyku, boję się również trzęsienia ziemi, ciągle o tym myślę. Czuję nieprawdopodobny lęk. 

Dlaczego krytycy literatury pana nie lubią?

Jestem zadowolony, kiedy mnie krytykują, gorzej byłoby, gdyby mnie nie zauważali. Zależy mi na tym, aby ludzie mnie nie ignorowali. Sukces zawdzięczam wyłącznie czytelnikom polecającym sobie nawzajem moje książki. Wydawnictwa i krytycy mogą robić, co im się żywnie podoba, ale tutaj rządzą czytelnicy.

Jak pan sobie wyobraża swoich czytelników?

Czytelnicy to moi towarzysze podróży. W 2006 roku, 20 lat po wydaniu "Pielgrzyma", postanowiłem wyruszyć w trzymiesięczną podróż. Chciałem znów poczuć atmosferę drogi, wyjechać z domu. Wyruszyłem samochodem drogą Świętego Jakuba i jechałem prosto przed siebie. Byłem w Bułgarii i w Maroku, a potem wsiadłem w pociąg kolei transsyberyjskiej do Władywostoku w Rosji. Na każdej stacji, na której zatrzymywał się pociąg, podpisywałem książki oczekującym na peronach ludziom – dowiedzieli się o mojej podróży pocztą pantoflową. To było coś niesamowitego. Zakończyłem moją podróż w lipcu podczas mundialu. Odzyskałem młodzieńcze złudzenia i teraz próbuję utrzymać je przy życiu. Bo życie to poszukiwanie.

Czy dziś pozostało w panu coś z tego zbuntowanego młodzieńca, który eksperymentował z tak niebezpieczną materią, jak satanizm czy narkotyki?

Wszystko ma swój czas. W mojej duszy nadal tkwi bunt, ale dziś myślę, że mój udział w ruchu hipisowskim był przesadą. Uważam, że bunt jest czymś zdrowym. To dzięki niemu świat wciąż się kręci.

Czy wie pan, ile pańskich książek sprzedano?

Sto milionów. Wyprzedza mnie tylko J. K. Rowling ze swym "Harrym Potterem". Sprzedałem więcej książek niż John Grisham i Gabriel García Márquez. Nie lubię jednak takich porównań. Mam ogromny szacunek dla tych wszystkich pisarzy.

Jak wygląda codzienna praca pisarza? Ma pan jakieś nawyki?

Często zmieniam miejsce pobytu. Spędzam kilka miesięcy w Pirenejach, potem wracam do Brazylii nie mając kontaktu z nikim z zewnątrz oprócz mojej żony. Spaceruję, strzelam z łuku i piszę. Piszę szybko, co dwa lata wydaję nową książkę. Inwencja twórcza przejawia się w różnych niespodziewanych momentach. Staram się żyć normalnie i nie myśleć o pisaniu. Niczego nie notuję. Bardzo dużo czytam, prawie nie oglądam telewizji. Nie mógłbym obyć się bez spacerów – kiedy nie chodzę, czuję się fatalnie, jakbym nie żył. 

Jak się panu podoba w Hiszpanii?

Bardzo lubię Hiszpanię. Podoba mi się hiszpański temperament. Przez osiem miesięcy wynajmowałem mieszkanie przy ulicy Santa Engracia w Madrycie, było to w okresie demokratycznych przemian. Cały czas spędzałem na ulicy Huertas. Podoba mi się gorąca natura Hiszpanów. Akcja wielu moich książek rozgrywa się w Hiszpanii: "Alchemik", "Pielgrzym", "Nad brzegiem rzeki Piedry...".

Czy uważa się pan za człowieka religijnego?

Oczywiście. Jestem katolikiem. Biorę udział w katolickich obrzędach, chociaż nie ze wszystkim się zgadzam, ale to mój wybór. Nie podoba mi się na przykład to, że kobiety odgrywają w Kościele katolickim tak znikomą rolę. Wierzę w tradycje, ponieważ w nich zawiera się wielka mądrość. Dlatego należę do zakonu RAM (Rigor, Amor, Misericordia – Surowość, Miłość, Miłosierdzie), który zajmuje się badaniem symboli i nie ma w sobie nic z tajnej organizacji. 

Czy sądzi pan, że istnieje jakieś lekarstwo na fundamentalizm?

Nie rozumiem fundamentalistów. Ludzie walczący w imię Boże nie mogą być w pełni przekonani co do swojej wiary, bo przecież Bóg jest miłością. A jednak obserwujemy ostatnio coraz więcej postaw fundamentalistycznych, czekają nas jeszcze trudne chwile.

A czy nowe technologie sprawiają, że jesteśmy szczęśliwsi czy mniej szczęśliwi?

Jestem zagorzałym obrońcą nowych technologii, ponieważ umożliwiają to, co na świecie najważniejsze, czyli komunikację. Oczywiście tego samego młotka można użyć, żeby wbić gwóźdź i powiesić na ścianie obraz Picassa albo żeby kogoś zabić.

Jaką rolę odgrywa w pańskim życiu polityka?

Polityka interesuje mnie jako sztuka współistnienia. Uważam, że każdy z nas  jest stworzeniem politycznym. Pisanie też jest aktem politycznym. Nigdy natomiast nie interesowało mnie kandydowanie w wyborach.

Kiedy ma pan zamiar wydać swoje wspomnienia?

Muszę kiedyś opowiedzieć swoją historię. Sam nie mogę jej spisać, bo byłbym stronniczy i mówiłbym o sobie tylko dobrze, ale mam biografa, przed którym otworzyłem moje archiwum, moje listy i moje serce.

Czy uważa się pan za szczęśliwego człowieka?

Jestem człowiekiem zadowolonym. Co to jest szczęście? Wyzwania prowadzą do radości, ekstazy, cierpienia. Ja jestem zadowolony z tego, co robię. Jestem człowiekiem, któremu się poszczęściło.

Trzy Polki zginęły w wypadku autokaru we Francji

Trzy Polki zginęły w wypadku autokaru we Francji

mp, kt, PAP, IAR
2007-08-08, ostatnia aktualizacja 2007-08-08 17:17
Zobacz powiększenie
Autokar marki Setra należał do firmy Polonia Transport z Zamościa
Fot. DENIS CHARLET AFP

Trzy, a nie cztery osoby zginęły w wypadku autokaru wiozącego polskich turystów, do którego doszło koło Dunkierki w środę rano. Wcześniej belgijski dziennik Le soir w swoim interentowym wydaniu napisał o czterech ofiarach wypadku. Polskie władze potwierdziły dotychczas śmierć trzech osób. - Cztery osoby są ciężko ranne - powiedział rzecznik MSZ Robert Szaniawski. Radio RMF podało, że kierowca został umieszczony przez francuską policję w areszcie tymczasowym.

Zobacz powiekszenie
Fot. STRINGER/FRANCE Reuters Zobacz powiekszenie
Fot. STRINGER/FRANCE Reuters
W wypadku autokaru koło Dunkierki zgineło 3 polskich turystów
Zobacz powiekszenie


Kierowca autokaru powiedział, że w momencie wypadku nie zdawał sobie sprawy, że zjeżdżał boczną drogą na parking i nie jechał już po autostradzie. Francuscy funkcjonariusze podejrzewają, że przedstawiając taką wersję wydarzeń kierowca próbuje z góry usprawiedliwić fakt, że - być może - jechał po wąskim zjeździe z autostrady z nadmierną prędkością - informuje RMF FM. Policja nieoficjalnie mówi, że kierowca jechał za szybko, nawet 100 kilometrów na godzinę. Autobus, który uległ wypadkowi, należał do firmy Polonia Transport z Zamościa.

- Śledztwo dopiero się rozpoczyna. Kierowca autokaru jest na razie jedyną osobą, którą przesłuchujemy. - powiedziała radiu Claire Munzer z prokuratury w Dunkierce.

Autobus przewrócił się na zakęcie

Attache prasowy ambasady we Francji Ireneusz Bochenek powiedział, że do wypadku doszło ok. godz. 6.30 na autostradzie A16 na północy Francji, w pobliżu Dunkierki.

Autokar, który jechał z Chełma (Lubelskie) do Londynu i dalej do Dublina w Irlandii, przewrócił się na zakręcie, przy zjeździe z autostrady A16 na parking. W miejscu, w którym doszło do tragedii, teren jest równinny, ale padał silny deszcz, co mogło doprowadzić do poślizgu. Na wypadek mogła mieć też wpływ zła widoczność - kierowca pojechał prosto zamiast skręcić na zjeździe. Prawdopodobne jest również, że kierowca jechał zbyt szybko. Według informacji policji, w wypadku nie uczestniczył żaden inny pojazd.

- Przyczyną środowego wypadku był prawdopodobnie padający deszcz oraz nadmierna prędkość, jaką rozwinął kierowca - potwierdził przedstawiciel prefektury w Dunkierce płk Vanber Selaert.

Według informacji podanych przez polską Inspekcję Transportu kierowca jechał z prędkością 88km/h.

Podróżni z Chełma, Radomia, Łodzi, Konina, Piotrkowa Trybunalskiego i Poznania...

- Autokar wyjechał we wtorek rano z Chełma. Po drodze zabierał pasażerów z Radomia, Piotrkowa Trybunalskiego, Łodzi, Konina i Poznania - powiedziała pracownica firmy Polonia Transport Iwona Flis.

Spośród 33 osób, które po wypadku przewieziono do szpitala w Dunkierce, 16 zostało hospitalizowanych, a 12 udzielono pomocy ambulatoryjnej.

Pięć lżej rannych osób w wypadku polskiego autokaru na północy Francji opuściło szpital w Belgii i jest w drodze do Dunkierki.

"Sześć osób jest na tyle ciężko rannych, że pozostają w Belgii" - wyjaśnił Bochenek.

Rzecznik sprostował informacje, jakoby do Dunkierki miało zostać przetransportowanych 11 osób, czyli wszyscy hospitalizowani w Belgii.

Prokuratura bada sprawę

Autokar, który dzisiaj miał wypadek pod Dunkierką we Francji był nowy. Jego ostatnie badania techniczne wykonane przed wyjazdem w trasę nie budzą na razie zastrzeżeń - takie są wstępne wnioski prokuratury. Śledczy kontrolują zamojskie biuro Polonia Transport, którego autobus rozbił się nad ranem.

"Zabezpieczamy dokumenty związane z tym wyjazdem, m.in. listę pasażerów, nazwiska kierowców. Będziemy starali się otrzymać jak najwięcej informacji z miejsca wypadku i w zależności od tego jakie one będą podejmiemy dalsze czynności" - powiedziała PAP szefowa tej prokuratury Dorota Kamińska-Piluś.

Kamińska dodała, że na jutro spodziewana jest kontrola Inspekcji Transportu Drogowego, która również będzie badać przyczyny wypadku.

Jak przypomniała podlaska policja, w czerwcu w Łomży zatrzymany został przez policję inny autokar tej firmy z Zamościa, ponieważ obaj kierowcy - prowadzący pojazd i jego zmiennik - byli pijani. Autokar miał kurs do Londynu.

U 39-letniego kierowcy alkomat wskazał promil alkoholu, u jego zmiennika - blisko 3,5 promila. Pijany kierowca zdołał w tym stanie przejechać ok. 70 km z Białegostoku do Łomży, zanim tam autokar został zatrzymany.

Jak poinformował PAP rzecznik prasowy podlaskiej policji Jacek Dobrzyński, kierowca, który prowadził wtedy autokar, skazany został przez sąd na 8 miesięcy więzienia w zawieszeniu na trzy lata, roczny zakaz prowadzenia pojazdów i 500 zł grzywny. Funkcjonariusze nie wiedzą, czy właściciel firmy wyciągnął wobec obu kierowców jakieś konsekwencje służbowe. Policja wystąpiła natomiast do wojewódzkiego inspektora transportu drogowego o przeprowadzenie w niej kontroli.
Kaczmarek odwołany
Znów polityczne trzęsienie ziemi
2007-08-08 16:49  Aktualizacja: 2007-08-08 18:03

Kaczmarek odwołany, Stasiak nowym szefem MSWiA

Jarosław Kaczyński odwołał ze stanowiska ministra spraw wewnętrznych Janusza Kaczmarka. Kaczmarek jest w kręgu podejrzeń w sprawie przecieku dotyczącego akcji Centralnego Biura Antykorupcyjnego - poinformował premier. Nowym szefem resortu został Władysław Stasiak, do niedawna szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, na czele którego ma teraz stanąć gen. Roman Polko.

"Janusz Kaczmarek drastycznie nadużył mojego zaufania" - powiedział Jarosław Kaczyński tłumacząc, dlaczego zdymisjonował dotychczasowego szefa resortu spraw wewnętrznych. Premier dodał, że przeprowadził "prawie prywatną" rozmowę z Kaczmarkiem na różne tematy i minister nie powiedział mu prawdy na temat kulis akcji CBA. "Pytałem o pewne sprawy, o pewne fakty, które znałem i zostały mi inaczej przedstawione, niż z całą pewnością zostało to ustalone. Chciałem się przekonać czy jest szczery i czy mówi prawdę" - dodał premier.

Kilka dni temu pojawiły się informacje, że CBA wie już, kto uprzedził Andrzeja Leppera o planowanej przeciwko niemu akcji w Ministerstwie Rolnictwa. Nie chodziło jednak - jak sugerowały niektóre media - o Przemysława Gosiewskiego. "Mogę przysiąc, że wicepremier Gosiewski nie miał pojęcia o całej akcji. Z polityków wiedziałem o tym tylko ja, szef CBA i minister sprawiedliwości" - powiedział premier.

Kilkanaście dni temu CBA zatrzymało Piotra R. i Andrzeja K. pod zarzutem korupcji. Obaj obiecywali podstawionym przez biuro biznesmenom, że są w stanie załatwić za łapówkę odrolnienie atrakcyjnych działek na Mazurach.

Agenci CBA podejrzewali, że w korupcyjny proceder może być zaangażowany ówczesny wicepremier i minister rolnictwa Andrzej Lepper, odwołany po akcji CBA. Jednak przez przeciek sprawy nie udało się doprowadzić do końca. W związku z tym 13 lipca prokuratura przesłuchiwała także Janusza Kaczmarka. Składał zeznania w charakterze świadka i, jak wtedy zapewniano, było to tylko formalne przesłuchanie.

Janusz Kaczmarek został powołany na szefa MSWiA w lutym tego roku. Władysław Stasiak był szefem BBN od sierpnia 2006. Jak dowiedział się tygodnik "Wprost", teraz na czele biura stanie generał Roman Polko, były dowódca jednostki specjalnej GROM, dotychczasowy zastępca Stasiaka.

Joanna Skrzypczak, IAR

 

niedziela, 05 sierpnia 2007
Thriller w Rzeszowie, Polki przegrywają
mm
2007-08-04, ostatnia aktualizacja 2007-08-04 22:41
Zobacz powiększenie
Fot. Franciszek Mazur / AG

W drugim meczu Grand Prix siatkarek w Rzeszowie Polska przegrała z Chinami 2:3

var rTeraz = new Date(1186298794778); function klodka (ddo) { if (rTeraz.getTime()>=ddo.getTime()) document.write('<'+'img src="/i/szukaj/k2b.gif" width=20 height=18 border=0 align="absmiddle"'+'>'); }
Polska - Chiny 2:3 (26:28, 26:24, 15:25, 25:23, 12:15)

Podopieczne Marca Bonitty wyszły na parkiet w składzie: Skowrońska-Dolata, Dziękiewicz, Świeniewicz, Liktoras, Rosner, Sadurek, Zenik (libero).

Początek pierwszego seta był bardzo wyrównany. Żadna z drużyn nie była w stanie objąć wyraźnego prowadzenia. Chinki prowadziły 6:8 by po chwili przegrywać 13 do 16. Podopieczne Marco Bonitty nie były jednak w stanie wykorzystać trzypunktowej przewagi i pozwoliły rywalkom na zdobycie 6 kolejnych punktów.

Przy stanie 21:22 Anna Podolec zastąpiła Milenę Sadurek, by wzmocnić siłę bloku. Była to dobra zmiana Bonitty, gdyż Złotka doprowadziły do wyrównania. Niestety końcówka należała do Chinek, które wygrały minimalnie 28:26.

Drugi set rozpoczął się od bardzo dobrej gry Chinek, które szybko wyszły na prowadzenie. Przy pierwszej przerwie technicznej Polki przegrywały czterema punktami. Po wznowieniu gry Chinki roztrwoniły swoją przewagę pozwalając naszym siatkarkom doprowadzić do wyrównania. Niestety Złotka nie potrafiły przejąć inicjatywy i objąć prowadzenia, co wykorzystały nasze rywalki znów obejmując prowadzenie.

Przerwa techniczna niewiele zmieniła w obrazie gry. Mimo fantastycznego dopingu rzeszowskiej publiczności Polki nie potrafiły dogonić rywalek. Chinki cały czas utrzymywały kilkupunktową przewagę. Dopiero świetna gra w obronie i bardzo dobre akcje Marii Liktoras wyprowadziły Polki w końcówce seta na minimalne prowadzenie, które utrzymały do końca seta.

Kolejną odsłonę spotkania Chinki rozpoczęły z animuszem, ale świetna gra w bloku i skuteczne kontry Polek nie pozwoliły rywalkom na przejęcie inicjatywy. Szybkie tempo i wyrównana gra spowodowały, że trzeci set w swoim przebiegu niewiele różnił się od dwóch poprzednich. Żadna z drużyn nie potrafiła wyjść na zdecydowane prowadzenie. Dopiero w połowie seta Chinki po kilku świetnych atakach zdobyły pięć punktów i odskoczyły podopiecznym Marco Bonitty. Przerwa techniczna nic nie zmieniła - Polki wyraźnie się pogubiły i pozwoliły Chinkom powiększyć prowadzenie do dziewięciu punktów. Rywalki to skrzętnie to wykorzystały i ostatecznie pewnie wygrały trzeciego seta 25:15.

Przerwa między setami wpłynęła pozytywnie na gra naszej reprezentacji, zwłaszcza na Dorotę Świeniewicz, która wyprowadziła Złotka na prowadzenie 7:4. W połowie seta przewaga wzrosła do pięciu punktów, a Polki grały lepiej z minuty na minutę. Na przerwę techniczną zeszły prowadząc 16:10, a chwilę później 21:17. Nie pierwszy raz w tym meczu nasza reprezentacja grała doskonale w obronie, nie pozwalając Chinkom zbliżyć się na bezpieczny dla rywalek dystans.

Końcówka seta była jednak bardzo nerwowa. Kilka źle przyjętych piłek i nieskuteczne ataki spowodowały, że przewaga szybko stopniała i Chinki zbliżyły się na jeden punkt. Na szczęście, szczęśliwie dla Złotek, to było wszystko na co stać było rywalki w czwartej odsłonie, które przegrały seta 23:25.

W tie breaku pierwszy punkt po świetnym ataku zdobyły Chinki, jednak Polki szybko wyrównały. Kolejne minuty były bardzo wyrównane, Chinki jednak szybko podniosły się po przegranym poprzednim secie i na przerwę schodziły prowadząc trzema punktami.

Decydująca faza meczu była słabsza w wykonaniu Złotek, którym powoli zaczęło brakować sił - Polki nie potrafiły zbliżyć się bardziej niż na dwa punkty do rywalek. Przy stanie 11:7 sytuacja naszej reprezentacji stała się bardzo zła. Polki z trudem przedzierały się przez chiński blok. Ataki Izabeli Bełcik zniwelowały przewagę Chinek z czterech do jednego punktu, ale pierwszą piłkę meczową miały Chinki. I ją wykorzystały. Polki przegrały swój drugi mecz w rzeszowskim GP 2:3.
PKW zakwestionowała sprawozdania finansowe PiS i SLD
mig, kt, PAP
2007-08-02, ostatnia aktualizacja 2007-08-03 09:46

PKW zakwestionowała sprawozdania finansowe PiS i SLD - dowiedziała się stacja TVN24.

var rTeraz = new Date(1186298928021); function klodka (ddo) { if (rTeraz.getTime()>=ddo.getTime()) document.write('<'+'img src="/i/szukaj/k2b.gif" width=20 height=18 border=0 align="absmiddle"'+'>'); }

Odrzucenie sprawozdania przez Państwową Komisje Wyborczą oznacza groźbę utraty subwencji na trzy lata przez obie partie.

- Do złożenia sprawozdań o źródłach pozyskania środków finansowych zobowiązane były 82 partie, które figurowały w ewidencji partii politycznych prowadzonej przez Sąd Okręgowy w Warszawie w grudniu 2006 roku - powiedział dyrektor zespołu Kontroli Finansowania Partii Politycznych i Kampanii Wyborczych Państwowej Komisji Wyborczej Krzysztof Lorentz.

- 70 z nich złożyło sprawozdania w terminie, jedna - po terminie, a 11 partii nie złożyło sprawozdania w ogóle. Wszystkie partie sejmowe złożyły sprawozdania w terminie.

W sprawozdaniach finansowych partii podawane są informacje o tym, skąd i ile pieniędzy uzyskały w danym roku. Zawiera też dane o wpływach na fundusz wyborczy i wydatkach tego funduszu. Do sprawozdania dołączana jest też informacja o wykorzystaniu subwencji budżetowej - dotyczy to tych ugrupowań, które ją otrzymały.

PKW może przyjąć sprawozdanie, przyjąć je ze wskazaniem na uchybienia lub odrzucić. Odrzucenie sprawozdania skutkuje utratą prawa do subwencji z budżetu na 3 lata. Dodatkowo część środków, które zostały przekazane partii z naruszeniem przepisów przepada na rzecz Skarbu Państwa.

Kiedy PKW odrzuca sprawozdanie?

- Ustawa o partiach politycznych dokładnie precyzuje, kiedy musi nastąpić odrzucenie sprawozdania. I tak, następuje ono w przypadku: prowadzenia przez partię polityczną działalności gospodarczej oraz pozyskiwania środków finansowych ze zbiórek publicznych, gromadzenia środków finansowych poza rachunkiem bankowym. Przepisy pozwalają bowiem wyłącznie na pozostawienie poza rachunkiem bankowym pewnych kwot ze składek członkowskich, o ile zostaną one przeznaczone na sfinansowanie działalności terenowych organów partii - wyjaśnił dyrektor Lorentz.

Ponadto PKW odrzuca sprawozdanie, jeśli stwierdzone zostanie przyjmowanie środków finansowych ze źródeł niedozwolonych (w tym od cudzoziemców lub osób prawnych). Niedozwolone jest też finansowanie kampanii wyborczej z pominięciem Funduszu Wyborczego oraz gromadzenie środków Funduszu poza specjalnie do tego przeznaczonym rachunkiem bankowym.

Dokumenty złożone przez partie i komitety wyborcze są sprawdzane przede wszystkim pod kątem ich zgodności z ustawą o partiach politycznych i z przepisami antykorupcyjnymi.

Lorentz podkreślił, że PKW bada finanse partii w takim zakresie, do jakiego uprawnia ją ustawa. Bada zatem całość przychodów partii, ale nie całość wydatków - zajmuje się wydatkami z Funduszu Wyborczego oraz sposobem wydatkowania subwencji.

Jeśli PKW odrzuci sprawozdanie, a Sąd Najwyższy nie przychyli się do skargi na to postanowienie Komisji, partia traci prawo do subwencji w następnych trzech latach, w których uprawniona jest do jej otrzymywania.

Napieralski: Zbieramy informacje w sprawie decyzji PKW

Sekretarz generalny SLD Grzegorz Napieralski powiedział w piątek PAP, że Sojusz zbiera informacje na temat decyzji Państwowej Komisji Wyborczej, która odrzuciła sprawozdanie tej partii dotyczące źródeł pozyskania środków finansowych w 2006 roku.

- Decyzja PKW jeszcze do nas nie trafiła. Kontaktuję się z naszym skarbnikiem - powiedział Napieralski. Sprawozdanie SLD zostało odrzucone z powodu gromadzenia przez partię środków finansowych poza rachunkiem bankowym. Partia ma teraz 7 dni na złożenie skargi na decyzję PKW do Sądu Najwyższego. Jeśli sąd odrzuci skargę, SLD straci prawo do otrzymania subwencji przez kolejne trzy lata.

Brudziński: Nie rozumiem decyzji PKW

Nasze finanse są jasne. Odwołamy się od orzeczenia PKW - powiedział w TVN24 Joachim Brudziński z PiS. Jego partii grozi utrata subwencji przez trzy lata a to aż 65 milionów złotych.

Sekretarz generalny PiS jest zdumiony tą decyzją. - W poprzednich latach rozliczaliśmy się podobnie i nikt nic nam nie zarzucał - powiedział poseł. Jego zdaniem, "niejasności" wynikają z tego, że członkowie oraz sympatycy PiS nie są zorientowani i omyłkowo wpłacają pieniądze z kont firmowych, służbowych, a nie z własnych.- Z tego typu sytuacją partia masowa ma do czynienia bardzo często. Nasi eksperci wykonali wręcz tytaniczną pracę, żeby to wszystko wyczyścić i uporządkować - tłumaczy poseł Brudziński.

 

PiS i SLD odwołają się od orzeczenia PKW ws. finansów

az, mar, PAP, IAR
2007-08-03, ostatnia aktualizacja 2007-08-03 14:08

PiS i SLD odwołają się do Sądu Najwyższego od orzeczenia Państwowej Komisji Wyborczej, kwestionującej oświadczenia finansowe partii - zapowiedzieli szef gabinetu politycznego premiera, Adam Lipiński i sekretarz generalny PiS Joachim Brudziński oraz poseł Ryszard Kalisz z SLD. Jeśli SN odrzuci skargę, PiS i SLD stracą prawo do otrzymania subwencji przez kolejne trzy lata.

 

PKW odrzuciła sprawozdanie PiS, bo wpłaty na konto partii dokonywały osoby z zagranicy oraz osoby prawne. Może to oznaczać utratę subwencji budżetowej na następne trzy lata.

Poseł Lipiński powiedział, że jest niemożliwe, by księgowość Prawa i Sprawiedliwości przeoczyła finansowanie partii przez cudzoziemców oraz osoby prawne. Poseł dodał, że taka sytuacja nigdy wcześniej nie miała miejsca, a PiS miało zawsze perfekcyjnie przygotowane sprawozdania finansowe.

PKW: Użyte znaczy przyjęte

Wg PKW, łączna kwota nieprawidłowych wpłat na rachunek Funduszu Wyborczego partii PiS, niezwróconych w 30-dniowym terminie przewidzianym w ustawie o partiach politycznych, to nieco ponad 188 tys. zł. Po upływie 30-dniowego zwrócono z tego 71,4 tys. zł. PKW podkreśla, że z analizy historii rachunku bankowego PiS wynika, że partia skorzystała z niezwróconych pieniędzy. 10 listopada 2006 r. saldo tego rachunku wynosiło 23.990,86 zł, a łączna kwota wpłat nieprawidłowych dokonanych na ten rachunek do tego dnia i niezwróconych w 30-dniowym terminie wynosiła 106.543,95 zł.

- Oznacza to, że środki pozyskane ze źródeł niedozwolonych lub w sposób niezgodny z przepisami ustawy zostały przez partię użyte, co również potwierdza ich przyjęcie - uważa Państwowa Komisja Wyborcza.

Brudziński: Nasze finanse są transparentne

W ocenie Brudzińskiego, PKW nie miała podstaw, by odrzucić sprawozdanie PiS. Polityk podkreślił, że jego partia sama - podobnie jak w poprzednich latach - wskazała w swoim sprawozdaniu pieniądze wpłacane z naruszeniem ustawy o partiach politycznych.

- Nieprawidłowe wpłaty - nie z konta prywatnego tylko firmowego, bądź dokonywane przez cudzoziemca były "wyłapywane" przez naszą księgowość i przekazywane na oddzielne konto - przekonywał Brudziński. Jak mówił, były one potem zwracane wpłacającym lub przekazywane na konto Skarbu Państwa.

- Nasze finanse są transparentne w sposób optymalny - podkreślił Brudziński.

Kalisz: Szanujemy decyzję PKW, ale będziemy dochodzić swych racji

PKW odrzuciła także sprawozdanie SLD. Jak poinformował na konferencji w Sejmie prawnik Sojuszu, poseł Ryszard Kalisz, zastrzeżenia PKW dotyczą130 tysięcy złotych.

110 tysięcy to wpływy z darowizn od osób fizycznych. Jak podkreślił SLD, dokonało zwrotów wszystkich nieprawidłowych wpłat - razem ok. 400 tys. zł. Ponad stu tysięcy nie udało się zwrócić w terminie (30 dni), z powodu m.in. błędów w numerach kont. - Żadna partia polityczna nie ma wpływu na to, że ktoś wpłaca na jej konto - powiedział Kalisz.

PKW zakwestionowała też kwotę 21 tys., jaką Sojusz uzyskał ze sprzedaży dwóch zużytych samochodów. Kalisz powiedział, że w tej kwestii SLD nie zgadza się z wykładnią, jaką PKW zastosowała wobec art. 23a ustawy o partiach i przedstawi swoje racje przed sądem.

- Szanując bardzo uchwałę PKW i dziewięciu sędziów, którzy się w niej znajdują, musimy powiedzieć, że nie zgadzamy się z jej wykładnią - podkreślił poseł SLD.

Obie partie mają 7 dni - od dnia dostarczenia postanowienia - na złożenie skargi na decyzję PKW do Sądu Najwyższego. Postanowienie jeszcze nie zostały dostarczone.
 

 

 

 

 

Premier: Decyzja PKW niewspółmierna do przewinienia

kt, mar, PAP
2007-08-04, ostatnia aktualizacja 2007-08-04 15:03

- Decyzja PKW o odrzuceniu sprawozdania finansowego PiS za 2006 rok jest daleko idąca - ocenił premier Jarosław Kaczyński na sobotniej konferencji prasowej w Warszawie. Według premiera, sankcja zastosowana przez PKW jest nieadekwatna do czynu. Sprawozdanie PiS odrzucono z powodu przyjęcia przez partię środków finansowych pochodzących od cudzoziemców oraz od osób prawnych. - Czyn jest drobny i popełniony bez złej woli - uważa szef rządu.

Według premiera, w sprawie sprawozdania PiS można było skorzystać z wytknięcia uchybienia. PKW może przyjąć sprawozdanie, przyjąć je ze wskazaniem na uchybienia lub odrzucić.

- Partia zgodnie z przepisami wyodrębniła wpłaty nieprawidłowe i zwracała je sukcesywnie - zapewnił szef rządu. Jak dodał, środki te były gromadzone na odrębnym koncie bankowym.

- Nie zwrócono jakiejś sumy od darczyńców, co do których nie było ustalone, czy były to wpłaty prawidłowe, czy nieprawidłowe i były prowadzone wyjaśnienia - podkreślił szef rządu.

Premier: To podobne do sprawy samorządowców

Premier przywołał też przykład uznania przez Trybunał Konstytucyjny za niezgodne z konstytucją przepisów, na mocy których mandaty tracili samorządowcy, którzy nie złożyli w terminie oświadczeń majątkowych.

W tej sprawie - mówił premier - Trybunał stwierdził, że sankcja jest nieadekwatna w stosunku do czynu. - Tutaj ta nieadekwatność jest bijąca w oczy. Bo utrata środków na 3 lata to rzeczywiście rzecz poważna, bardzo poważna, mogąca zmieniać sytuację polityczną w Polsce - stwierdził Jarosław Kaczyński.

Oprócz sprawozdania PiS, PKW odrzuciła też sprawozdanie SLD. Obie partie zapowiedziały odwołanie się do Sądu Najwyższego od decyzji PKW. Jeżeli SN odrzuci skargi partie nie otrzymają subwencji z budżetu przez kolejne trzy lata.

Bush podpisał ustawę z rozszerzeniem programu bezwizowego - bez Polski
PAP
2007-08-03, ostatnia aktualizacja 2007-08-04 10:45

Prezydent USA George W. Bush podpisał w piątek ustawę Kongresu o nowych środkach bezpieczeństwa przeciw terroryzmowi, której częścią jest zniesienie w praktyce wiz wjazdowych do USA dla obywateli niektórych krajów - jednak nie dla Polaków.

Zobacz powiekszenie

Ustawa, uchwalona w zeszłym tygodniu przez obie izby Kongresu, przewiduje bowiem, że bez wiz będą mogli przyjeżdżać do USA obywatele krajów, w których konsulaty amerykańskie odmawiają dotąd wiz nie więcej niż 10 procentom ubiegających się o nie osób. W Polsce odsetek odmów wynosi 26 procent.

Poprzednio limit odmów był jeszcze surowszy - w programie ruchu bezwizowego mieściły się tylko kraje, w których nie przekraczał on trzech procent.

Czesi i Estończycy bez wiz

Z rozszerzenia programu ruchu bezwizowego skorzystają niektóre kraje Europy Środkowej i Wschodniej, takie jak Czechy i Estonia, gdzie odsetek odmów jest mniejszy niż 10 procent.

Administracja prezydenta Busha utrzymuje, że popiera włączenie do programu Polski - która pomaga militarnie USA w Iraku i Afganistanie - ale jej argumenty nie przekonały większości członków Kongresu.

Podpisana ustawa przewiduje jeszcze alternatywną drogę do zniesienia wiz: nieprzekroczenie określonego limitu nielegalnych przedłużeń pobytu w USA, czyli liczby osób pozostających w tym kraju po wygaśnięciu ważnej wizy.

Limit ten nie został jeszcze ustalony; będzie to możliwe dopiero po wprowadzeniu w życie planowanego systemu kontroli wyjazdów z USA, co może potrwać kilka lat.
Polacy nie wracają z USA w terminie i wszyscy za to płacimy
ulast, PAP
2007-08-04, ostatnia aktualizacja 2007-08-04 19:03

Polacy ciągle w większej liczbie niż dopuszczana nie wracają w terminie z USA i wszyscy za to płacimy - tak premier Jarosław Kaczyński skomentował w fakt, że podpisana przez prezydenta George'a W. Busha nowa ustawa nie znosi wiz do Stanów Zjednoczonych dla Polaków.

Amerykański prezydent podpisał w piątek ustawę Kongresu o nowych środkach bezpieczeństwa przeciw terroryzmowi, której częścią jest zniesienie w praktyce wiz wjazdowych do USA dla obywateli niektórych krajów - jednak nie dla Polaków.

Ustawa, uchwalona w zeszłym tygodniu przez obie izby Kongresu, przewiduje bowiem, że bez wiz będą mogli przyjeżdżać do USA obywatele krajów, w których konsulaty amerykańskie odmawiają dotąd wiz nie więcej niż 10 procentom ubiegających się o nie osób. W Polsce odsetek odmów wynosi 26 procent.

"Od kilku lat nie stawiamy tej sprawy (zniesienia wiz) tak jak przedtem, bo w Stanach Zjednoczonych są przepisy jednoznaczne pod tym względem" - mówił szef rządu na sobotniej konferencji prasowej.

Zwrócił uwagę, że jeżeli jakiś kraj "znajduje się w sytuacji, w której jego obywatele przedłużają swój pobyt w USA ponad termin wyznaczony w wizie i tych obywateli jest przeszło 3 proc. to nie można tego zmienić".

"U nas jest tak, że Polacy ciągle w większej liczbie niż te 3-5 pięć procent nie wracają w terminie i wszyscy za to płacimy" - stwierdził J. Kaczyński.

Z rozszerzenia amerykańskiego programu ruchu bezwizowego skorzystają niektóre kraje Europy Środkowej i Wschodniej, takie jak Czechy i Estonia, gdzie odsetek odmów jest mniejszy niż 10 procent.

Rzecznik MSZ: Droga Polski do programu bezwizowego w USA jest nadal otwarta

Rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Robert Szaniawski powiedział w sobotę, że droga Polski do programu bezwizowego w USA jest nadal otwarta. Zapewnił, że polskie MSZ będzie zabiegać o to, by w przypadku Polaków Amerykanie stosowali jasne kryteria przyznawania bądź odrzucania wniosków wizowych.

Według Szaniawskiego do funkcjonowania ustawy, którą podpisał George Bush, będzie można wnosić poprawki.

"Będziemy w dalszym ciągu rozmawiali ze Stanami Zjednoczonymi o rozwiązaniach umożliwiających zniesienie wiz dla Polaków" - zapewnił.

Szaniawski podkreślił, że polskie MSZ pamięta o ubiegłorocznych deklaracjach prezydenta Busha w sprawie wiz do USA. W listopadzie w stolicy Estonii, Tallinie, Bush zapowiadał, że będzie zabiegał o złagodzenie restrykcji wizowych dla obywateli krajów Europy Środkowej i Wschodniej, podróżujących do USA.
sobota, 04 sierpnia 2007
Radwańska w finale!

MM /18:06 4-8-2007
AFP
Agnieszka Radwańska, rozstawiona z dwójką, awansowała do finału turnieju WTA tenisistek na twardych kortach w Sztokholmie (z pulą nagród 145 tys. dolarów).
W półfinale Polka pokonała Bułgarkę Cwetanę Pironkową 6:4, 6:3.

W finale nasza najlepsza tenisistka zmierzy się z rozstawiona z numerem ósmym Rosjanką Wierą Duszewiną.

wyniki półfinałów:

Agnieszka Radwańska (Polska, 2) - Cwetana Pironkowa (Bułgaria) 6:4, 6:3
Wiera Duszewina (Rosja, 8) - Julia Goerges (Niemcy) 6:4, 5:7, 6:3
4 sierpnia 2007 - REAKTYWACJA
Reaktywacja blogu CNN.blox.pl dokumentującego najciekawsze artykuły z ONET.pl  GAZETA.pl DZIENNIK.pl
wtorek, 26 grudnia 2006
Turkmeński tyran nie żyje
Wojciech Jagielski
2006-12-22, ostatnia aktualizacja 2006-12-21 18:56

W nocy ze środy na czwartek w Aszchabadzie umarł władca pustynnej Turkmenii Saparmurad Nijazow, który życzył sobie, by jego poddani nazywali go Turkmenbaszą, Wodzem Turkmenów. Był jednym z najbardziej groteskowych i bezwzględnych tyranów współczesności

Zobacz powiekszenie
Fot. SHAMIL ZHUMATOV REUTERS
Cały naród miał czcić swego przywódcę. Na zdjęciu urzędnik całuje Turkmenbaszę w rękę w 2002 r. w Aszchabadzie
Zobacz powiekszenie
Fot. BURT HERMAN AP
Jeden z niezliczonych pomników władcy - złote popiersie Turkmenbaszy w stolicy
 
"10 minut po pierwszej w nocy przestało bić serce Turkmenbaszy" - tak wieść o śmierci 66-letniego Nijazowa przekazała wczoraj turkmeńska telewizja. Ogłoszono siedmiodniową żałobę, a na ulicach Aszchabadu pojawili się robotnicy, którzy zaczęli ściągać z drzew i budynków noworoczne dekoracje. Święto odwołano.

Zdrowie przywódcy pozostawało przez lata najpilniej strzeżoną tajemnicą państwową. Siwiuteńki Nijazow przefarbował nawet włosy na kruczoczarne, by wyglądać młodziej. Od lat chorował serce, a gdy w październiku podczas uroczystego spotkania z oficerami tajnej policji zasłabł, lekarze orzekli, że może nie dożyć końca roku.

Kto po Nijazowie

Jak przystało na tyrana, nie zostawił po sobie następcy i wszystko wskazuje na to, że walka o sukcesję rozpoczęła się na dobre. Stawką jest nie tylko władza, ale też miliardy dolarów z wydobycia gazu, którego złoża uważane są za jedne z najbogatszych na świecie.

O tym, że walka o władzę trwa świadczy to, że następcą Turkmenbaszy nie został zgodnie z konstytucją przewodniczący parlamentu Auezgeldy Atajew. Ogłoszono, że prokuratura rozpoczęła właśnie przeciwko niemu kryminalne śledztwo, co przekreśla go jako prezydenta choćby tymczasowego.

Tymczasowym prezydentem został wicepremier i minister zdrowia, a także przewodniczący Państwowej Rady Państwa Kurbanguli Berdymuhammedow. Według przebywających na wygnaniu turkmeńskich dysydentów - a ci niemal w komplecie są dawnymi dygnitarzami Turkmenbaszy i wiedzą, co mówią - Berdymuhammedow jest krewnym zmarłego.

O tym, że Turkmenbasza szykował go na następcę, ma świadczyć to, że w listopadzie reprezentował go na naradzie przywódców WNP na Białorusi.

Ktokolwiek zostanie nowym władcą, oprze się, przynajmniej początkowo, na wszechwładnej tajnej policji. Niewykluczone, że właśnie przez nią zostanie wyznaczony. Nie ogłosi się Turkmenbaszą i raczej nie spróbuje naśladować starego prezydenta, ale będzie wykorzystywał jego kult, by umocnić rządy.

Potem czeka Turkmenię odwilż. Choćby dlatego, że trudno sobie nawet wyobrazić surowszą, polityczną epokę lodowcową, jaka dotąd tam panowała.

Z aparatczyka chan

Pogrzeb wyznaczono na niedzielę. Kondukt wyruszy z pałacu prezydenckiego w Aszchabadzie i pokona 50-kilometrową drogę do Kipczaku, rodzinnej wioski władcy. Dwa lata temu Francuzi zbudowali tam za 100 mln dolarów największy w kraju meczet. Właśnie tam, w mauzoleum, w którym spoczywają już prochy jego rodziców i dwóch braci, spocznie Turkmenbasza.

Ściany meczetu ozdabiają cytaty z Koranu i fragmenty "Ruchnamy", świętej księgi Turkmenów napisanej przez Turkmenbaszę, którego dworzanie (za przyzwoleniem władcy) ogłosili najnowszym z proroków.

Ogłoszono go także dożywotnim prezydentem, szefem rządu, naczelnym dowódcą i przewodniczącym jedynej legalnej partii, którą Turkmenbasza nazwał Demokratyczną.

Przez 21 lat panowania Turkmenbasza zbudował groteskowe państwo, którym władał, narzucając swą wolę 5 mln poddanych. Kiedy z namaszczenia komunistycznego sekretarza-reformatora Michaiła Gorbaczowa obejmował w 1985 r. władzę w Turkmenii, nikt nie podejrzewał tego partyjnego kacyka o takie ambicje i megalomanię.

Przemiana zaczęła się w 1991 r., gdy rozpadł się ZSRR, a Nijazow ze skromnego namiestnika ubogiej, pustynnej prowincji stał się prezydentem niepodległej Turkmenii. Wyzwolony spod kontroli Kremla Nijazow zaczął przepoczwarzać się w Turkmenbaszę, sardara, chana. Gabinet kazał wymościć dywanami, by jak najbardziej przypominał namioty chanów. Jak chanowie nosił złote pierścienie wysadzane drogocennymi kamieniami.

Śmieszny i straszny

Tych, którzy nie chcieli go słuchać, zamykał w więzieniach albo przeganiał z kraju. Wynosząc lub strącając dworzan i generałów, trzymał ich w strachu i zmuszał do gorliwego posłuszeństwa.

Z kultu własnej osoby Nijazow uczynił państwową i narodową ideologię. Jego imieniem nazywano wszystko - miasta, ulice, szkoły, rzeki, gatunki wódki, perfum i jogurtu, a nawet kratery na Księżycu i gwiazdę z konstelacji Koziorożca. Gdy kilka lat temu Turkmenbasza postanowił zmienić nazwy miesięcy, dotychczasowy styczeń poświęcił sobie.

Miasta obwieszono jego portretami i pozastawiano jego pomnikami. Najbardziej znany kilkunastometrowy i ze złota zdobi wzniesioną w Aszchabadzie azjatycką wieżę Eiffela - 70-metrowy Łuk Neutralności.

Lista ekstrawaganckich pomysłów nie miała końca. Zakazał Turkmenom nosić złote zęby i długie włosy. Zakazał hazardu, filharmonii, opery, baletu, a także cyrku jako sprzecznych z turkmeńskimi wartościami. Postanowił zbudować 40-metrową piramidę, sztuczne jezioro i cyprysowy las w środku pustyni Kara-Kum.

Aby mieć święty spokój i długie panowanie, Turkmenbasza przestał wpuszczać cudzoziemców, a poddanym odradzał podróże za granicę. Ci, którzy mimo wszystko to robili, byli wzywani przez tajną policję na "rozmowy wyjaśniające i pouczające". Na rozmowy takie wzywano też tych, którzy utrzymywali nazbyt przyjazne kontakty z mieszkającymi w Turkmenii cudzoziemcami i nazbyt często odwiedzali zagraniczne ambasady w Aszchabadzie.

Tajna policja podsłuchiwała rozmowy telefoniczne i czytała listy. Izolacji Turkmenii posłużyło też ogłoszenie wieczystej neutralności, która miała gwarantować przede wszystkim, że świat nie będzie się wtrącać w sprawy Turkmenii.

Megalomańskie kaprysy Turkmenbaszy sprawiały, że przez lata był bohaterem szyderczych artykułów o władcy dziwaku. Jego fanaberie odciągały natomiast uwagę dziennikarzy i polityków od brutalnej tyranii, jaką zaprowadził, by z dala od światowych stolic realizować swoją utopię. W podobny sposób, wśród przyzwalających szyderstw tworzyli zbrodnicze państwa kambodżańscy Czerwoni Khmerzy, środkowoafrykański cesarz Bokassa, a ostatnio afgańscy talibowie.
Zbrodnie wojenne Saddama Husajna cz.3

Kat czuje się dobrze

Ludobójstwo dokonane na Kurdach idealnie wpisuje się w ten wzór. "Chemiczny Ali" rozpoczął od definicji. Służby bezpieczeństwa typowały wioski, w których działali peszmergowie - automatycznie uznawano je za "tereny zakazane", a wszystkich ich mieszkańców za "sabotażystów". Sabotażystom oraz ich najbliższym krewnym groziła śmierć i przepadek majątku. Jeden z rozkazów poleca "prowadzić bombardowania w dzień i w nocy tak, by zabić jak największą liczbę mieszkańców zakazanych wiosek". Inny mówi, że "wszyscy schwytani powinni zostać uwięzieni, przesłuchani, a ci między 15. a 70. rokiem życia po wydobyciu z nich ważnych informacji zgładzeni".

Po raz pierwszy Bagdad użył broni chemicznej przeciw własnej ludności 15 kwietnia 1987 r. w ataku na biuro KDP w Zewa Szkan oraz kwatery Patriotycznej Unii Kurdystanu w wioskach Sergalu i Bergalu. Następnego dnia zagazowano cywilów w dwóch innych wioskach - zginęło ponad sto osób, głównie kobiet i dzieci. Wiele ofiar uprowadzono następnie ze szpitala w Arbil, gdzie leczyli się z poparzeń i ślepoty. Porwanych nikt więcej nie widział. Rodziny zaginionych nadal wierzą, że ich synowie i mężowie żyją gdzieś w irackich więzieniach.

Kolejna faza Anfalu to niszczenie wiosek. Osady równano z ziemią, a mieszkańców osadzano w obozach. Sporządzano akta rodzin "sabotażystów" i po kolei ich wyłapywano. Machina biurokratyczna pracowała pełną parą. Jej celem nie było jednak ustalenie winy lub niewinności człowieka, ale tego, czy zalicza się do zdefiniowanej grupy, tzn. czy jest Kurdem mieszkającym na terenach "zakazanych" bądź jego krewnym.

Metody ludobójstwa były te same co w hitlerowskich Niemczech: grupy więźniów ustawiano w szeregu przed plutonem egzekucyjnym, a po zastrzeleniu zaciągano do wspólnych mogił; albo na odwrót: najpierw wrzucano do dołów, a następnie masakrowano ogniem z karabinów maszynowych; lub też ustawiano na krawędzi dołu i strzelano w plecy, by sami spadli do grobu. Spychacze zasypywały mogiły.

Irak nie próbował ukryć zbrodni. Przeciwnie, każdy sukces propaganda nagłaśniała z takimi samymi fanfarami jak zwycięstwa na froncie wojny z Iranem.

We wrześniu 1988 r. Bagdad ogłosił amnestię. Większość kobiet, dzieci i starców została zwolniona z więzień i przeniesiona do obozów. Ale mężczyźni zniknęli. Zlokalizowano kilka masowych grobów, reszta poczeka na odkrycie co najmniej do czasu upadku reżimu Saddama Husajna. Amnestia nie zakończyła antykurdyjskiej kampanii - aresztowania i egzekucje wciąż trwały.

"Chemiczny Ali" wykonał zadanie i prezydent przeniósł go na inne ważne stanowiska - gubernatora okupowanego Kuwejtu, a w 1993 r. ministra obrony. Kat czuje się bezpiecznie. Kilka miesięcy temu, gdy nad Irakiem zaczęły gromadzić się wojenne chmury, al Madżid odbył propagandowe tournée po krajach arabskich - udzielał na prawo i lewo wywiadów, zapewniając, że Irak nie posiada broni masowego rażenia, a Amerykanom chodzi o ropę.

Absurdalną biurokratyczną logikę ludobójstwa dobrze ilustruje fakt, że o ile uciekinierzy z "wywrotowych" wiosek byli - zgodnie z rozkazem - wyłapywani i osadzani w obozach, a następnie zabijani, o tyle uchodźców z Halabdży nie zatrzymywano. Dlaczego? Irak nie uważał tego akurat ataku za część Anfalu z banalnego powodu - Halabdża była miastem, a Anfal był skierowany przeciw ludności wiejskiej. Zagazowanie Halabdży miało stanowić odwet za współpracę Kurdów z Iranem.

Przygraniczna Halabdża leżała przy tamie na jeziorze, które dostarczało wodę do Bagdadu, miała zatem dla Iraku strategiczne znaczenie. Jednocześnie od prawie 30 lat miasto było ogniskiem podziemnego oporu Kurdów. Działali tu nacjonaliści z PUK, komuniści, socjaliści oraz proirańska Partia Ruchu Islamskiego. Kurdowie próbowali wykorzystać dla swoich celów wrogość między Bagdadem i Teheranem. Od połowy lat 80. PUK prowadziła samodzielną walkę z irackim reżimem, za co już w maju 1987 r. Irak zrównał z ziemią dwie dzielnice Halabdży. W 1988 r., gdy wojska Husajna oblegały kwaterę główną tej partii, PUK podjęła zgubną decyzję otwarcia drugiego frontu na spółkę z armią irańską - właśnie w Halabdży. Bagdad upewniał się, że wojna z Iranem i wojna z Kurdami to jedno i to samo.

13 marca Radio Teheran poinformowało o nowej ofensywie w regionie Halabdży, prowadzonej na spółkę z peszmergami - miał to być odwet za ostatnie irackie ataki chemiczne przeciw Kurdom. Irańscy żołnierze, którzy wcześniej pojawiali się pod osłoną nocy, teraz otwarcie paradowali po ulicach miasta w towarzystwie Kurdów. Tańczyli z radości wokół zajętych kwater irackiej służby bezpieczeństwa i wywiadu wojskowego, wznosząc okrzyki "Allah Akbar!". Kazali kurdyjskim rodzinom przygotowywać sobie posiłki i pytali, jak daleko jest do świętych szyickich miast Karbala i Nadżaf.

Na iracki odwet nie trzeba było długo czekać. Masakra z 16 marca nie miała strategicznego znaczenia, bo zaatakowano północną część miasta, z dala od baz dowodzenia, i tak zresztą już opuszczonych. Była to zwykła zemsta.

Chemiczny atak na Halabdżę był największy, ale nieostatni. Według późniejszych badań trującym gazem na przestrzeni 17 miesięcy zaatakowano aż 280 kurdyjskich wiosek i miast. Zdaniem lekarzy na działanie broni chemicznej zostało wystawionych blisko 400 tys. ludzi, czyli 10 proc. populacji irackiego Kurdystanu.

Ofiar zapewne byłoby mniej, gdyby nie reakcja USA. W sierpniu 1988 r. senatorowie Claiborne Pell, Al Gore i Jesse Helms zaproponowali nałożenie na Bagdad surowych sankcji ekonomicznych za użycie broni chemicznej. Senat zatwierdził tzw. ustawę o zapobieganiu ludobójstwu już następnego dnia. Jednak administracja prezydenta Reagana uznawała Irak za strategicznego partnera w regionie oraz obiecujący rynek dla amerykańskich produktów i inwestycji. Waszyngton co roku zasilał Bagdad gwarancjami kredytowymi o wartości 700 mln dolarów. Białemu Domowi udało się doprowadzić do rozwodnienia, a w końcu odrzucenia ustawy. Kurdowie pamiętają, że lobbował za tym nie kto inny jak ówczesny prezydencki doradca ds. bezpieczeństwa narodowego, a obecny sekretarz stanu Colin Powell oraz prominentny republikański kongresman Dick Cheney, dziś wiceprezydent.

Jak w Hiroszimie

Jest wysoce prawdopodobne, że iraccy naukowcy badali na Kurdach jak na białych myszkach skuteczność poszczególnych rodzajów broni chemicznej i środków jej przenoszenia. Chidhir Hamza, zbiegły z Bagdadu były dyrektor programu nuklearnego Iraku, potwierdził to w rozmowie z dziennikarzem tygodnika "New Yorker": "Przed atakiem [na Halabdżę - red.] wojskowi doktorzy mierzyli miasto, a po ataku weszli w kombinezonach ochronnych, by badać rozrzut zwłok. Wypełniali formularze, jak daleko leżą ciała od pojemników po gazie".

W Halabdży użyto mieszanki gazów - prawdopodobnie musztardowego, sarinu, tabunu i VX - które atakowały skórę, oczy, gardło, płuca, nos i usta. Irak nigdy nie ujawnił, jakich dokładnie środków użył, nie można więc ustalić okresów połowicznego rozpadu toksyn, a tym samym - jak długo jeszcze będą nękać populację. Na miejscu zginęło 5 tys. ludzi. Kolejne tysiące zmarły później, u wielu innych choroby związane z atakiem ujawniły się dopiero po miesiącach lub latach.

- Nigdy wcześniej nie użyto gazów bojowych w takiej ilości przeciwko cywilom - mówi doktor Baban. - Na frontach I wojny stosowano gaz musztardowy, potem Egipt atakował gazem Jemen, broń chemiczna była używana w Wietnamie, dochodziło też do wypadków przy produkcji chemikaliów, jak w indyjskim mieście Bhopal. W sumie wiedza na ten temat jest nikła. Dotychczas sądzono, że głównym efektem długofalowym jest rak płuc. Niestety, nasze badania wykazały, że konsekwencje są znacznie rozleglejsze i poważniejsze dla całego organizmu: mamy mutacje genetyczne, poronienia, choroby skórne, ślepotę i choroby oczu, raka okrężnicy oraz schorzenia płucne, jak astma czy bronchit. Wystąpiły uszkodzenia DNA, co oznacza, że choroby będą nękać kolejne pokolenia. Akt ludobójstwa wciąż trwa i nie wiadomo, kiedy się skończy.

Dziesięć lat po ataku, na spółkę z dr. Babanem, kompleksowe badania populacji Halabdży przeprowadziła - jako jedyny lekarz z Zachodu - dr Christine Gosden, genetyk z Liverpoolu. Gosden porównała częstość występowania chorób w Halabdży z analogiczną populacją jednego z pobliskich miast, które nie ucierpiało od broni chemicznej - okazało się, że w Halabdży choroby występują co najmniej trzy-cztery razy częściej. Rak atakuje osoby w młodszym wieku i częściej jest złośliwy, wyższa jest więc śmiertelność. Coraz więcej dzieci umiera na białaczkę. Mutacje genetyczne i zachorowalność na nowotwory jest taka sama jak wśród ludzi, którzy w 1945 r. mieszkali dwa kilometry od epicentrum wybuchów atomowych w Hiroszimie i Nagasaki.

I jeszcze jeden problem: choroby psychiczne. - Ci ludzie mieszkają w tym samym mieście, w tym samym domu, pamiętają sterty martwych ciał. Dostają manii, depresji, schizofrenii, psychozy - mówi dr Fajad Bakhtiar, ordynator szpitala w Halabdży. W jego szpitalu personel przyzwyczajony jest do wyjmowania kul po próbach samobójczych.

Strach i rozczarowanie

Kurdowie są rozczarowani obojętnością Zachodu na ich los. Wszyscy im współczują, ale nikt nie pomaga. - Brakuje wyposażenia, lekarstw, personelu - podsumowuje dr Bakhtiar. Dzieci w Halabdży umierają na wady serca, które na Zachodzie z sukcesem się operuje. Nie leczy się tu zajęczej wargi, rozszczepionego podniebienia ani innych częstych deformacji. - Prostsza chemioterapia jest dostępna w Sulejmanii, ale radioterapii nie ma w całym Kurdystanie - mówi dr Bakhtiar. - Niektórych chorych wysyłamy na leczenie do Bagdadu, jednak na to mogą sobie pozwolić tylko zamożni i ci bez "problemów politycznych". Ciągle apelujemy o pomoc, o to, by móc wysyłać pacjentów na leczenie do Europy, ale bez skutku.

Christine Gosden nie rozumie, dlaczego Zachód nie prowadzi intensywnych badań na temat ataków w Kurdystanie. - Zbadanie długofalowych skutków działań broni chemicznej leży w naszym własnym interesie, zwłaszcza w obecnej sytuacji zagrożenia terroryzmem - mówi brytyjska genetyk. - Widziałam raka w Europie, ale tak wielkiego jak w Kurdystanie nie widziałam jeszcze nigdzie.

Dr Baban zwraca uwagę, że nikt nie zbadał poziomu skażenia Halabdży - nie wiadomo, czy ludzie nadal nie chodzą po zatrutej ziemi i nie jedzą zatrutego jedzenia. - Uczestniczyłem w kilku seminariach w Europie i Ameryce, próbowałem zainteresować świat tym, co się tu dzieje - dr Baban kręci głową. - To beznadziejne.

W założeniu Bagdadu pamięć o losie Halabdży miała utrzymywać Irakijczyków sterroryzowanych i posłusznych. W 1999 r. iraccy żołnierze w białych ochronnych kombinezonach otoczyli szyickie miasto Karbala w południowym Iraku, gdzie często dochodziło do antyrządowych powstań. Nic nie robili, tylko stali. Przesłanie było jasne: "Co zrobiliśmy w Halabdży, możemy zrobić i tu".

Im bliższa wydaje się wojna, tym bardziej Kurdowie boją się, że tragedia rzeczywiście się powtórzy. Wszyscy powtarzają, że jeśli Saddam będzie miał niewiele czasu na kontruderzenie, to zaatakuje nie Izrael czy Kuwejt, ale Kurdów.

- Nie mamy masek przeciwgazowych, nie mamy niczego - mówi dr Bakhtiar. - Prowadzimy kampanię uświadamiającą: w wypadku ataku należy uciekać pod wiatr i wejść na wzniesienie, bo gaz jest cięższy od powietrza. To jedyne, co możemy zrobić.

Dr Baban uważa, że bardziej od masek i kombinezonów przydałyby się wskaźniki skażenia, środki odkażające i lekarstwa. - Amerykanie - marzy - powinni tu przysłać żołnierzy wyszkolonych w zwalczaniu zagrożenia chemicznego, jak ta jednostka z Czech, która pojechała do Kuwejtu. W końcu uśmiecha się gorzko: - Zachód chyba myśli, że po tylu latach obcowania z toksynami Kurdowie są już uodpornieni.

Zbrodnie wojenne Saddama Husajna cz.2

Miasto-mogiła

Zazwyczaj pomniki przedstawiają narodowych bohaterów w pozach pełnych godności, triumfalnych, bo nawet jeśli za życia przegrali swoją walkę, to prowadzili ją w słusznej sprawie. Monument stojący przy wjeździe do Halabdży jest inny - tak jak inne jest całe miasto. Kamienna postać leży na ziemi i zasłania ciałem dwójkę małych dzieci; pomnik wzorowano na zdjęciu człowieka, który zginął, próbując osłonić swoich synów bliźniaków.

Halabdża leży w części Iraku od 1991 r. rządzonej autonomicznie przez Kurdów, chronionej przez amerykańskie i brytyjskie lotnictwo. Na pierwszy rzut oka nie różni się od innych kurdyjskich miasteczek. Parterowa zabudowa, wzdłuż głównej ulicy małe sklepiki. Może tylko trochę zbyt pusto i cicho - jak w wiosce, a nie w 50-tysięcznym mieście. Tuż obok, w górach, kilka lat temu zagnieździli się powiązani z al Kaidą fundamentaliści islamscy i władze wprowadziły nadzwyczajne środki bezpieczeństwa. Obcemu nie wolno tu przebywać bez zezwolenia. Na pytanie, czy w Halabdży jest hotel, usłyszałem: "Skąd, tam się nikt nie zatrzymuje". Przed atakiem w mieście mieszkało prawie 80 tys. ludzi, dziś o jedną trzecią mniej. - Po tragedii nie wszyscy wrócili, a kto ma pieniądze, to stąd ucieka - tłumaczy doktor Fajad Bakhtiar, młody ordynator miejscowego szpitala. - Populacja nie może się odbudować w naturalny sposób ze względu na powszechną bezpłodność, częste poronienia, wady płodów i wysoką śmiertelność noworodków. To efekt opóźnionego działania toksyn.

W szpitalu w Sulejmanii spotkałem się z doktorem Fuadem Babanem, który urodził się i wychował w Halabdży, a po ataku jako jeden z nielicznych badał skutki użycia broni chemicznej. - Przed 1988 rokiem to miasto tętniło życiem - opowiada dr Baban. - Odbywały się spektakle teatralne, mieszkali tam pisarze. W każdy piątek wszyscy mieszkańcy szli na wielki plac na przedmieściach i grali w różne gry. Dla elity z Sulejmanii w dobrym tonie było wybrać się na weekend do Halabdży i spędzić noc w miejscowym klubie. Teraz ludzie inaczej się zachowują, mają inny charakter. Czują się opuszczeni, zdradzeni, zostawieni bez pomocy.

W północnej części Halabdży jest dzielnica nazywana żydowską, choć ostatni Żydzi wyjechali stąd w latach 50. ubiegłego wieku. Mijam resztki dawnej synagogi, gdzie zginęło 80 osób.

Cmentarz ma słuszne rozmiary. Pojedyncze groby, od zwykłych ledwo rozpoznawalnych wzgórków przykrytych polnym kamieniem po minigrobowce okolone metalowym płotkiem z zawijastymi inskrypcjami. I mogiły zbiorowe. Ziemia otoczona murem i informacja, że w tym miejscu zginęło tyle a tyle ludzi. Poza pasącymi się krowami na cmentarzu ani żywej duszy. Pada deszcz.

- Wróciliśmy miesiąc później, pochować zmarłych - wspomina Dżamal Mohammed. - Trzeba było to robić w rękawiczkach i maskach. Kiedy dotknęło się trupa gołymi rękami, na skórze pojawiały się palące plamy. Ciała wrzucaliśmy do dołów i paliliśmy.

Dżamal, dziś pracownik kurdyjskiej służby bezpieczeństwa, pochował 58 członków rodziny. Jego matka straciła wzrok w jednym oku, siostra czasem potrzebuje aparatu tlenowego, by oddychać. Hadżi, dziś biedak bez zajęcia, stracił 18 krewnych; jego żona 19. Abdullah Ahmad Raszid, sprzedawca warzyw na rynku - 15. Doktor Bakhtiar - 95. Z wyjątkiem Hadżiego, który płacze, mieszkańcy Halabdży podają te liczby beznamiętnie, jak numer mieszkania.

Holocaust, Kambodża, Ruanda, Bośnia... Zawsze na usta ciśnie się pytanie: "dlaczego?" Co powoduje człowiekiem, że z całą świadomością zabija lub każe zabijać bezbronne istoty? Odpowiedź nigdy nie jest wyczerpująca. Rację ma dr Baban, mówiąc: - Wytłumaczenia należy szukać w chorym umyśle Saddama Husajna. Z militarnego punktu widzenia do tego ataku nie było żadnych przesłanek.

Próbując mimo wszystko choć po części zrozumieć przyczyny zagazowania ludności Halabdży, zdarzenie to trzeba analizować w dwóch kontekstach - wojny iracko-irańskiej oraz kampanii Anfal, czyli planowych czystek etnicznych prowadzonych przez reżim w Bagdadzie przeciw swoim Kurdom.

Kurdowie to 25-milionowy naród rozrzucony w granicach Turcji, Syrii, Iranu, Iraku - i zgodnie przez rządy tych państw dyskryminowany. Ich nadzieje na własne państwo nigdy się nie ziściły, poszczególne grupy starały się więc, z marnym na ogół skutkiem, wynegocjować lub wywalczyć autonomię. Kurdowie iraccy, którzy stanowią niecałe 20 proc. ludności tego kraju, też prowadzili takie rozmowy. W 1974 r. Bagdad wydzielił nawet kurdyjski region autonomiczny, jednak składał się on tylko z trzech prowincji - Arbil, Dohuk i Sulejmania - była to ledwie połowa terytorium zamieszkanego przez Kurdów w północnym Iraku, bez terenów zasobnych w ropę. (Obecnie te trzy prowincje tworzą samorządny Kurdystan). Na pozostałych ziemiach kurdyjskich Irak rozpoczął kampanię arabizacji.

Kurdyjska Partia Demokratyczna (KDP) pod wodzą Mustafy Barzaniego ze wsparciem Iranu i CIA wywołała wówczas powstanie przeciw Bagdadowi. Jednak w 1975 r. sojusznicy zdradzili Kurdów - pod naciskiem Waszyngtonu Teheran i Bagdad zawarły porozumienie, a bojownicy KDP musieli uciekać do Iranu. Za karę armia iracka wysiedliła tysiące wiosek klanu Barzanich i przeniosła ich mieszkańców do specjalnych obozów. Po wybuchu wojny z Iranem w 1980 r. syn Mustafy Masud Barzani ponownie sprzymierzył się z Teheranem. W odwecie iracki reżim kazał uwięzić 8 tys. mężczyzn z klanu Barzanich powyżej 12. roku życia. Ślad po nich zaginął - najpewniej po kilkumiesięcznym uwięzieniu zostali zabici. Brak protestów ze strony ONZ i zachodnich rządów, do których Kurdowie zwracali się o pomoc, zachęcił Bagdad do kolejnych takich akcji.

Chemiczny Ali

Kampania Anfal formalnie trwała między 23 lutego a 6 września 1988 roku, a faktycznie w latach 1987-89. Nazwę zaczerpnięto od tytułu rozdziału Koranu, który - według fundamentalistycznej interpretacji - usprawiedliwia walkę z niewiernymi. Można przypuszczać, że Saddam Husajn chciał złamać morale buntowników, by przestali dążyć do niepodległości, zlikwidować problem kurdyjski tak, jak naziści likwidowali problem żydowski, a także poprzez wysiedlenia i morderstwa Kurdów połączone z arabizacją ich ziem uczynić z Iraku kraj w jeszcze większym stopniu arabski, który mógłby - co sobie Saddam wymarzył - w przyszłości objąć przywództwo w mitycznym świecie panarabskiej jedności.

Na czele kampanii stanął Ali Hassan al Madżid, kuzyn Saddama i szef biura partii Baas na północny Irak, znany także jako "Chemiczny Ali" albo "Ali Anfal". Na swoim terenie otrzymał on uprawnienia równe prezydenckim. Wojsko, aparat bezpieczeństwa i wywiad miały pod jego dowództwem "rozwiązać problem kurdyjski i zlikwidować sabotażystów". W ręce obrońców praw człowieka dostała się taśma z nagraniem tego, co al Madżid na zebraniu partii Baas mówił o Kurdach: "Zabijemy ich bronią chemiczną! I kto nas powstrzyma? Społeczność międzynarodowa? Pieprzyć ich!".

Anfal to zbiorowe egzekucje i "znikanie" nierzadko wszystkich mieszkańców wiosek. Szacuje się, że podczas kampanii zginęło sto tysięcy Kurdów. Z ziemią zrównano 4 tys. osad. Niszczono całą infrastrukturę, w tym szkoły, meczety, studnie. Raport Human Rights Watch uznaje, że irackie zbrodnie przeciw Kurdom wypełniają definicję ludobójstwa: "Działanie z zamiarem zniszczenia, w całości lub w części, grupy narodowej, etnicznej, rasowej lub religijnej".

Raul Hilberg w swym dziele o historii Holocaustu pisze, że proces niszczenia rozproszonej grupy przebiega trzystopniowo: ***zdefiniowanie ***skoncentrowanie (lub pojmanie) ***unicestwienie.

Zbrodnie wojenne Saddama Husajna cz.1
redPor
2000-08-22, ostatnia aktualizacja 2003-01-16 00:00

2000-08-22 Dziesięć lat po irackiej inwazji na Kuwejt Waszyngton wzywa do stworzenia międzynarodowego trybunału i osądzenia zbrodni irackiego prezydenta Saddama Husajna

Zobacz powiekszenie
Fot. Piotr Janowski /gencja Gazeta
Nasz fotoreporter Piotr Janowski widział w miasteczku Salmanpak koło Bagdadu masowy grób. Być może tu odbyła się ostatnia egzekucja za czasów Saddama Husajna. Trzy dni przed kapitulacją Bagdadu przez Salmanpak przejechały cztery autobusy bagdadzkiej komunikacji. Inżynier Abdul Kaim Raszid zobaczył w środku ludzi z workami na głowach. Autobusy odjechały w kierunku poligonu. Dwie godziny później wracały do Bagdadu. Puste. W masowym grobie na poligonie odkryto 120 ciał - mówi Raszid.

Od roku w USA są opracowywane tajne irackie dokumenty znalezione w Kuwejcie. Od kilku tygodni ujawniają je stopniowo irackie organizacje opozycyjne finansowane przez Amerykanów. 2 sierpnia, w rocznicę irackiej inwazji na Kuwejt, której następstwem była wojna w Zatoce Perskiej w połowie stycznia '91, amerykański Departament Stanu opublikował tysiące dokumentów. Zawierają one dowody doraźnych egzekucji i tortur przeprowadzonych przez jednostki Saddama Husajna operujące w podbitym Kuwejcie. - To tylko wierzchołek góry lodowej - zapewniał David Scheffer, ambasador ds. zbrodni wojennych przy prezydencie USA, podczas niedawnej konferencji w Waszyngtonie.

Dowody nie tylko kuwejckie

Według Scheffera między 2 sierpnia 1990 r. a wyzwoleniem Kuwejtu przez aliantów Irakijczycy zabili ok. tysiąca kuwejckich cywili. W mieście Kuwejt odnaleziono co najmniej 12 miejsc tortur, gdzie Irakijczycy stosowali elektrowstrząsy, gwałcili kobiety i przeprowadzali egzekucje, zanurzając ludzi w kwasie. - Zdjęcia potwierdzają, że podczas przesłuchań dokonywano amputacji i kaleczono różne części ciała, m.in. oczy, uszy, palce, nos, wargi i genitalia - stwierdził Scheffer.

Brytyjska organizacja Indict finansowana przez USA twierdzi, że ma dość dowodów, by postawić pięciu najwyższych dygnitarzy reżimu w Bagdadzie przed sądem. Dowody dotyczą nie tylko trwającej pół roku okupacji Kuwejtu, ale także wojny z Iranem w latach 1980-88 oraz zbrodni popełnionych w Iraku: prześladowań opozycji, masakr i deportacji mniejszości. Pierwsze miejsca na 12-osobowej liście "A" podejrzanych zajmują Saddam Husajn, wicepremier Tarik Aziz, Ali Hasan al-Madżid, kuzyn Saddama nazywany "chemicznym Alim" z powodu oskarżeń o gazowanie Kurdów, oraz synowie prezydenta Udaj i Kusaj. Na liście "B" znajduje się 31 osób na niższych stanowiskach.

Według Ann Clywd, przewodniczącej Indict, zbrodnie są dobrze udokumentowane: - Irakijczycy, podobnie jak Czerwoni Khmerzy i naziści, zachowują drobiazgowe informacje o swoich działaniach.

Bagdad wysyłał na przykład pisemne instrukcje dotyczące egzekucji kurdyjskich pasterzy na północy Iraku, a następnie fakturował rodzinom koszt kul. Dokumentacja pochodzi częściowo z irackich archiwów porzuconych w Kuwejcie, ale większość - 14 ton - została wywieziona w 1991 r. z północnego Iraku przez Human Rights Watch i amerykański rząd.

Iracki Kongres Narodowy, główne ugrupowanie opozycji popierane przez Waszyngton, chce, by wspólnota międzynarodowa dała irackim władzom wyraźny sygnał, że ich poczynania nie pozostaną bezkarne. - Od 15 lat reżim Saddama mnoży zbrodnie, które można udowodnić: stosowanie broni chemicznej przeciwko Kurdom w Halabdży, czystki etniczne czy masowe przesiedlanie Turkmenów i Kurdów - powiedział "Gazecie" rzecznik Kongresu Salah Szajchli. - W przypadku serbskiego przywódcy Slobodana Miloszevicia, którego, podobnie jak Saddama, na razie nie można aresztować, taki sygnał wysłano.

Jak ich osądzić?

Irackich dygnitarzy można osądzić na mocy trzech międzynarodowych konwencji: o zapobieganiu i karaniu zbrodni ludobójstwa, o zakazie tortur i genewskiej. Konwencja o zakazie tortur obowiązuje od 1984 r. i nie obejmuje zbrodni popełnionych przed jej podpisaniem. Zbrodnie ludobójstwa rozpatruje sąd kraju, w którym do nich doszło, lub specjalny trybunał międzynarodowy, jak ma to miejsce w przypadku b. Jugosławii i Ruandy.

Waszyngton domaga się od Rady Bezpieczeństwa ONZ powołania takiego właśnie specjalnego trybunału dla Iraku. Amerykanie chcą, by decyzja zapadła do końca roku, ale nie będzie to łatwe. Rosja, Chiny i Francja, stali członkowie Rady Bezpieczeństwa, sprzeciwiają się amerykańsko-brytyjskiej polityce wobec Bagdadu. W przypadku Iraku najbardziej obiecująca jest konwencja genewska, która ma uniwersalne zastosowanie. Każdy kraj-sygnatariusz ma obowiązek zatrzymania i osądzenia na swoim terytorium osoby oskarżonej o złamanie konwencji.

- Przykład byłego dyktatora Chile Augusta Pinocheta [zatrzymanego w Wlk. Brytanii na mocy nakazu aresztowania, który wydał hiszpański sędzia - red.] daje do myślenia. Setki Irakijczyków, którzy mogą świadczyć przeciwko reżimowi Saddama, znalazły schronienie w wielu krajach europejskich - mówi Szajchli i przypomina, jak kilka miesięcy temu groźba postawienia przed sądem zmusiła irackiego ministra ds. ropy naftowej do pospiesznego opuszczenia Wiednia, gdzie zamierzał się leczyć. Saddam nie wychyla nosa poza Irak od lat, ale wicepremier Tarik Aziz dużo podróżuje...

Iracki pat

Pomysłodawcy sądzenia irackich zbrodni wiedzą, że trybunał nie zmieni dyktatury w Iraku. Waszyngton zapewnia, że nie zarzucił pomysłu obalenia Saddama Husajna, ale ta koncepcja na razie nie przynosi efektów. Przedstawiając założenia polityki zagranicznej Demokratów na konwencji wyborczej w Los Angeles, wiceprezydent Al Gore spuścił na Irak zasłonę milczenia. Tymczasem izolowanie Bagdadu staje się coraz trudniejsze. Nie bacząc na gniew Waszyngtonu, w ub. tygodniu pojawił się w Iraku wenezuelski prezydent Hugo Chavez. Była to pierwsza wizyta głowy państwa od czasu wojny w Zatoce Perskiej. Saddam poprawił nieco stosunki z sąsiadami i Amerykanom byłoby bardzo trudno odtworzyć szeroką koalicję krajów arabskich, która w 1991 r. poparła wojnę z Bagdadem. W Iraku amerykańskie i brytyjskie samoloty bombardują niemal codziennie cele wojskowe, ale operacje te nie przynoszą wielkich efektów.

Jeszcze do niedawna Amerykanie przedstawiali iracki program zbrojeniowy jako największe zagrożenie dla Bliskiego Wschodu, a nawet świata. Jednak większość ekspertów ocenia dziś, że fabryki broni masowego rażenia zostały w większości unieszkodliwione, a to, co z nich pozostało, można kontrolować bez podtrzymywania sankcji gospodarczych, które w ciągu dziesięciu lat pogłębiły skrajną biedę i zacofanie 22 mln Irakijczyków. Sankcjom sprzeciwia się większość irackiej opozycji. - Po dziesięciu latach straciły sens - mówi Szajchli - a świat nie przestanie się przyglądać irackiemu przemysłowi zbrojeniowemu. W tej sprawie trwa jednak kompletny pat: od 20 miesięcy inspektorzy ONZ nie mają wstępu do Iraku, a Biały Dom nie godzi się na zniesienie sankcji, dopóki Irak nie wpuści inspektorów.

 

Saddam i zagłada Kurdów

Robert Stefanicki
2003-03-14, ostatnia aktualizacja 2003-03-14 00:00

15 lat temu, 16 marca 1988, wojska Saddama Husajna zaatakowały gazami bojowymi miasto Halabdża w północnym Iraku, zabijając pięć tysięcy Kurdów. Artykuł Roberta Stefanickiego

Coś było nie tak. W powietrzu śmigały irackie samoloty, grzmiała artyleria, pociski spadały na ziemię i... nic. Brzdęk metalu o beton i żadnej eksplozji, jedynie złowroga cisza. Hadżiemu Mustafie przemknęło przez głowę, że to niewybuchy. Ale tak wszystkie, jeden po drugim? Był to już kolejny nalot tego dnia i jak dotąd wszystkie bomby wybuchały.

Wróble spadały jak kamienie

Od rana armia spuszczała napalm. Domy, ulice, hektary kamienistego gruntu stawały w płomieniach, jak gdyby nastał Dzień Sądu, a kiedy dotknąć poparzonego ciała, to i na dłoni natychmiast pojawiały się bolesne bąble. Ludzie albo chowali się w piwnicach, albo uciekali w góry, ryzykując wejście na minę. Przez osiem lat wojny iracko-irańskiej na pograniczu zakopano ich miliony.

W przerwie po porannym bombardowaniu Hadżi Mustafa z żoną, trzema synami i synową wyruszył w kierunku miasta Sulejmania oddalonego o 65 km. Na drodze spotkali zrozpaczonego chłopca, który ostrzegał: - Nie idźcie tam! Bagdad zabija wszystkich. Było nas sześciu w rodzinie, teraz jestem sam!

Zawrócili więc. Tuż po południu znowu zaczęły spadać bomby i ludzie popędzili do piwnic. Gdy przestało grzmieć, Hadżi wychynął ze schronu. - Zobaczyłem na niebie wojskowy helikopter. Nie zrzucał bomb, nie strzelał. Przeleciał - Hadżi wskazuje łańcuch ośnieżonych gór wyznaczających granicę z Iranem - w tamtą stronę i stanął w miejscu.

Żołnierze w helikopterze zachowywali się podejrzanie - robili zdjęcia, filmowali, a na koniec wyrzucili kawałki papieru, które rozfrunęły się niczym motyle. Sprawdzali siłę i kierunek wiatru. O 14.30 zaczął się nowy ostrzał, ten bezgłośny. W powietrzu rozniósł się zapach jabłek, potem czosnku. Martwe wróble spadały z nieba jak kamienie.

Razem z rodziną Hadżiego w piwnicy siedziało sześcioro sąsiadów. Spanikowani, nie wiedzieli, co robić. Niektórzy rzucili się do drzwi, ale zawrócili, nie mając odwagi wyjść. Zaraz mogło się rozpocząć nowe bombardowanie, a tu na dole wydawało się tak bezpiecznie, ciepło, spokojnie... Mijały minuty, a może godziny. Synowa Hadżiego próbowała uszczelnić szpary w drzwiach mokrymi ręcznikami.

Kiedy jeden z sąsiadów oślepł, Hadżi zrozumiał, że do piwnicy sączy się śmierć, że trzeba uciekać. Wyszli na zewnątrz. Zmierzchało. W mieście nie było światła, bo poprzedniego dnia ostrzał uszkodził siłownię. Trupy leżały na ulicach pokotem, pokryte bąblami, ze śladami krwi na ustach. Kierowcy zwisali bezwładnie na kierownicach samochodów. Niemowlęta ssały piersi nieżywych matek. Ludzie śmiali się albo wymiotowali. Oślepieni krzyczeli: "Nic nie widzę! Nic nie widzę!" i po omacku szukali drogi ucieczki, potykając się o leżące zwłoki, pośród których walały się spalone ścierwa kóz i psów.

Ci, którzy mieli siłę, ruszyli w kierunku Iranu. Wiatr im sprzyjał, spychając śmiercionośną chmurę w przeciwnym kierunku. - Ten zapach. Nie wiedziałem, czy otacza nas to paskudztwo, czy tylko śmierdzi przesiąknięte ubranie - Hadżiemu drży głos oraz ręka wsparta na lasce, a po policzkach spływają łzy. - Ludzie - opowiada - padali po drodze jak muchy. Rodzice porzucali martwe dzieci na poboczu i szli dalej, z obłędem w oczach. Jakiś chłopiec jechał na rowerze, nagle stanął, rozejrzał się nieprzytomnie, rozebrał do naga i upadł w drgawkach na ziemię.

Najwięcej szczęścia mieli ci, którzy postanowili przeczekać ranne bombardowanie na wzgórzach poza miastem, jak Dżamal Mohammed. Miał wówczas 21 lat. - Patrzyliśmy z góry na piekło. Gęsty dym unosił się trzy metry nad ziemią. Nie było po co wracać. Ruszyliśmy w stronę irańskiej granicy - opowiadał mi w Arbil, dokąd wyprowadził się kilka lat temu. Czy ludzie wiedzieli, że to chemikalia? - Tak, i nie byliśmy zaskoczeni. Po Saddamie można się tego było spodziewać. Zabijanie Kurdów trwało od zeszłego roku. Pobliską wioskę Bamok żołnierze zrównali z ziemią, a każdego, kto nie należał do partii Baas, zastrzelili i pogrzebali w zbiorowej mogile. Broni chemicznej użyli wcześniej w dwóch wioskach, przeciw peszmergom - mówi Dżamal. (Peszmergowie to żołnierze kurdyjscy, ich nazwa znaczy "ci, co patrzą śmierci w oczy").

Następnego popołudnia do wiosek, gdzie zgromadzili się uchodźcy z Halabdży, przybyły irańskie helikoptery. Lekarze z Czerwonego Półksiężyca aplikowali rannym atropinę, najciężej chorych przewieziono do szpitali w Teheranie i Kermanszah. - Irańczycy zgromadzili nas w budynku szkoły. Dali nowe ubrania, nasze zabrali i spalili - opowiada Hadżi. Część uchodźców trafiła do obozów, gdzie czekali na możliwość powrotu. Tyle że nie było dokąd wracać. Irackie wojsko wysadziło w powietrze i zrównało z ziemią większość budynków w Halabdży, zniszczono też instalacje elektryczne. Podobny los spotkał pobliskie miasto Sajed Sadek.

Irańczycy zaprosili zagranicznych dziennikarzy, by nagłośnili tragedię. Potworne zdjęcia obiegły świat. Funkcjonariusze partii Baas stwierdzili, że atak to robota Iranu.

Irak: sąd zatwierdził karę śmierci dla Saddama
mar, cheko, PAP
2006-12-26, ostatnia aktualizacja 2006-12-26 16:13

Sąd apelacyjny zatwierdził karę śmierci dla Saddama Husajna - powiedział doradca rządu irackiego ds. bezpieczeństwa narodowego Muwafak ar-Rubaji.

Zobacz powiekszenie
Fot. DAVID FURST AFP
Saddam Husjan zeznaje na swoim procesie

 

Sąd niższej instancji skazał 5 listopada byłego prezydenta Iraku i dwóch jego pomocników na śmierć przez powieszenie za zgładzenie 148 szyitów z miejscowości Dudżail w odwecie za zamach na dyktatora dokonany tam w 1982 roku.

Saddam odwołał się od wyroku 3 grudnia do dziewięcioosobowej izby apelacyjnej.

Werdykt izby apelacyjnej musi teraz zatwierdzić Rada Prezydencka, czyli prezydent Iraku Dżalal Talabani, iracki Kurd, i dwaj wiceprezydenci, z których jeden jest szyitą, a drugi - tak jak Saddam - arabskim sunnitą.

Talabani jest przeciwnikiem kary śmierci, ale już kilka razy w takich wypadkach prosił jednego z wiceprezydentów, aby podpisał nakaz egzekucji za niego, i tryb ten uznano za zgodny z prawem.

Egzekucja powinna nastąpić 30 dni po "ostatecznej decyzji"

Zgodnie ze statutem trybunału, przed którym toczył się proces, egzekucja skazanego powinna nastąpić w ciągu 30 dni od "ostatecznej decyzji". Na razie nie jest do końca jasne, czy przez "ostateczną decyzję" należy rozumieć werdykt izby apelacyjnej, czy też podpisanie nakazu egzekucji przez Radę Prezydencką.

Od sierpnia Saddam jest sądzony razem z sześcioma innymi osobami w drugim procesie, za ludobójstwo na Kurdach w latach 1987-88, kiedy w trakcie zarządzonej przez niego pacyfikacji irackiego Kurdystanu, zwanej Operacją Anfal (Łupy Wojenne) zginęło lub przepadło bez wieści około 180 tysięcy Kurdów, w tym wiele kobiet, dzieci i starców.

Jeśli Saddam zostanie stracony, proces w sprawie Operacji Anfal będzie kontynuowany w części odnoszącej się do pozostałych sześciu oskarżonych, w tym kuzyna Saddama, Alego Hasana al-Madżida, zwanego "Chemicznym Alim" (bo kazał użyć przeciwko Kurdom broni chemicznej).

Podtrzymano też wyroki na 2 współpracowników Saddama

Agencja Associated Press pisze za anonimowym urzędnikiem trybunału, że izba apelacyjna utrzymała wyroki śmierci także na dwóch pomocników Saddama: byłego szefa saddamowskiej służby bezpieczeństwa, Barzana Ibrahima at-Tikriti, oraz byłego szefa saddamowskiego Sądu Rewolucyjnego, Awada Hamida al-Bandara, który sądził i skazał na śmierć wielu szyitów zatrzymanych po zamachu na dyktatora w 1982 roku.

Izba apelacyjna uznała też, że były wiceprezydent Irak Taha Jasin Ramadan, skazany w sprawie masakry w Dudżailu na dożywotnie więzienie, otrzymał wyrok zbyt łagodny, i odesłała jego sprawę do ponownego rozpatrzenia.

Nie będzie publicznej egzekucji

2006-12-12 13:43 Aktualizacja: 2006-12-12 14:36

Saddam będzie stracony po kryjomu

Nie będzie publicznej egzekucji Saddama Husajna - zapowiada iracki rząd. Jednak były iracki dyktator nie może liczyć na łaskę - zostanie powieszony, gdy tylko sąd potwierdzi wyrok śmierci. Oprócz Saddama straceni zostaną jego dwaj współpracownicy.

Jedno jest pewne - irackie władze nie mają najmniejszego zamiaru zwlekać ze straceniem byłego dyktatora. Członek rządu w Bagdadzie tłumaczy: "Mamy oczy i widzimy, jak niebezpiecznie jest w kraju. Dlatego nie mamy zamiaru tracić czasu".

Wcześniej iracki premier mówił, że Saddam może zawisnąć jeszcze przed końcem roku. Ale teraz to wcale nie jest pewne. Irackie władze zapewniają jednak, że na pewno nie ma mowy o jakimkolwiek monumencie lub obelisku upamiętniającym Saddama. "Na coś takiego nie ma miejsca w Iraku" - podkreślają. Być może po wykonaniu kary ciało Saddama będzie wydane jego krewnym.

Gdzie Saddam zostanie stracony? Tego nie wiadomo i władze wcale nie mają zamiaru o tym mówić. Wszystko ma się odbyć w tajemnicy. Iracki rząd boi się, że w czasie publicznej egzekucji zwolennicy byłego dyktatora mogliby próbować go odbić.

Wraz z byłym dyktatorem straceni mają być też jego dwaj bliscy współpracownicy. Wszyscy zostali skazani na karę śmierci w procesie o masakrę szyitów w wiosce Dudżail w 1982 roku. Była to zemsta za zamach na Saddama. Zginęło wtedy 148 szyitów, w tym kobiety i dzieci. Teraz Saddam odpowiada za mordowanie tysięcy Kurdów. Ale nie wiadomo, czy sąd zdąży wydać wyrok jeszcze przed egzekucją.

niedziela, 10 grudnia 2006
Lepper: Sprawą zamachu stanu powinna się zająć ABW
jg, IAR
2006-12-10, ostatnia aktualizacja 2006-12-10 10:49

To był zamach stanu, który miał doprowadzić do tego, żeby nie ujawnić pewnych afer - powiedział na konferencji prasowej Andrzej Lepper. Szef Samoobrony zapowiedział też, że wyjaśnieniem afery powinna się zająć Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Partia złoży też pozew przeciw Anecie Krawczyk. Będzie też dążyć do zmiany prawa prasowego.

Zobacz powiekszenie
Fot. Sławomir Kamiński / AG
Szef Samoobrony Andrzej Lepper
Andrzej Lepper uważa, że afera wywołana wokół polityków Samoobrony była próbą zamachu stanu. Lepper powiedział, że tezę tę potwierdza fakt, iż badania DNA wykazały, że poseł Samoobrony Stanisław Łyżwiński nie jest ojcem dziecka Anety Krawczyk.

"Ktoś się boi wyjaśnienia afer"

Według Leppera, zamach stanu miał polegać na tym, że media nagłośniły zarzuty wykorzystywania seksualnego, wysuwane wobec posłów Samobrony, aby doprowadzić do jej usunięcia z koalicji i upadku obecnego rządu. Za próbą zamachu stanu stały, zdaniem Leppera, środowiska i osoby, w tym czynni politycy, obawiający się ujawnienia afer z lat 90. Samoobrona złoży jutro do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego doniesienie w sprawie domniemanej próby zamachu stanu.

Wśród nadużyć, których ujawnienia mieli się obawiać sprawcy zamachu, Lepper wymienił sprawę firmy Bakoma, w którą miał być, jego zdaniem, zamieszany były poseł Polskiego Stronnictwa Ludowego Zbigniew Komorowski i Edward Mazur, podejrzany o zlecenie zabójstwa Marka Papały. Przywódca Samoobrony mówił też o sprawie Narodowych Funduszy Inwestycyjnych, firmy Kama oraz o powierzeniu Zakładowi Ubezpieczeń Społecznych wypłat emerytur z otwartych funduszy emerytalnych. Zdaniem Leppera, fundusze są temu przeciwne, gdyż straciłyby prowizje. Przywódca Samoobrony dodał, że środowiska próbujące dokonać zamachu stanu chciały także mieć wpływ na wybór nowego prezesa NBP. Jego zdaniem chodzi o zapobieżenie ujawnieniu nadużyć, w jakie miał być zamieszany bank centralny.

"Doszło do dna dziennikarskiego"

Lepper powiedział, że w ciągu dwóch tygodni w Samoobronie zapadną decyzje w związku ze skutkami afery. Oświadczył, że jest gotów poddać się badaniu DNA, aby ustalić, czy to nie on jest ojcem dziecka Anety Krawczyk. Dodał, że wszyscy politycy jego partii są do dyspozycji prokuratury.

Przywódca Samoobrony ostro zaatakował dziennikarzy, którym zarzucił podawanie kłamliwych informacji. - Czy ci dziennikarze mogą dziś spojrzeć w oczy młodym dziewczynom, które pracują w biurach Samoobrony - pytał. - Jeśli jest jakaś sprawa, to trzeba ją wyjaśnić i ukarać winnych, ale nie można oskarżać niewinnych ludzi. Doszło do dna dziennikarskiego.

Lepper zapowiedział skierowanie do sądu spraw przeciwko mediom, które publikowały takie materiały. Dodał, że jeśli sąd uzna, iż "Gazeta Wyborcza" podała nieprawdziwe informacje, to zgodnie z prawem prasowym jej wydawanie powinno zostać zawieszone.

Lepper opowiedział się za zaostrzeniem prawa prasowego. Zmiany miałyby polegać między innymi na przyspieszeniu postępowań w sprawach o podanie nieprawdziwych informacji i na wprowadzeniu obowiązku publikacji przez gazety sprostowań na pierwszej stronie. - Nie mamy nic przeciw ujawnianiu afer, ale za fałszywe oskarżenia trzeba odpowiadać - mówił Lepper.
Ojcostwo Łyżwińskiego wykluczone
asz, cheko, PAP
2006-12-09, ostatnia aktualizacja 2006-12-09 23:29

Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi Krzysztof Kopania na zwołanej konferencji prasowej poinformował, że z wyników badań DNA posła Stanisława Łyżwińskiego wynika, że nie jest on ojcem najmłodszego dziecka Anety Krawczyk.

Zobacz powiekszenie
Fot. Radosław Jóźwiak / AG
Zawieszam działalność w partii - powiedział Stanisław Łyżwiński na konferencji prasowej w Łodzi

Informację tę podał wcześniej trzeci program telewizji polskiej. Potwierdził ją na swoich stronach internetowych tygodnik "Wprost".

Kopania potwierdził, że do Kancelarii Premiera oraz Prokuratury Krajowej wpłynęły już z Zakładu Medycyny Sądowej w Łodzi wyniki badań DNA, wykluczające ojcostwo posła Samoobrony.

Rzecznik dodał, że "tego typu badania dają niemal 100 proc. pewność i nie ma powodów, żeby je podważyć".

Kaczmarek: Wyniki mogą być znane wcześniej niż w poniedziałek

Jeszcze dzisiaj prokurator krajowy Janusz Kaczmarek mówił, że wyniki badań DNA posła Samoobrony Stanisława Łyżwińskiego "mogą być znane szybciej niż w poniedziałek".

Kaczmarek podkreślił jednak, że dopiero w poniedziałek informacja na ten temat będzie ogłoszona publicznie.

- Chcielibyśmy uniknąć jakiejkolwiek pomyłki i podać to do publicznej wiadomości na podstawie oryginalnego dokumentu, a nie na podstawie informacji otrzymanej przez telefon - zaznaczył.

Łuczak: Nie słyszałem, by ktoś w Samoobronie proponował pracę za seks

W sobotę prokuratura okręgowa w Łodzi przesłuchała kolejnego świadka, b. działacza Samoobrony, b. wicemarszałka województwa łódzkiego Zbigniewa Łuczaka.

Po wyjściu z prokuratury Łuczak powiedział dziennikarzom, że "nie słyszał, żeby ktoś w Samoobronie proponował pracę za seks".

Oprócz niego zeznania składały w sobotę jeszcze dwie osoby. "Planujemy przesłuchanie kobiety, co do której relacje medialne wskazywały, że może być kolejną pokrzywdzoną oraz członka jej rodziny" - powiedział rzecznik prokuratury okręgowej w Łodzi Krzysztof Kopania.

Dodał, że w niedzielę prokuratura zamierza przesłuchać kolejnych świadków.

Przedwczesny poród skutkiem działań oksytocyny?

Rzecznik poinformował dziennikarzy, że prokuratura okręgowa zleciła Zakładowi Medycyny Sądowej w Łodzi, opracowanie opinii, której "zadaniem będzie udzielenie odpowiedzi na pytanie, czy przedwczesny poród dziecka Anety K. był skutkiem działań oksytocyny, a także, czy ewentualne zastosowanie tego środka mogło mieć wpływ na stan zdrowia dziecka".

"Gazeta Wyborcza" ujawniła w poniedziałek sprawę Anety Krawczyk. Była radna Samoobrony w łódzkim sejmiku i była dyrektorka biura poselskiego Łyżwińskiego twierdzi, że pracę w partii miała dostać w zamian za usługi seksualne świadczone Łyżwińskiemu i szefowi Samoobrony Andrzejowi Lepperowi.

Krawczyk twierdziła, że Łyżwiński jest ojcem jej 3,5-letniej córki. Łyżwiński temu zaprzeczał. Sprawę miały wyjaśnić badania DNA, którym poseł Samoobrony poddał się w piątek. W zakładzie medycyny sądowej pobrano również próbkę materiału genetycznego od najmłodszej 3,5- letniej córki Krawczyk.

Krawczyk powiedziała, że gdy była w ciąży, asystent Łyżwińskiego, radny sejmiku województwa łódzkiego Jacek Popecki - z zawodu technik weterynarii - miał jej "aplikować różne środki farmakologiczne", w tym oksytocynę przeznaczoną dla zwierząt, by wywołać skurcze porodowe. Popecki wszystkiemu zaprzecza.
45 ofiar pożaru szpitala w Moskwie
Tomasz Bielecki, Moskwa, mar, cheko, PAP, AP
2006-12-09, ostatnia aktualizacja 2006-12-09 19:23

Podpalenie było prawdopodobną przyczyną pożaru w moskiewskim szpitalu nr 17 w południowej części Moskwy, na oddziale odwykowym dla kobiet. Zginęło 45 kobiet, a ok. 200 osób zostało rannych, większość przebywa w szpitalach w stanie ciężkim. Jak dowiedziała się "Gazeta", do śmierci tak wielu osób przyczyniły się późne wezwanie straży pożarnej i to, że ludzie nie mogli wydostać się z budynku: okna szpitala były zakratowane.

Zobacz powiekszenie
Fot. SERGEI KARPUKHIN REUTERS
Wóz straży pożarnej przed budynkiem szpitala w Moskwie, 09.12.2006 r.
Zobacz powiekszenie
Fot. MIKHAIL METZEL AP
Ratownicy i strażacy przy namiocie medycznym na dziedzińcu szpitala. Moskwa, 09.12.2006 r.

Pierwsze wiadomości o katastrofie nadeszły ok. godziny 1.30.

O prawdopodobnej przyczynie pożaru poinformował rosyjski departament pożarnictwa. Jego szef, Jurij Nenaszew "jest w 90 proc. pewny", że było to podpalenie. Nenaszew przypomniał, że po inspekcjach w lutym i w marcu br. straż pożarna zarekomendowała tymczasowe zamknięcie szpitala, ponieważ nie spełniał on wymogów bezpieczeństwa pożarowego.

Pożar najprawdopodobniej rozpoczął się w stołówce, znajdującej się na pierwszym piętrze budynku - dowiedział się korespondent "Gazety" od radia Echo Moskwy.

- Wstępne ustalenia wskazują, iż ośrodek pożaru znajdował się na drugiej kondygnacji pięciokondygnacyjnego budynku, gdzie poprzedniego dnia prowadzono prace remontowe" - poinformowała prokuratura.

Większość ofiar zatruła się dymem

Większość ofiar zatruła się dymem. Płonące, wykonane z tworzyw sztucznych pokrycie ścian wydzielało toksyczne substancje. Dochodzenie wykazało, że kobiety zmarły zanim straż pożarna przybyła na miejsce. Ułożenie ciał wskazuje, że próbowały wydostać się na zewnątrz, zostały jednak zatrzymane przez kraty, a toksyczne opary szybko pozbawiły je przytomności. Wśród zabitych znalazło się też dwoje członków personelu.

Z pięciopiętrowego budynku ewakuowano 160 osób, a strażacy opanowali ogień w godzinę od wezwania. Jak podał rzecznik moskiewskiej straży pożarnej, Jewgienij Bobyłow, pożar rozprzestrzenił się na stosunkowo małej powierzchni 100 metrów kwadratowych. - Personel szpitala, we wczesnej fazie pożaru nie podjął żadnych kroków, by ewakuować pacjentki - dodał rzecznik.

- Nie otworzyli kluczami krat, by umożliwić ewakuację. W rezultacie ludzie zostali schwytani w pułapkę. Jedną klatkę schodową zablokował ogień, drugą blokowała metalowa krata, którą musieli usunąć strażacy - powiedziała Reuterowi rzeczniczka Ministerstwa ds. Sytuacji Nadzwyczajnych Irina Andrianowa

W wypowiedzi dla telewizji NTV mer Moskwy Jurij Łużkow określił pożar jako "tragedię". "Nie było tam niczego, co mogło się samo zapalić. Był to skutek albo podpalenia, albo nieostrożności w obchodzeniu się z materiałami łatwopalnymi" - zaznaczył.
Pływackie ME - złoto Korzeniowskiego, srebro Sawrymowicza
mik, PAP
2006-12-09, ostatnia aktualizacja 2006-12-09 20:59

Paweł Korzeniowski obronił w sobotę tytuł na 200 m stylem motylkowym, a Mateusz Sawrymowicz zdobył srebrno na 1500 m stylem dowolnym pływackich mistrzostw Europy na krótkim basenie. Po trzech dniach Polacy mają osiem medali.

Zobacz powiekszenie
Fot. LEHTIKUVA REUTERS
Korzeniowski wysforował się przed rywali na ostatnich 50 metrach.

Korzeniowski, który w czwartek wywalczył brąz na 400 m kraulem, był faworytem konkurencji. W eliminacjach wyprzedził go minimalnie Rosjanin Anatolij Poliakow, ale Polak zdecydowanie odpuścił mając pewny udział w finale.

W walce o medal pierwszą setkę trzymał się z tyłu. Po połowie dystansu zajmował dopiero czwartą pozycję. Zaatakował po czwartym nawrocie i błyskawicznie przegonił Greka Ionnisa Drymonakosa i Węgra Laszlo Cseha. Po 150 m o włos wyprzedzał go tylko Poliakow.

Ostatnie dwie długości basenu należały bezsprzecznie do Polaka, który z łatwością wyprzedził Rosjanina i stopniowo powiększał nad resztą stawki. Wygrał z rezultatem 1.52,33, gorszym o blisko półtorej sekundy od własnego rekordu Polski, ustanowionego przed rokiem w ME w finale konkurencji.

Drugie miejsce zajął ostatecznie Cseh - 1.53,08, a trzecie Rosjanin Nikołaj Skworcow - 1.53,10. Poliakow wyraźnie osłabł w końcówce i był dopiero czwarty. W niedzielę Korzeniowski wystartuje jeszcze na 200 m stylem dowolnym.

Wielkiego wyczynu dokonał w finale 1500 m kraulem Sawrymowicz. 19-letni podopieczny trenera Mirosława Drozda zdobył srebro z wynikiem 14.28,41, lepszym o blisko dziesięć sekund od własnego rekordu Polski. Sawrymowicz ustanowił go przed rokiem podczas ME w Trieście, kiedy na tym samym dystansie był trzeci.

Złoto było zarezerwowane dla rekordzisty Europy Jurija Priłukowa. Niespodzianki nie było. Rosjanin prowadził od startu do mety, rezultatem 14.16,13 poprawiając własny rekord Europy. Brąz wywalczył nieoczekiwanie Francuz Sebastien Rouault, uzyskując czas 14.39,06. Dopiero piąty był Brytyjczyk David Davies, uważany przez komentatorów za murowanego kandydata do podium.

Ósmy rezultat w seriach miał 17-letni Maciej Hreniak. 14,46,21 to rekord kraju w tej kategorii wiekowej i duży sukces podopiecznego Marka Dorywalskiego. W ostatnim roku przedstawiciel "młodej fali" w polskim pływaniu poczynił ogromne postępy.

Aleksandra Urbańczyk miała walczyć o medal na 100 m stylem zmiennym. W piątkowych półfinałach miała drugi wynik. W finale była jednak dopiero czwarta, z wynikiem 1.01,18. Po połowie dystansu wyprzedzała ją tylko Białorusinka Swietłana Chochłowa.

Później Polka zapłaciła frycowe za poranny start w eliminacjach 100 m delfinem. Na ostatniej prostej z łatwością wyprzedziły ją Finka Hanna-Maria Seppala i Ukrainka Żanna Dżarkał. Chochłowa była ostatecznie trzecia.

Kilkanaście minut później Urbańczyk, brązowa medalistka na 200 m stylem zmiennym, była tylko tłem dla rywalek w półfinałach 100 m delfinem. Z wynikiem 10.04,86 zajęła ostatnie miejsce.

W klasyfikacji medalowej Polacy zajmują drugie miejsce ex aequo z Francuzami. Liderami są Niemcy. W niedzielę przed biało-czerwonymi kolejne szanse na podium - Otylii Jędrzejczak i Pawła Korzeniowskiego na 200 m kraulem, Beaty Kamińskiej na 100 m i Sławomira Kuczki na 200 m żabką oraz Katarzyny Baranowskiej na 400 m stylem zmiennym.

Wydarzeniem dnia był rekord Laure Manaudou na 400 m stylem dowolnym. Francuzka, która wcześniej w Helsinkach zdobyła także złoto na 800 m stylem dowolnym i 100 m stylem grzbietowym, pokonała dystans w 3.56,09 i poprawiła o 0,7 własny rekord z ubiegłorocznych ME.
Dwie bramki Jelenia w lidze francuskiej i dwie Grzelaka
mik, PAP
2006-12-09, ostatnia aktualizacja 2006-12-10 10:40

Ireneusz Jeleń zdobył dwa gole dla Auxerre w meczu ligi francuskiej przeciwko Troyes. Polski napastnik wpisał się na listę strzelców w 53. i 83. minucie spotkania. Mecz zakończył się remisem 3:3.

Zobacz powiekszenie
Fot. IVAN MILUTINOVIC REUTERS
Akale i Jeleń dwaj strzelcy bramek dla Auxerre

Spotkanie miało dramatyczny przebieg. Piłkarze Troyes prowadzili 2:0 i 3:1. Dopiero znakomita końcówka Auxerre zadecydowała o remisie. Najpierw gola na 2:3 zdobył Jeleń, a potem wyrównał Kanga Akale.

Dla Jelenia była to druga i trzecia bramka w tym sezonie.

W składzie drużyny Troyes zabrakło Marka Saganowskiego.

Dwie bramki Rafała Grzelaka dla Boavisty

mik, PAP
2006-12-09, ostatnia aktualizacja 2006-12-09 21:38

Rafał Grzelak zdobył dwie bramki dla Boavisty Porto i poprowadził drużynę do zwycięstwa nad Beira Mar 3:0 w 13. kolejce portugalskiej ekstraklasy piłkarskiej. To jego pierwsze ligowe gole w bieżącym sezonie.

Zobacz powiekszenie
Fot. Jerzy Gumowski / AG
Rafał Grzelak
W 15. minucie Polak strzelił pierwszego gola w meczu, a w 44. podwyższył wynik. W ekipie Boavisty wystąpił również Przemysław Kaźmierczak

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6